Ale ten świat jest mały! Podwójny Konkurs!

Zdarzyło Ci się, że w trakcie rozmowy z nowo poznaną osobą dowiadywałeś się, że macie wspólnego znajomego? Albo będąc tysiące kilometrów od domu spotkałeś kogoś, kto mieszka w Twojej rodzinnej miejscowości? Czy wiesz, że za taką przypadkowością kryje się bardzo intrygująca teoria naukowa?

„Znajomy Twojego znajomego, znajomego znajomego zna… dowolną osobę na świecie!”

Przemierzamy Azję Środkową na rowerach. Będzie już piąty, może szósty tydzień. Jesteśmy w Pamirze, przez ostatnie kilka godzin nie widzieliśmy żywej duszy. Nagle, w oddali wyłania się postać jadąca w naszym kierunku – również na rowerze. Już za kilka chwil okazuje się, że rowerzystka na imię ma Ania i jest z Polski. Niesamowity zbieg okoliczności? To jeszcze nie wszystko. Jakby tego było mało, skończyła dokładnie tę samą uczelnie i ten sam kierunek co Marta i pochodzą z miejscowości oddalonych od siebie zaledwie o kilkanaście kilometrów. Spotkały się na końcu świata – 5000 kilometrów od domu. – Ale ten świat mały! – wykrzyknęła Marta.

Ania! Zostaliśmy na wspólny biwak na 4500 m.npm!
Ania! Zostaliśmy na wspólny biwak na 4500 m.npm!

Inna historia. Właśnie zaczyna się siódmy, może ósmy tydzień tej samej podróży. Zawitaliśmy na festiwal nomadów w okolice jeziora Issyk Kul. W pewnym momencie zagaduje nas jakiś Kirgiz:
– A skąd to młodzież przyjechała?
– Z Polski – odpowiadam.
– Niesamowite! A z którego miasta?
– Ruda Śląska – rzucam
– Poznań – dopowiada Marta.
– Poznań?! – Wielkie nieba! – Mój młodszy braciszek imieniem Bakyt mieszka w Poznaniu! Jest wykładowcą na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, startuje też niedługo na radnego miasta!
– Ale ten świat jest mały! – Wykrzyknął Kirgiz, po czym wyjął telefon z kieszeni i szybko zadzwonił do brata.

IMG_0776
Masz, masz! Zapytaj co tam w kraju słychać!

Teoria sześciu stopni oddalenia.

Słyszeliście? Teoria, która zakłada, że od dowolnie wybranej osoby na świecie dzieli nas jedynie 6 kolejnych osób, znajomych, przyjaciół. Teoria, która potwierdza tak często powtarzane przez nas słowa – ale ten świat jest mały! I w końcu – teorii, która została wiele razy eksperymentalnie zbadana i prawdę mówiąc bliżej jest jej do faktu, aniżeli hipotezy!

Psychologowie dowiedli, że od każdej osoby na świecie – jakiegokolwiek polityka, aktora, znanego sportowca, czy zwyczajnego pracownika fabryki podkoszulków w Chinach dzieli nas łańcuch zaledwie sześciu wspólnych znajomych. Może przypadkowość powyższych przykładów idealnie nie wpasowuje się w teorię sześciu stopni oddalenia, jednak lubię myśleć, że faktycznie coś więcej stoi za takimi zwykłymi, niezamierzonymi spotkaniami.

Wygraj podróż dookoła świata!

Sieć hoteli Mercure także postanowiła sprawdzić prawdziwość tej teorii. Zorganizowała konkurs, w którym do wygrania jest podróż dookoła świata. Podróż, podczas której szczęśliwiec będzie miał za zadanie dzięki sześciu znajomym dotrzeć do… australijskiego aborygena! Zobaczcie zresztą sami:

Serdecznie zapraszam do wzięcia udziału! Więcej informacji znajdziecie w aplikacji Mercure. Dokładnie obserwujcie też facebookową stronę organizatora, gdyż właśnie tam będą pojawiać się na bieżąco szczegółowe informacje dotyczące konkursu!

Wygraj dwa vouchery na weekend w Mercure!

Na koniec nagroda dla wytrwałych, którzy dotarli do końca wpisu! Większość czytelników odpada zazwyczaj już w połowie tekstów, także jesteście na uprzywilejowanej pozycji! Konkurs z podróżą dookoła świata dopiero startuje, a tymczasem specjalnie dla Was moi drodzy czytelnicy dodatkowo załatwiłem dwa podwójne vouchery na weekendowy (piątek-niedziela) pobyt w jednym z 14 hoteli Mercure w całej Polsce. Ktoś reflektuje?

Zasady konkursu są bardzo proste. W komentarz wrzucacie Wasze historie potwierdzający tezę, że świat jest mały! Dobrze by było, jakby teksty nie były dłuższe niż ~700 znaków (100 wyrazów). Historie można wrzucać do 30 stycznia, do godziny 23.59. Nie zapomnijcie zostawić maila. Dwa najbardziej zaskakujące, najciekawsze i najlepiej opisane spotkania wybiorę do 31 stycznia. Wyniki ogłoszę na facebooku!

Wpis powstał przy współpracy z Mercure.

 

Podobało się? Zostań na dłużej!

Informacje o nowych artykułach i filmach wprost na Twojego e-maila. Bez spamu!
Dołączysz do ponad 80 000 obserwujących osób!

30 komentarzy

Dodaj komentarz

  • Spotykamy bliskie osoby w najmniej spodziewanych sytuacjach. Osobiscie spotkalam w swiecie duzo polakow z moich stron rodzinych. Nic nadzwyczajnego. Natomiast pamietam gdy 10 lat temu w szkole gimnazjalnej wybralam sie z cala klasa do lasu na zajecia przyrodnicze. Szukalismy grzybow, rozdzieleni na male grupy i grupeczki ja z kolezanka wybralam prawe rozwidlenie. Co okazalo sie pózniej to zla sciezka, ale pokolei. My z pewnym przekonaniem szlismy prosto ze to dobra droga do autobusu szkolnego. Nie zmeczeni a wrecz zadowoleni ze nie mamy zajec w klasie szlismy przed siebie, dalej i dalej. Nie mielismy iPod ow, a zreszta to dzialo sie w lesie. Po pewnym czasie zorientowaliśmy sie ze cos nie tak. Tylko echo odpowiadalo na nasze nawolywania. Tak zablodzilismy i to bardzo. Zadecydowalismy ze bedziemy isc dalej prosto i dojdziemy do jakiegos celu. Z daleko widzimy jakas osobe (sezon grzybowy wiec nic nienaturalnego). Nadzieja wielka dla nas. „Prosze Pana, prosze pana !” / ” A co wy tu robicie? ” /” TatOo!”
    Moj kochany tata wybral sie akurat na grzybobranie. Zbieg okolicznosci, szczescie, niesamowity przypadek ? Swiat maly jest nawet w podkarpackim lesie panstwowym. Co sie o kazalo; ja z kolezanka zblodzilam 3 km od grupy, a tato spotkal nas w terenach co rzadko tam bywal. Aniele strozu… :)

  • Parę lat temu w Dogubayazit we wschodniej Turcji poznałam Kurda, Osmana. Osman zapałał do mnie sympatią i zaproponował małżeństwo;) Oczywiście nie potraktowałam serio propozycji jako panna wróciłam do Polski. Po powrocie zgadałam się z kolegą, że on tez ze swoją znajomą, Kasią, był w Turcji. Pokazał mi swoje zdjęcia i ku swojemu najwyższemu zdumieniu zobaczyłam na nich… Osmana;) Ale na tym nie koniec. – Czy Osman też chciał się z tobą ożenić? -spytał mój znajomy. – Co to znaczy „też”- ja na to? – No, Kaśce proponował małżeństwo, to pomyślałem, że tobie też;) Wtedy w Turcji miała drugi przypadek tego typu. Zwiedzałam też Ani, wiózł mnie tam Turek, który w pewnym momencie spytał mnie o zawód. Gdy usłyszał, że jestem dziennikarką, pochwalił się, że miesiąc wcześniej opiekował się dziennikarzem z Polski robiącym tam materiał. Jak się okazało, dziennikarze z mojej ówczesnej macierzystej redakcji:)

  • Poznalam swojego chlopaka w Toronto. Jestesmy szczesliwi razem ponad 3 lata. A dlaczego swiat jest maly ? Nasi rodzice nie znaja sie osobiscie, dzieli ich odleglosc 6 931 km. A laczy ich wspolna rocznica slubu. W ten sam dzien, rok; 15 lipca 1982r. Dwa lata temu obchodzili perlowa rocznice i tak dowiedzielismy sie przez przypadek o tym wydarzeniu. Dalej z ciekawosci zaczelismy wypytywac o inne powiazania. I okazalo sie ze swiat maly jest, mojego chlopaka dziadek pochodzi z stron tam gdzie ja sie urodzilam. Spotkani na drugim koncu swiata, mielismy duzo do opowiadania:).

  • Historia zdarzyła się dokładnie 10 lat temu, kiedy podróżowanie po świecie i pisanie blogów nie było jeszcze wśród Polaków tak popularne :) Jedziemy przez Amerykę Południową. Prom z Colonii w Urugwaju do Buenos Aires w Argentynie. Dochodzi prawie północ, kiedy prom przybija do nabrzeża w Buenos. Powoli zmierzamy z kumplem do wyjścia, podobnie jak wszyscy pasażerowie. Nagle słyszymy wśród tłumu znajome „Sto lat, sto lat…” i widzimy 3 gości popijających „Jasia Wędrowniczka”. Okazuje się że to „nasi”. Pytamy „skąd są, po co i dlaczego…” i już jesteśmy zaproszeni do świętowania urodzin jednego z nich. Okazuje się, że przyjechali z grupą zorganizowaną. Ponieważ sam pracuję jako pilot wycieczek pytam kto jest ich przewodnikiem… Kilka minut i poznaję Agnieszkę, która okazuje się być córką mojej znajomej ;) Jakby jeszcze tego było mało, znam szefa biura podróży dla którego pracuje. Tak też lądujemy w ich busie, a wesoła ekipa postanawia nas podwieźć pod jakiś hostel w Buenos. Wsiadamy do busa, w którym poznajemy resztę ekipy… Krótka wymiana spojrzeń i … spotykam w nim swoich sąsiadów z mojego rodzinnego miasta w Polsce :D Inna sprawa, że prawie cała grupa 9-osobowa kojarzyła naszą stronę www, na której prowadziliśmy relację z naszego wyjazdu i zamieszczaliśmy sporo praktycznych rad i fotografii! To się nazywa KUMULACJA ;)

    • Gratulacje! Wraz z Michałem, jednogłośnie wygrałeś konkurs. Wszyscy zasiadający w Jury wybrali właśnie Ciebie :)

      • Hej Karol ;) hohoho miła niespodzianka przy weekendzie -> kolejny weekend w Mercure, muy bien! Czekam zatem na jakieś szczegóły gdzie, co i jak ;) Pozdrovionka

  • Mnie się nieustannie takie sytuacje zdarzają… pierwsze z brzegu:

    Mieszkam w Gdańsku, pojechałam w Tatry, noclegu nie miałam, zaszłam na obiad do Roztoki i okazało się, że znajdzie się dla mnie miejsce, ale w pokoju z dwoma chłopakami… ok. Paweł z Krakowa, Krzysiek z USA, przyjechał do Polski na dwa tygodnie. Połaziliśmy dzień razem po górach, potem się rozdzieliliśmy. Wracam po kilku dniach do Gdańska, wieczorem biegnę na tramwaj, wskakuję do zatłoczonej ’12’ we Wrzeszczu, znajduję miejsce w ścisku i zamyślona wpatruję się w mocno ograniczoną mokrymi kurtkami przestrzeń. Po kilku minutach czuję, że ktoś badawczo mi się przygląda. Podnoszę wzrok i… przede mną stoi Krzysiek, z miną wyrażającą zdziwienie podobne do mojego. To jednak nie koniec. Dwa dni później wpadłam na Krzyśka w Centrum. Kolejne dwa dni później – stanęliśmy naprzeciwko siebie na Długiej na Starym Mieście (a sekundy wcześniej miałam skręcić w lewo, ale tego nie zrobiłam).

    Sytuacja numer dwa. Dostaję w Roztoce inny pokój, z dwoma chłopakami (braćmi) i dziewczyną (jednego z nich). Siedzimy wieczorem przy czymś rozgrzewającym, standardowa rozmowa – kto, skąd, dlaczego. Kolega jest spod Warszawy, mówię, że jestem z Gdańska.
    – O, mieszkałem kiedyś w Gdańsku! A jaka dzielnica?
    – Chełm.
    – O, ja na Chełmie właśnie mieszkałem!
    – Serio? A na jakiej ulicy? (zapytałam, zanim pomyślałam; dla osób, które nie są z Gdańska – Chełm to naprawdę duża część miasta, ulic u nas wiele)
    – [tu pada nazwa mojej ulicy, patrzę z niedowierzaniem]
    – Niemożliwe… ja mieszkam na tej ulicy.
    – No co ty, a który blok?
    Okazało się, że blok obok, klatka może czterdzieści metrów od mojej.

    Sytuacja numer trzy. Armenia, góry, jezioro Kari Lich. Pakujemy namiot i schodzimy do jeziora. Tam mamy nadzieję złapać jakiś transport – może taksówkę, która przywiezie turystów, choć są to nadzieje dość naiwne, bo w czasie naszego pobytu przyjechały może trzy auta pracowników do stacji meteo. Kilkanaście metrów od nas stoi piękny Land Rover… na polskich rejestracjach. Żartujemy, że może jacyś Polacy będą schodzić z gór, ale jest to tak mało prawdopodobne, że tylko nas bawi. Po chwili widzimy parę zmierzającą w kierunku “parkingu”. “To pewnie Niemcy, nie wyglądają na Polaków” – stwierdza M. Rzucamy zdawkowe “hi!” i oddajemy się machaniu nogami na murku. Ale uwaga… państwo podchodzą do Land Rovera! M. przytomnie rzuca po polsku “dokąd jedziecie?” i ku naszej radości okazuje się, że para jedzie do głównej drogi, skąd moglibyśmy złapać stopa lub marszrutkę do Erywania. Wskakujemy na pakę i jedziemy :)

  • Świat jest maly – to prawda. Hstoria potwierdzajaca ta teze nie bedzie dziac sie w bardzo odleglym miejscu bo zaledwie na dworcu kolejowym w Szczecinie. Wydarzylo sie to we wrzesniu tego roku, kiedy to z wracalam z chlopakiem z jego egzaminu. Ku naszemu zdziwieniu na dworcu spotkalismy Marte. Wracala wlasnie z Waszej podrozy po Kirgistanie i Tadzekistanie, cala droge meczylismy ja pytaniami o ta rowerowa podroz. Zaczarowani ta opowiescia i odeslani do Twojego bloga w celu sledzenia relacji z calej podrozy i zobaczenia zdjec – zostalismy stalymi czytelnikami, a sami juz odkladamy na nasza pierwsza dluzsza podroz rowerowa w najblizasze wakacje i juz nie mozemy sie doczekac kiedy ruszymy. Dzieki Marta!

  • Sytuacja miała miejsce w Iranie, a powiązana była z Hiszpanią i Szwajcarią :D
    W ubiegłe wakacje podróżowałam samotnie po Iranie. Po udanej wspinaczce na Sabalan spotkałam grupę studentów jadących w zaplanowanym przeze mnie kierunku. Oczywiście skorzystałam z zaproszenia i wraz z nimi pojechałam do Rasztu, gdzie czekał na nas ich przyjaciel Esmail, u którego mieliśmy zostać na noc. Okazało się, że Esmail gości jeszcze dwójkę Szwajcarów z couchsurfingu. Jeden z nich, Thomas studiował w Zurychu geofizykę czyli kierunek zbliżony do mojego. Wspomniałam mu o swoich znajomych z Erasmusa, Thobiasie i Benjaminie z Zurycha, z którymi studiowałam geologię w Granadzie.
    – Naprawdę! Znasz ich? – wykrzyknął zaskoczony. To moi dobrzy przyjaciele z uniwersytetu…


    Pierwszy u góry z lewej to Marc, a tuż pod nim siedzi jego kolega Thomas. Dodam jeszcze, że pierwszy z lewej siedzący na ławce Irańczyk posiada polskie pochodzenie. Jego dziadkowie przybyli do Iranu po II wojnie światowej.

  • W Iranie też miałam parę zabawnych zdarzeń:) W Isfahanie na bazarze usłyszałam język polski. Grupa rodaków, dość charakterystycznych, robiła zakupy. Nie zagadałam do nich, bo w sumie po co? Ale po powrocie do Polski pisałam o Iranie na blogu, moja znajoma zalajkowała wpis i co się okazało? Zobaczyli to jej znajomi, którzy byli tymi Polakami, których widziałam w Isfahanie:)
    Z kolei po północy Iranu podróżowałam z dwoma poznanymi w Teheranie Czeszkami. Rozstałyśmy w Raszcie, one pojechały na zachód, ja na wschód. Dotarłam w końcu na południe, na wyspę Keszm, gdzie poznałam dwóch Słowaków. Wróciłam do Polski, od Czeszek otrzymałam e-mail, pisały m.in., że wiedzą, że byłam na Keszm. Okazało się, że w Hamadanie spotkały moich znajomych Słowaków i się zgadali o mnie:)

  • Sytuacja raczej niezwiązana z podróżowaniem, może najwyższej w czasie… :)

    Mojego obecnego chłopaka poznałam ponad rok temu, kiedy w naszym liceum rozpoczęły się zajęcia międzyoddziałowe. W czasie naszego związku wymieniania się historiami i wspomnieniami okazało się, że już się spotykaliśmy i to niejednokrotnie! Ba, nawet nasi rodzice się spotykali…

    Otóż gdy byłam jeszcze małym dzieckiem i mama nie miała mnie z kim zostawić babcia zabierała mnie ze sobą na rynek do miasta, gdzie sprzedawała warzywa, czasem storoiki świąteczne lub kwiaty w sezonie. Było to miejsce (niestety już nie jest), gdzie spotykali się mieszkańcy całego Sanoka i okolicznych wiosek. Bywała też tam jedna Pani, która sprzedawała sery i miała stoisko na przeciw nas, a z nią często był też mały pucułowaty blondasek mniej więcej w moim wieku, trochę nieśmiały. Bawiliśmy się często razem spędzając w ten sposób czas, a jak się później okazało przy przeglądaniu starych zdjęć, to był mój chłopak.
    Co więcej mój tato chodził do tej samej szkoły i w tym samym czasie, co jego rodzice, a moja mama jak pracowała 3 lata temu w sklepie spożywczym zamawiała od nich z hurtowni warzywa i na pewno kilka razy ze sobą rozmawiali…
    Też ciekawe było to, że będąc w drugiej klasie gimnazjum pojechałam na konkurs do jego szkoły, gdzie też go spotkałam…

    Jak kiedyś o tych wszystkich „zbiegach okoliczności” pomyślałam stwierdziłam, że świat jest mniejszy niż nam się wydaje :)

  • Słysząc hasło „jaki ten świat” kojarzy mi się zawsze pewna historia ze studiów, choć tylko symbolicznie podróżnicza.

    Wydział Ekonomii. Pierwszy rok. Historia myśli ekonomicznej z największym kosiarzem na wydziale. Tak zwany „reduktor liczby studentów” i przesiewator talentów ekonomicznych, który mocą indeksu potrafił niejednemu wybić karierę z głowy. Po zdanym ledwo u niego egzaminie i uzyskaniu wpisu do indeksu z ratującym życie i przyprawiającym o dumę 2.0, mój nieco narwany kolega postanowił wyłożyć profesorowi co myśli o jego metodach naukowych i zdolnościach dzielenia się swą wiedzą na wykładach. Dość powiedzieć, ze nie była to opinia zbyt pochlebna. Zakończyło się podniesionym głosem i wyrzuceniem kolegi z gabinetu wykładowcy. Wydawało się, ze krok to był odważny i godny podziwu. Do czasu. Kolega nie przewidział, że wspomniany profesor wykłada też przedmiot na trzecim roku. Gdy dwa lata później mój kompan w niedoli ujrzał złowrogie nazwisko na liście swych oprawców w semestrze numer 5, podjął natychmiastową decyzję o wyjeździe w ramach wymiany studentów do Hiszpanii. Chciał przezimować w oliwnym mieście Vigo kolejne pół roku i uniknąć w sprytny sposób zapewne niezbyt miłego ponownego spotkania ze swym profesorem. Gdy parę miesięcy później otrzymałem z Galicji emaila, nie wierzyłem własnym oczom. Okazało się, że w ramach współpracy zagranicznej ów profesor udał się na serię wykładów gościnnych na ten sam hiszpański Uniwersytet. Spotkanie na sali wykładowej było ponoć burzliwe. Kolega został wyproszony z zajęć. Na szczęście zaliczenie przedmiotu miał już z zupełnie kimś innym. Dziś dzielnie dzierży tytuł magazyniera ekonomii. I nauczył się jednego: Świat potrafi być bardzo mały, a prawie 3000 kilometrów to zaledwie parę kroków wobec bezkresu przeznaczenia.

  • Już parę dobrych lat temu zwiedzałam z przyjaciółką jezioro Bodeńskie i okolice. Nie mogło nas zabraknąć na słynnym pokazie fajerwerków w ramach Konstanz Fest. Pech chciał, że w dniu imprezy koleżanka zdrowotnie zaniemogła i musiała zostać w hostelu. Na imprezę udałam się sama. Jadąc przepełnionym pociągiem trafiłam na trojkę Polaków, którzy całą drogę komentowali głośno i wulgarnie wszystkich dookoła korzystając z pseudo-wolności słowa. Bawiło ich, że nikt ich nie rozumie w ojczystym języku. Oberwało się wszystkim podróżnym, nie wyłączając mojej osoby. Wychodząc z pociągu życzyłam im po polsku miłej zabawy. Stanęli jak wryci i zabrakło im języka w gębie. Świat bywa mały – ku przestrodze!

  • Dziesięć lat temu, kiedy Tajlandia nie była krajem tak łatwo dostępnym dla Polaków jak teraz, byłam na praktyce w jednej z tamtejszych firm. Pewnego dnia spacerując po Bangkoku spotkałam innego praktykanta, który powiedział, że wybiera się na imprezę. Zapytał, czy nie chcę dołączyć. Stwierdziłam, czemu nie przecież mogę zmienić swoje plany. Na imprezie były osoby z różnych krajów. Jedna z Tajek powiedziała mi, że ma też dołączyć Polak. Pomyślałam: fajnie będzie po dłuższym czasie porozmawiać z kimś po polsku. Po krótkiej rozmowie okazało się, że mamy wspólnego kolegę. Przez głowę przebiegła mi myśl, ale ten świat jest mały :-)

  • Kilka lat temu w Singapurze… stoimy sobie w spożywczaku i zastanawiamy się głośno który jogurt kupić:
    – Może ten o smaku aloesowym?
    – A może mango, albo kokosowy?
    – O zobacz… mają nawet mleko z Australii.

    Oczy stojącej obok Japonki robią się coraz większe, w końcu nie wytrzymuje:
    – Przepraszam, przyjechaliście z Polski? – rzuca czystą polszczyzną, z lekko wyczuwalnym akcentem.
    – Tak. A Ty skąd tak dobrze znasz polski?
    – Studiowałam w Krakowie teatrologię.
    – Serio? My właśnie z Krakowa przyjechaliśmy.
    Staliśmy przy tej lodówce chyba z pół godziny słuchając jak ktoś z drugiego końca świata tęskni za naszym rodzinnym miastem. Kontakt z Noriko mamy do dzisiaj. :)

  • Jeszcze za czasów nastoletnich przyjaźni łączyła mnie silna więź z Natalią. Później wiadomo były inne szkoły średnie, inne związki. Nawet na swoich ślubach nie byliśmy. Rok temu spotkałyśmy się w Maroku i do tej pory nie wyobrażamy sobie dnia bez rozmowy ze sobą. Tak daleko a tak blisko :)

  • Historia z wakacji 2014 z Chin. Pracowałem wtedy w pewnej szkole językowej. Jak co dzień poszedłem na przerwę obiadową do zaułkowej garkuchni. Najedzony po brzegi wracam do pracy. Zbliżając się do przejścia z daleka dostrzegam znajomy mi napis na jednej z koszulek przechodniów: TYSKIE. Heh myśle wszystko tu produkują przecież!, ale podchodzę do przejścia, staje koło kolesia. Hmm jakieś białe rysy twarzy. Nic to zagadam. Pytam się czy mówi po polsku. „No jasne!” Okazuje się ziomek z Bydgoszczy jest i cały czas mieszkał 30 metrów od mojego miejsca pracy. Teraz jesteśmy dobrymi ziomkami. Świat jest tyci :D
    [email protected]

  • Mała uliczka dwumilionowego Baku, mijamy dwie dziewczyny o zdecydowanie europejskiej urodzie, ale nie dziwi nas to specjalnie, wszak w Baku wielu turystów z różnych stron świata. Z pewnej już odległości słyszę swojsko brzmiące „dzień dobry”. Pytam towarzysza, czy słyszał to samo, nie potwierdza, więc bez przekonania odwracam się i widzę, że dziewczyny czekają na naszą reakcję. Okazało się, że usłyszały jakieś polsko brzmiące słowo i zrobiły test na „dzień dobry”. Dowiadujemy się, że są na praktyce na bakijskim Uniwersytecie Słowiańskim i przybliżają naszą kulturę grupce uczących się tam polskiego osób. Po chwili wiem już, że są z mojego rodzinnego Lublina :)

  • Nasza historia miała miejsce w Mikulowie na czeskich Morawach. Zamierzaliśmy zajrzeć na zamek, wypić kawę na klimatycznym rynku. Wodząc wzrokiem po kawiarnianych ogródkach rzuciły mi się w oczy rowery, a na nich sakwy polskiej firmy Crosso, główny element rozpoznawczy polskich sakwiarzy za granicą. i zaraz podczas przywitania okazało się, że Ola uczyła Ewę geografii w gimnazjum w Gdańsku.

    I tak na Morawach spotkało się czworo Polaków, wszyscy gdańszczanie, wszyscy podróżujący na rowerach, a dwoje z nich kiedyś będący związani jedną szkołą, choć w zupełnie innych rolach. I choć Ewa i Rafał byli w drodze do Maroka, tego dnia ponownie spotkaliśmy się w innym pięknym mieście – Valticach.

  • Rok Pański 2002, Bułgaria… Z żoną spędzamy miesiąc miodowy w urokliwym Sozopolu…
    Wracając z plaży spotykamy parę, zagadują po angielsku pytając o tani nocleg.
    Nie mówiłem biegle w języku Szekspira, więc produkuję się, produkuję starając się
    wyartykułować to o co mi chodzi. Trochę poddenerwowany tym, że nie mogę przekazać
    tego co bym chciał rzucam cichcem klasyczne, słowiańskie „kurde” :)…
    Ooo, rodacy, słyszę z ust spotkanego chłopaka. Teraz dużo szybciej wytłumaczyłem
    co i jak, zadałem też raczej standardowe w takich sytuacjach pytanie:
    Skąd jesteście?
    Z Warszawy, a Wy?
    My z Krakowa, odpowiadam.
    No w sumie to ja też z Krakowa, tyle, że od kilku lat mieszkam w stolicy, odpowiada chłopak
    dodając, że de facto, nie z samego Krakowa, a z pobliskiej Wieliczki
    No proszę, ja dokładnie mieszkam w Małej Wsi 2 kilometry od Wieliczki, mówię.
    „Warszawiak” w śmiech: Ja pochodzę ze Śledziejowic :) (Śledziejowice to wioska granicząca z Małą Wsią) :)
    W zaistniałej sytuacji po raz drugi tego dnia rzucam klasyczne „kurde”, dodając jednak… Jaki ten świat mały…

    [email protected]

  • Historia nr 1: „świat jest mały” pomyślałam sobie kiedy zobaczyłam swoją nauczycielkę w Izraelu. śmiać nam się chciało, gdyż od ukończenia szkoły (czyli jakieś 5 lat wcześniej) nie udało nam się zobaczyć ani razu w rodzinnym mieście.

    Historia nr 2: Moja mama pojechała zwiedzać Francję i Hiszpanię. W jednym z miast, które zwiedzali spotkali się z inną grupą z Polski. Okazało się, że w tej grupie znalazł się znajomy z miejscowości, w której posiadamy domek letniskowy.

    Historia nr 3: Aktualnie mieszkam 180 km od swojego domu rodzinnego. Kiedyś przyjechała odwiedzić mnie moja siostra, wyszłyśmy na miasto. Tak się błąkamy bez celu i w pewnym momencie siostra woła:
    – Ali?!
    – Ania?!
    Tak, moi drodzy. Siostra spotkała kolegę z byłej pracy, który przeprowadził się do mojej mieściny. Do dzisiaj jak mnie odwiedza to wpada do nich z odwiedzinami:)

    Historia nr 4: Kiedy wracałam pociągiem z mojej mieścinki, wsiadłam do (wydawałoby się) pustego przedziału. Po chwili wszedł pan, który wcześniej siedział w tym przedziale. Okazało się, że ten Pan to mój sąsiad. Wracał właśnie od swojej siostry, która mieszka 50 km dalej niż ja.

    Historia nr 5: Jakiś rok temu spotkałam swoją byłą nauczycielkę, która spacerowała po mojej mieścinie. Okazało się, że jej siostra mieszka tu od kilkudziesięciu lat i ona tu często przyjeżdża ją odwiedzać. Na dodatek mieszka 2dwie ulice dalej niż ja.

    Może to nie są jakieś niesamowite historie. Ale każde spotkanie osoby znajomej, w innym miejscu niż rodzinne miasto sprawia mi dużą radość!

  • Któregoś razu w Rumunii, w trakcie mojej pierwszej podróży rowerowej, miał miejsce zabawny epizod. Pedałowałam wówczas z koleżanką przez marmaroskie wsie, nie spotykając na swoje drodze zbyt wielu rowerzystów- trochę nas to dziwiło, ale przeszłyśmy nad tym do porządku dziennego. Aż pewnego dnia zza górki niewyraźnie zaczęły wyłaniać się charakterystycznie objuczone osobniki. Jeden. Drugi. Na sakwie flaga. Biało-czerwona. Twarz pierwsza- jakiś typ. Twarz druga- moja siostra bliźniaczka!
    O co chodzi: w czasie mojego wyjazdu kraj Drakuli odwiedzała też młodsza 5 minut siostra. Celowo nie jechałyśmy razem, bo ileż czasu można spędzać z rodzeństwem, nawet nie znałyśmy nawzajem swoich tras. Zgodnie uznałyśmy, że spotkanie było nieuniknione. Czy zadziałała telepatia? A może po prostu świat taki mały…?

    Zastanawiam się nad tym jeszcze chwilę i dochodzę do wniosku, że posiadając „klona”, glob kurczy się jeszcze bardziej. Zdarzył mi się raz na stopa kierowca który uparł się, że już mnie podwoził i za nic nie dał sobie tego wybić z głowy. Po sprawdzeniu kilku faktów z życiorysu wyszło na jaw, że owszem, jechał- ale z moją siostrą. Jakiś rok wcześniej- pozazdrościć pamięci do twarzy.

  • Kiedyś poznałem przez Facebook’a pewną studentką z Argentyny. Początkowo nasza relacja opierała się jedynie na nauce hiszpańskiego. Po upływie miesiąca przerodziła się w coś zupełnie odmiennego… Od zawsze marzyłem o niekonwencjonalnej miłości… Niestety koniec końców oboje doszliśmy do wniosku, że związek na odległość nie ma racji bytu. Zerwaliśmy kontakt zupełnie, by kompletnie zapomnieć. Nie udało się! Od zeszłego semestru podjąłem studia w Berlinie, ona pojechała by pracować jako au-pair, o czym nie miałem kompletnie pojęcia. Szedłem jedną z uliczek Kreuzberga, gdy zobaczyłem ją… Od tamtej pory coś co było odrealnionym uczuciem zamieniło się w szczęśliwy związek trwający do dnia dzisiejszego!

    • Michał – niesamowita historia! Gratulację, wygrałeś wraz z Bartkiem vouchery! ;) Od siebie dodam, że jest jedna z nielicznych odpowiedzi, która tak ściśle trzyma się wytycznych. Równo 100 wyrazów!

  • Jeden z wygranych nie spełnił warunków konkursu. Była podana liczba wyrazów, których nie można przekroczyć.

    • Nieprawda. Napisałem – „dobrze by było”, jakby odpowiedz miała nie więcej niż 100 wyrazów, a nie – odpowiedz MUSI mieć 100 wyrazów.