Jak zwariowałem. Czyli o podziwianiu zakrętu

W końcu coś nowego! Ten wybitnie specyficzny, typowy dla Mongolii krajobraz. Równiutki, spalony, bezkresny step, w oddali podnoszące się ku niebu pyłowe trąby powietrzne i ona. Całkowicie pusta, wydająca się nie mieć końca, celu, sensu. Zanudzająca na śmierć, jakby zbudowana na złość, wyrysowana idealnie od linijki droga. Oh, chwilunię… coś nowego?

Wczoraj miała miejsce tragedia. Bez najmniejszego ostrzeżenia, zupełnie niespodziewanie pozbawiony zostałem jedynej rozrywki.  Odtwarzacz muzyki, który dzielnie towarzyszył mi podczas całego wyjazdu nagle wyzionął ducha.

Z każdą chwilą moja psychika ma się coraz gorzej. O rozmowę ciężko bo wieje silny wiatr, poza tym Marta i tak ma swój odtwarzać muzyki. Szczęściara. Po głowie zaczynają krążyć dziwne, coraz bardziej irracjonalne myśli. Desperacko zaczynam szukać czegokolwiek, gorączkowo rozglądam się wokoło, oby tylko zająć czymś umysł, zmusić do działania, aktywności, zapewnić jakiś bodziec. Wypatruję jakiejś odmienności na stepie, wystającej gdzieś stupy, odbijającej światło jurty, jakiegokolwiek ruchu na horyzoncie. Niechże coś tylko się zmieni, poruszy, zacznie dziać!

No niestety nie tym razem...
No niestety nie tym razem…

IMG_4584 IMG_3660 IMG_3087

 

Szybko rezygnuję, popadam w letarg. Przez dwie bite godziny wpatruję się w ziemię. Liczę kamyki, kępki trawy, z radością witam każdą koleinę, która to wymusza na mnie zmianę pasa ruchu tym samym urozmaicając jazdę. Nagle, przede mną pojawia się on.  Wyjątkowy, zajmujący, fascynujący, niespodziewany zakręt. Świat nagle nabiera barw, aż chce się żyć, z radości krzyczeć! Okazuje się, że nawet zakręt może być czymś ciekawym, czymś o czym można porozmawiać, a przynajmniej ja tak uważam.

– Dziwny ten zakręt – mówię do Marty. Ta wyjmuje słuchawki z uszu, patrzy się na mnie kątem oka, nic nie mówi.

– No weź popatrz na niego! Widziałaś kiedyś taki zakręt?! – brnę dalej. Marta mruga dwa razy, patrzy na zakręt, na mnie, znowu na zakręt.

– No w sumie… – odpowiada.

Wiedziałem!! Wiedziałem, że jest dziwny. Zdecydowanie jest w nim coś godnego uwagi, fascynującego, wyjątkowego. – To jest bardzo, bardzo dziwny zakręt – uśmiecham się sam do siebie, ponownie ciesząc się, że znalazłem zajęcie dla osamotnionego mózgu.

– Tylko, w sumie, co w nim takiego dziwnego? – pyta Marta. Przez chwilę powątpiewam w wyjątkowość mego znaleziska, jednak prędko pojmuje co się właśnie stało. Spowodowałem dyskusję! Dyskusję o zakręcie. Nie ważne o czym, ważne żeby pogadać. Nic tak nie ratuje od utraty zmysłów jak rozmowa.  Wczoraj dyskutowaliśmy o kształcie chmur, przed wczoraj o dziwnej fakturze drogi nazywanej potocznie „tarką”, trzy dni temu o tym, czemu mimo tylu krowich placków (przecie to tony nawozu!) nic poza trawą tu nie rośnie, dziś zaś o zakręcie. Fascynujące!

 

Mamy zajęcie co najmniej na kwadrans! Dlaczego zakręt jest dziwny? Rozglądam się wokoło. Może to nie zakręt. Sprawdzam, czy nie ma obok czegoś jeszcze dziwniejszego. Czegoś, co swoją dziwnością mogłoby nadać dziwności także zakrętowi, co mogło wpłynąć na mój tok myślenia. Czegoś, co przez swoją odmienność, nadawałoby mylnie wyjątkowości samemu zakrętowi. Ta postrzępiona, wyższa od reszty kępka trawy? W sumie widziałem już dzisiaj podobną kilkanaście razy. Kamyki ułożone jakby specjalnie obok siebie, tworzące tajemniczy krąg? Ciężko stwierdzić…

A może sam fakt, że jest to jedyny zakręt od godziny jaki spotykamy na swojej drodze? Zakręt wydawałoby się nic nie omijający, do niczego niepotrzebny, zupełnie zbędny, bezsensowny? Dlaczego zakręt jest akurat w tym miejscu, a nie 10 metrów dalej? Przecież i tak nie ma tutaj niczego, co miałby akurat w tym miejscu omijać. Albo ktoś miał w tym jakiś plan? Ha, wiem! – wybucham nagle. Przecież zakręt omija ten tajemniczy, jakby specjalnie ułożony krąg kamieni! No jasne, że tak. To ma sens. Z pewnością. Musi przecież mieć! Kamienie tworzące kwadrat i droga, która akurat skręca zaraz za nim. To nie może być przypadek. Genialne!

– Marta, a co Ty o tym sądzisz? – dziele się swoim wielkim odkryciem, szeroko uśmiecham i czekam na oczywiste zrozumienie, a może nawet gratulacje błyskotliwej i inteligentnej analizy. Marta zaś, zupełnie bez słowa, ponownie wkłada słuchawkę do ucha, odwraca wzrok i zostawia mnie samemu ze swoimi rozmyślaniami.

 

Karol Werner

Podobało się? Zostań na dłużej!

Informacje o nowych artykułach i filmach wprost na Twojego e-maila. Bez spamu!
Dołączysz do ponad 80 000 obserwujących osób!

29 komentarzy

Dodaj komentarz