Biwakowe rewolucje. O jedzeniu w podróży, czyli co jeść pod namiotem i jak gotować?

gotowanie w podróży jedzenie pod namiotem porady

Ludzie zaczynający przygodę z podróżami często zadają mi pytanie – co jeść w podróży? Co gotować na kuchence, aby było szybko, tanio, smacznie i przede wszystkim kalorycznie? Dziś przyjrzę się mojemu biwakowemu gotowaniu. Przedstawię kilka moich porad i propozycje posiłków przygotowanych na kuchence. A czym Ty się żywisz w podróży?

Oczywistością jest, że każdy licealista lub student zaczynający przygodę z podróżami będzie starał się ograniczać wydatki jak najbardziej to możliwe. Nie każdego stać na stołowanie się w restauracjach, a to przecież posiłki obok noclegów i transportu są najbardziej generującą koszta składową podróży na własną rękę. W tym poście chciałbym się przyjrzeć nieco samodzielnemu gotowaniu w podróży. Podzielić się doświadczeniem z początkującymi i podsunąć nieco propozycji posiłków, które łatwo samemu przygotować. Mile widziane są także Wasze propozycje podania biwakowych śniadań czy obiadów z menażki. Niech będzie to jak najbardziej pożyteczny i przydatny początkującym wpis. Aha, no i nie uważajcie moich zwyczajów żywieniowych za wyrocznię. ;)

Jedzenie w podróży. Co gotować pod namiotem?

A myślę, że zapotrzebowanie na tego typu pomysły jest całkiem spore. Osobiście nie znam raczej zbyt wielu osób, które miały możliwość zaczynania z wyższej półki i jadąc na dłuższe wyjazdy za granicę czy to poruszając się komunikacją miejską, rowerem czy autostopem mogły pozwolić sobie na nocowanie w hotelach i stołowanie w knajpach. Sam zresztą nie wiem co lepsze i ciekawsze. Bardzo sobie cenie wspomnienia związane z biwakowym gotowaniem i ciągle bardzo chętnie (mimo że stać byłoby mnie aktualnie znacznie częściej się stołować) odpalam kuchenkę i próbuję coś upichcić. Bo zwyczajnie lubię to i niesłychanie taka forma spędzania czasu wieczorami mi odpowiada.

Prawdą też jest, że jedyne czego żałuje z moich pierwszych wyjazdów to fakt, iż nie mogłem sobie pozwolić na częstsze odwiedzanie właśnie bazarów, przydrożnych czajchan, restauracji i pokosztować lokalnej kuchni. Jednak nic z tym niestety zrobić nie mogłem. Jeśli wtedy chciałbym wprowadzić stołowanie się w życie, najpewniej nie byłoby mnie stać na same wyjazdy, albo przez wzgląd na finanse co drugi musiałbym odpuścić, więc… chyba lepiej jechać gdzieś i gotować sobie samodzielnie, niż z braku pieniędzy nie jechać wcale?

Dodam jeszcze, że najbardziej zależało mi na tym, aby zebrać dania jak najbardziej pożywne, takie, których składniki nie ważą zbyt dużo, i które (co najważniejsze) można zrobić je w jednej menażce.

Aha, zdjęć posiłków nie ma zbyt wiele, bo już od kilku lat nie mam w zwyczaju fotografować jedzenia :D

Większość zdjęć pochodzi tym samym z pierwszego wyjazdu w 2011 roku w Alpy.

Większość ze zdjęć pochodzi tym samym z pierwszego wyjazdu w 2011 roku w Alpy.

Kuchenki turystyczne

O samych kuchenkach nie będę już pisał, gdyż powstał o tym obszerny tekst pt: kuchenki turystyczne, a jego rozwinięcie zostało także zamieszczone w książce „Twoja Samodzielna Podróż„. Ja używam praktycznie za każdym razem kuchenki benzynowej, jednak w końcowym rozrachunku nie ma to najmniejszego znaczenia. No może czasem jest trudniej ustawić na nich mały płomień i łatwiej przypalić jedzenie, ale także i z tym można jakoś sobie poradzić.

Śniadanie

Niezależnie jaki kto ma organizm, zasadniczo śniadanie powinno być jak najbardziej sycące. Wierzę, że lepiej wcisnąć w siebie o 4 łyżki i 2 kanapki za dużo z rana, niż zjeść za mało i potem przez cały dzień dojadać jakieś bezwartościowe jedzenie.

Podczas swoich pierwszych wyjazdów gotując jedzenie wieczorem, nigdy nie umiałem dobrze określić potrzebnej na kolację porcji. Zawsze okazywało się, że nagotowałem zbyt dużo, makaron i ryż praktycznie wylewał mi się z 1,5-litrowej menażki i nie byłem w stanie wszystkiego wcisnąć. Tym sposobem nie musiałem nic przygotowywać na śniadanie – wystarczyło tylko odgrzać. Spodobało mi się to jednak na tyle, że z czasem już z premedytacją gotowałem więcej, aby tylko zostało. Jest to zdecydowanie spora oszczędność czasu i pracy, zwłaszcza jeśli komuś się tak nie chce nic robić z rana jak mi. Z czasem jednak zacząłem się już nudzić jedzeniem tego samego i zacząłem kombinować z innymi śniadaniami.

Mimo że ostatnimi czasy mam lenia i najbardziej lubię zjeść po prostu jakąś bułkę z serem i kiełbasą, do tego jakieś warzywa, to mam też kilka ciekawych, smacznych i przede wszystkim mega kalorycznych potraw, które można szybko nad palnikiem wykonać.

Musli i papki dla dzieci

Zwłaszcza jadąc gdzieś na dłużej zaopatruję się w porządne opakowanie musli, płatków owsianych lub jęczmiennych. Najlepiej kupić takie, które wystarczy zalać wrzątkiem. Do tego kilka saszetek z budyniem, kiśli i już mamy wybitnie smaczne śniadanie (o ile ktoś lubi słodkie), na którym kilka dobrych godzin można pociągnąć. Jadąc już typowo na rower zdarza się, że kupuję także opakowanie z kaszką dla niemowlaków. Albo i dwa! Twór taki wystarczy jedynie lekko podgotować do zgęstnienia, ponownie wrzucić do środka jakieś owoce suszone, orzechy lub musli i już. Fajnie dla smaku i kaloryczności robi także kilka kostek czekolady, które po chwili mieszania powinny się rozpuścić. W ten sposób bez jakiegokolwiek przyprawiania, dodatkowego cukry mamy pyszne i wybitnie pożywne danie. Szczerze byłem w szoku jak sprawdziłem ile taka papka ma kalorii.

Jajecznica. Nie jest łatwo…

Również świetna opcja na śniadanie, mega pożywna, jednak osobiście nie mam do jajek cierpliwości. Z kilku powodów.

Jeśli nie zabierasz ze sobą teflonowej patelni będziesz musiał uważać, gdyż jajka bardzo szybko się przypalają nad kuchenką. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że menażki zwykle są aluminiowe co powoduje bardzo szybkie nagrzewanie, a do tego mają cienkie dno co także sprzyja przypalaniu. Mało tego. Dodatkowe trudności powoduje kuchenka benzynowa, której często działa tylko na 100% swojej mocy.

Jest na to na szczęście jedno rozwiązanie, jednak jak już wspomniałem – ja nie mam do tego zbyt często cierpliwości. Trzeba cały czas być przy takiej jajecznicy, doglądać jej i najlepiej trzymać menażkę w ręce cały czas – kilka centymetrów ponad palnikiem.

Co jeść pod namiotem

Tutaj nawet się udało. Do jajecznicy ormiański chleb lawasz

Obiad i kolacja

Makaron i ryż na tysiąc sposobów

Na początku miałem ogromny problem z wymyślaniem kolejnych potraw. Jadąc praktycznie przez miesiąc i gotując niemalże codziennie wieczorem kolację nad palnikiem, moją jedyną potrawą był makaron. Bo pożywny, dobrze się przyswaja, bo szybko się przygotowuje, bo ze wszystkim smakuje świetnie. Do makaronu można wrzucić cokolwiek jest pod ręką, a i tak będzie smakowało rewelacyjnie. Makaron dobry jest praktycznie ze wszystkim i nawet teraz szczerze mówiąc (dalej nie będąc zbytnio wymagającym) mógłbym jeść go na różne sposoby przez miesiąc i się nim nie znudzić.

Tak samo sprawa wygląda z ryżem, który do menu wprowadziłem nieco później. Jedyny jego minus to fakt, że gotuje się znacznie dłużej i jeśli zależy komuś na oszczędzaniu gazu lub benzyny to niestety ryż odpada. Zwłaszcza długo gotuje się na wysokości, a z moich obserwacji wynika, że powyżej 3000 metrów takie gotowanie nie ma już praktycznie sensu. Przez wzgląd na to, iż woda na takiej wysokości ma znacznie niższą temperaturę wrzenia, ryż gotować można i 30 minut, a i tak będzie dalej twardawy.

Jest to zupełnie bezsensowne przedsięwzięcie i będąc już na takich wysokościach polecam jednak makarony, a jeśli ktoś się znudzi to kaszę gryczaną, płatki gryczane (zmielona kasza, szybciej się gotuje) lub kaszę kuskus, którą tylko wystarczy zalać ciepłą wodą. W ogóle co do żywienia podczas długodystansowych trekkingów w górach polecam zerknąć do Łukasza, który napisał bardzo ciekawy pełen wartościowych informacji post.

Przepisy na jedzenie w podróży

Kuskus też świetnie się nadaje. Wystarczy zalać gorącym sosem i mamy zupę.

Poniżej kilka przykładów ogólnych wariacji z czym można podawać makarony, kuskus, kaszę czy ryż.

  • Mięso to podstawa. Wrzucić można jakąś fajną kiełbasę, kabanosy, wkroić szynkę, konserwę. Szaleństwo bogactwa to podsmażony przed gotowaniem boczek, który później zalewa się wodą i gotuje w niej np. makaron.
  • Warzywa od biedy także się nadają. Zasadniczo można wrzucić cokolwiek znajdzie się pod ręką. Fajną opcją jest wrzucenie do wody (albo podsmażenie wcześniej) jakiejś cebuli i czosnku, który doda nieco smaku całej potrawie, a który później już, kiedy odda aromat można wyrzucić. Z warzywami mam jednak ten problem, że ważą bardzo dużo, a niewiele w nich kalorii. Przez to nie chce mi się ich nosić/wozić.
  • Sosy. Nie wyobrażam sobie wyjazdu bez obiadów upatrzonych w sosy z saszetki. Zawsze mam ze sobą spory zapas takich sosów, gdyż w niewielu krajach, zwłaszcza na wschód od Polski można je znaleźć. A przynajmniej ja nigdy nie mogę. Nie wiem dlaczego tak jest, ale poza Ukrainą praktycznie w żadnym odwiedzonym nie mogłem dostać prostego sosu spaghetti, czy innego do mięs. Owszem, można kupić jakiś sos ze słoika, jednak jeśli jedziemy przez teren pustynny, górski, gdzie sklepów brak, zupełnym bezsensem jest wożenie ciężkich słoików w zapasie, kiedy można mieć leciutkie saszetki.
  • Jeśli znudzi się na słono, często swojego czasu taki makaron mieszałem z jakimś kremem czekoladowym, albo dżemem. Bywa też, że wieczorem odkładam nieco ugotowanego makaronu zanim go przyprawię lub zaleję sosem, a z rana dodam tylko w/w składniki i już mam pyszne, słodkie śniadanie.
jedzenie pod namiotem przepisy

Ja wiem, że te dania czasem wyglądają jakby … wiadomo co, jednak za każdym razem pocieszam się, że mam w takiej menażce co najmniej 1/3 dziennego zapotrzebowania na kalorie :D

A jeśli masz więcej czasu i chęci to…

…to możesz upiec sobie chleb! Można zrobić to nad palnikiem, jednak zabiera to trochę czasu, przez co stracisz sporo gazu/benzyny. Polecam zatem wyjątkowo rozpalić ognisko. My eksperymentalnie piekliśmy chleb na wysuszonych krowich plackach, które o dziwo nadawały się rewelacyjnie do tego, gdyż mają wysoką wartość energetyczną, spalają się świetnie, do tego czysto (nie dymią) i nie śmierdzą. Jeśli ktoś jest ciekaw przepisu, to tutaj znajduje się osobny tekst wraz z krótkim filmem.

Inne porady dotyczące gotowania podczas biwaku

Na koniec jeszcze kilka ciekawych patentów związanych z jedzeniem w podróży.

  • Liofilizaty są drogie i raczej mało kogo na nie stać. A jeśli już stać, warto się zastanowić czy jest sens je kupować, ponieważ bardzo prosto można osiągnąć podobny efekt samemu. Wystarczy kupić za kilkadziesiąt złotych suszarkę do grzybów, albo jeszcze taniej zrobić ją samodzielnie. Można też do tego użyć piekarnika i ustawić go na niewielką temperaturę. Liofilizaty co prawda robi się inaczej, jednak efekt jest podobny – zależy nam na pozbyciu się z jedzenia wody, celem dłuższej jego trwałości do spożycia.  Świetną opcją jest wysuszenie jakiegoś mięsa, które później można dodawać po trochu do potraw. Sam np. przed Pamirem, gdzie wiedziałem, że będą problemy ze zdobyciem jedzenia suszyłem kabanosy, które były przydatne do spożycia nawet po 5 tygodniach wożenia w sakwie.  Przygotowanie nie jest jakieś wybitnie trudne i jedyne co warto zrobić to takie kabanosy lekko ponacinać lub poprzebijać widelcem ich osłonkę, aby woda szybciej odparowywała. W przypadku mięsa podzielenie go na małe kawałeczki także znacznie przyspieszy proces suszenia.
  • Nie popadaj w skrajności. Na początku swojej przygody z podróżami, kiedy jechałem w Alpy popełniłem bardzo głupi błąd. W ogóle nie jadłem warzyw, zero błonnika, do tego także praktycznie zero nabiału. Przez bite dwa tygodnie jadłem tylko makaron, zupki chińskie (ależ głupota…) i słodycze. Tony słodyczy. Snikersy, wafle, bułki z nutellą, musli z czekoladą i tak przez dwa tygodnie. Aha, zapijałem wszystko oczywiście colą. Jechało się faktycznie nad wyraz dobrze, z sakwami praktycznie codziennie robiłem i to po Alpach po 130 kilometrów, jednak okupiłem to spadkiem wagi o jakieś 12 kg, co przy mojej niedowadze (nawet przed wyjazdem) mogło być bardzo niebezpieczne. Do tego nabawiłem się problemów z żołądkiem, zatwardzenia i innych cudów. Mocno nie polecam opierania diety tylko na jednym. Żeby nie było, że ściemniam – tak wyglądał mój prowiant do południa, podczas podjazdu pod przełęcz Hochtor i lodowiec Pasterze.

Co jeść w podróży biwak

  • Wjeżdżając lub wchodząc do miast staraj się nadrobić braki w witaminach i jedz jak najwięcej warzyw i owoców. Nawet jeśli jesteście tak anty-owocowi i anty-warzywni jak ja i nie chce Ci się wozić lub nosić ciężkich owoców, to postaraj się choć raz dziennie zjeść jakiś owoc. Zwłaszcza kiedy Twoja podróż wiąże się z dużym wysiłkiem fizycznym, kiedy to organizm potrzebuje wszystkich składników odżywczych i to więcej niż zazwyczaj.
Co gotować na kuchenkce w menażce

Z czasem człowiek zmądrzał i na kolacje dorzucał trochę zieleniny…

  • Osobiście jestem fanem gotowania głównego posiłku wieczorem i z tego co obserwuję wielu podróżujących zarówno rowerem jak i innymi środkami transportu także stosuje się do tej zasady. Z prostej przyczyny – masz w końcu czas coś upichcić, do tego jedząc na noc (wiadomo, że nie 20 min przed zaśnięciem, ale 1-2 godziny) organizm ma z czego czerpać podczas snu, ma się z czego regenerować i jest większa szansa, że obudzisz się wypoczęty.
  • Ogólnie staram się stronić od dłuższego czasu od wszelakich zupek chińskich, co polecam i Tobie. Szkoda żołądka, a równie szybkie i pożywne jedzenie można zrobić gotując kisiel/budyń i dodając do niego jakieś musli, płatki owsiane, orzeszki czy rodzynki.
  • Jeśli już stwierdzisz, że może jednak warto zaoszczędzić trochę czasu na porannym gotowaniu i zostawić sobie jedzenie z kolacji, to upewnij się koniecznie, że dobrze masz zabezpieczoną menażkę. Wielokrotnie zostawiając menażkę z jedzeniem poza namiotem traciłem całe śniadanie. A to wkradały się do niego mrówki (nawet przez reklamówkę foliową), a to dorwał je pies, czy inny dzik. Najlepiej jedzenie trzymać w namiocie, a jeśli w okolicy są jakieś niebezpieczne zwierzęta to zawiesić gdzieś na drzewie. Co najmniej kilkanaście metrów od namiotu. Upewnij się też, że wiatr wieje od namiotu w stronę jedzenia, a nie zwiewa zapachu jedzenia w stronę namiotu. W takim przypadku może okazać się, że niedźwiedź czy inny głodny wilk idąc po zapachu zanim dotrze do jedzenia zawita w namiocie…
  • Raz mając pod ręką papryki wydrążyłem takowe i w nich schowałem ryż z mięsem, który został mi z kolacji. Tak ładnie zapakowane wrzuciłem do osobnych woreczków i miałem całkiem fajne jedzenie na pół następnego dnia. Niestety zdjęć brak, zanim pomyślałem to już wszystkie zjadłem.
  • Ważne jest także, aby podczas długotrwałego wysiłku powodowanego czy to marszem, czy jazdą na rowerze należycie się nawadniać, a także uzupełniać sole mineralne (minerały) i elektrolity. Polecam zabranie ze sobą jakichś tabletek do wody, dzięki którym nie dość, że uzupełnimy wspomniane minerały i elektrolity to woda w organizmie zostanie zatrzymana znacznie dłużej. Najważniejszym składnikiem jest tutaj sód (sól) , ponieważ to on zatrzymuje wodę w organizmie. Trzeba pamiętać, aby nie pić tylko czystej wody, która (o ironio) nawadnia nie najlepiej.
  • Jeśli nie lubisz tabletek do wody, izotoniki zrobić można łatwo samemu. Do bidonu wlej wody i soku (najlepiej pomarańczowego) w proporcjach 75% objętości i 25%, wsyp sporą szczyptę soli, 1-2 łyżeczki cukru, a także dodać możesz ciut cytryny i już masz świetny napój doskonale nawadniający organizm.
  • Jeszcze w temacie picia. Jeśli odczuwasz pragnienie, jest już za późno. Odczuwanie pragnienia to pierwszy stopień odwodnienia organizmu. Ciało ludzkie nie jest doskonałe i daje sygnały o odwodnieniu z małym poślizgiem. Jeśli już chce Ci się pić, to najpewniej utraciłeś z organizmu nawet 2% wody, co według badań skutkuje utratą energii o 20%, a koncentracji nawet o 50%. Pij zatem regularnie, w małych ilościach, nawet kiedy jeszcze Cie „nie suszy”. Niedobrze jest też pić rzadko, ale dużo, gdyż duża ilość płynu nazbyt obciąża żołądek.
  • Staraj się NIE gotować w namiocie. Ja wiem, że pokusa jest duża, zwłaszcza, kiedy na dworze jest zimno. Jednak gotowanie takie niesie ze sobą sporo zagrożeń. Po pierwsze – chwila nieuwagi i masz zalany cały namiot zupą. Raz przerobiłem i już więcej kuchenki do namiotu nie wkładałem. Po drugie – chwila nieuwagi i masz dziurę w namiocie, albo całkowicie spalony namiot. No i po trzecie – tlenek węgla. Wytwarza się podczas niepełnego spalania, jest jak mam nadzieję wiesz – śmiertelnie trujący.
  • Jeśli Ci się nie spieszy, ryż i inne długo gotujące się rzeczy można ewentualnie gotować 5 minut i na 20 schować do śpiwora, aby doszedł.
  • Jeśli jednak już musisz już gotować bo powiedzmy jesteś gdzieś na grani, wiatr wieje jak diabli i jest -100 stopni, to jest na to kilka sposobów: jeśli masz odpowiednio duży przedsionek, zawsze lepiej zrobić to w nim. Jeśli nie możesz, koniecznie zadbaj o wentylację namiotu, aby kominy były otwarte i ciągle wpadało do niego świeże powietrze. Jeśli masz benzynówkę, to tym bardziej! Benzyna wydziela kilkukrotnie więcej tlenku węgla niż gaz.
  • Jeśli masz kuchenkę na paliwo ciekłe – rozpal ją najpierw poza namiotem. W ich przypadku ryzyko spalenia namiotu wzrasta, ponieważ podczas rozpalania mają one tendencje do wybuchania wysokimi płomieniami. Poczekaj aż płomień się uspokoi i wtedy wrzuć kuchenkę pod przedsionek lub do namiotu.
  • Jeśli silnie wieje, dobrze jest mieć także ekrany, którymi osłonisz kuchenkę od wiatru i odbijesz ciepło w stronę menażki.

Cieszę się, że dotarłeś do końca i mam nadzieję, że skorzystałeś. Jeśli tak, więcej informacji praktycznych o samodzielnym podróżowaniu znajdziesz w „Twojej Samodzielnej Podróży„.

Jedzenie w podróży – doświadczenia czytelników?

No i na koniec tradycyjnie jestem ciekaw Twojego zdania. Co jesz, jak gotujesz, jakie masz porady dla innych? Będzie mi miło, jeśli dorzucisz swoje trzy grosze doświadczenia w komentarzach! :)Karol Werner

 

poprzedni wpis
następny wpis
 

Podobało się? Daj lajka!

 
 
 

Komentarze (64):

  1. „Twoja Samodzielna Podróż” już mam i codziennie jest blisko mnie w telefonie :) Walczę, czytam, inspiruje się, dziękuje za pięknego maila, którego dostałam po zakupie ebooka :). Jedzenie TAK, sama popełniałam wiele błędów, choć jako były wieloletni harcerz chyba zostało mi wiele dobrych nawyków – cóż w namiocie nigdy nie gotowaliśmy :D Papka dla dzieci to mój faworyt, zawszę mam przy sobie owsianki, musli i suszone owoce, jajecznica brzmi kusząco, choć bywa to problematyczne, ale czasem przed wyjazdem gotujemy jajka na twardo :) Wiele z Twoich uwag zabiorę ze sobą na najbliższy wyjazd na Słowenię :) Chyba muszę zrobić zapas kaszy :D

  2. Wiktor pisze:

    Ostatnio na pieszym wypadzie w góry na parę dni, schodząc już do miasta zatrzymaliśmy się jeszcze przy strumieniu żeby coś ugotować. Nie wiem co tak dziwiło niektórych ludzi, z lekko skrzywioną miną przyglądających się gotującym turystom, ale można się poczuć jak atrakcja turystyczna. Choć byli i tacy którzy z daleka z uśmiechem krzyczeli – „Smacznego!” i niczym się nie przejmując maszerowali dalej.
    Dzięki Kuba za artykuł, przyda się na dłuższych wypadach. Przepisów nie mam bo sam jestem „noga” w gotowaniu, a doświadczenia też mam niewiele.
    Wiktor :)

  3. Soczewica czerwona. Gotuje się nie dłużej niż biały ryż, ale nie potrzebuje tak wysokiej temperatury – szybko z niej robi się porządna papka. Dodatkowo to dobre źródło białka, więc zostawiam ją sobie zwykle na koniec moich zapasów, kiedy już wszelkie treściwe dodatki zostały zjedzone – nawet z samym pomidorowym sosem potrafi być porządnym posiłkiem (jak na warunki wyjazdowe ;)).

    Na odwodnienie dobrze jest mieć też Gastrolit lub Orsalit – to malutkie, lekkie saszetki, a pomagają dobrze uzupełnić braki gdy już nie udało zapobiec się odwodnieniu (koniec środków izotonicznych, braki wody).

    Owsianka też jest dobra na zimno. Na noc można ją zalać wodą lub mlekiem, odstawić i z rana jest gotowa (ogółem po takim zalaniu nawet z 2 godziny często wystarczają) – dorzucić tylko dodatki w stylu bakalii, wiórków kokosowych, do tego dżem czy miód i szybki posiłek z rana gotowy. Preferuję też płatki wymagające chociaż tych 2-3 minut gotowania (np. owsiane górskie zamiast błyskawicznych), bo jednak są bardziej treściwe i mniej też ich sypię do posiłku.

  4. Tomek pisze:

    Liofilizaty nie powstaja przez suszenie w wysokiej temperaturze a sublimacje, czyli uproszczajac po przez wymrazanie wody. Tak dla scislosci :P
    Podziele sie swoim patentem na sniadania: przed wyjazdem robie mieszanke z platkow owsianych i/lub jeczmiennych, musli, otrebow, wszelkiego rodzaju bakali, suszonych owocow, orzechow, wiorek kokosowych i czegokolwiek innego co mi wpadnie w rece. Mieszam to wszystko z mlekiem w proszku. Wystarczy zalac niewielka iloscia wody i poczekac az owsianka troche wsiaknie. Zapakowac w woreczki strunowe porcjami. Najlzesze to nie jest ale sprawdza sie na krotki wyjazd do drogiego kraju albo w gory.

  5. Na wyjazd tygodniowy przygotowalismy z chlopakiem 8 porcji owsianki (owsianka/rodzynki/siemie/orzechy/proteina konopna) na sniadanie. Do tego dokupywalismy chleb, ser i twarog/jogurt, czasem po drodze, na drugie sniadanie. Do tego porcja batonow z tego przepisu na przegryzki w ciagu dnia (ja te batony robie mniejsze, cos jak krakersy, nie waza duzo, nie lamia sie i sa pyszne) http://www.facetikuchnia.com.pl/index.php/batoniki-musli-bezglutenowe-i-weganskie-batoniki-z-kasza-jaglana/
    Fanka sosow w proszku nie jestem, bo sklad maja taki jak zupka chinska, ale rozumiem to, ze sie sprawdzaja przy dluzszych wyprawach w warunkach bezsklepowych.
    A z makaronem i tak zawsze wygra kasza gryczana! :)

  6. Cudzysłowie sugeruje ironię. :D Oczywiście dla każdego coś dobrego, ja osobiście bez mięsa nie wyobrażam sobie funkcjonowania – zwłaszcza podczas rowerowych wypadów, gdzie po takich pestkach z dyni padłbym po 2 kilometrach.. ;)

  7. Lidka pisze:

    Liofilizowanie jest chyba trochę bardziej skomplikowane niż piszesz. Zdaje się, że produkt najpierw się mrozi i dopiero z zamrożonego odciąga wodę. Dzięki temu smak zostaje lepiej zachowany. Podobno, bo nigdy nie próbowałam. Ze względu na cenę właśnie ;)

    Bardzo lubię jedzenie, więc nie podoba mi się marnowanie posiłku na coś co mi nie smakuje. Francuzi mają mnóstwo takich puszkowanych sałatek czy tam całych dań, które mój chłopak kazał mi jeść, gdy przez kilka tygodni mieszkaliśmy na łódce jego taty. Fuu, jak mi to obrzydło… Dokładnie tak jak i zupki chińskie (które nawet mi smakują) jedzone przez kilka dni pod rząd. Tzn. jak już muszę, to jem co jest, ale jeśli tylko się da, to wydziwiam, żeby było choć trochę smacznie. I tu dobrym pomysłem jest przesypanie sobie przypraw do małych opakowań – wtedy można sporo urozmaicić. Suszony imbir i czosnek to nie to samo co świeże, ale lepsze to niż nic. Ważne żeby zużywać jak najmniej gazu (dlatego ewentualne warzywa kroimy na jak najmniejsze cząsteczki) i jak najmniej brudzić (dobre jest wszystko co uda się ugotować w jednym garnku + nie zalepi garnka tak, że trzeba będzie skrobać czy namaczać). Szybko „gotuje się” makaron ryżowy (wystarczy zalać), w dodatku jest lekki i coraz popularniejszy (= tańszy).

    Ja i tak mam luksus, bo jeśli już gotuję na palnikach, to najczęściej wtedy, gdy podróżuję i śpię w samochodzie, więc mogę zabrać cięższe produkty, takie jak puszki z tuńczykiem czy przecierem pomidorowym czy np. 2 kilko ziemniaków. Tym, co podróżują przez odludne tereny pieszo bądź na rowerze, pozostają suszone rzeczy, bo są dużo lżejsze. Nigdy nie próbowałam suszonej wołowiny, ale myślę, że to może być dobry pomysł, bo to na pewno spory zastrzyk energii.

    • Karol Werner pisze:

      Hej Lidka, masz rację z liofilizatem, źle się wyraziłem – chodziło mi o efekt. Już naniosłem poprawki. :) Suszonej baraniny próbowałem w Mongolii, nazywali to – Jedzeniem Armii Chingischana. Niestety paskudztwo, nie dało się tego zjeść – zdecydowanie lepsze wychodzi mięso wołowe lub wieprzowe suszone samodzielnie. Aha, no i podoba mi się stwierdzenie „nie podoba mi się marnowanie posiłku na coś, co mi nie smakuje” :D

      • Lidka pisze:

        Hmm, pewnie dlatego paskudztwo, że baranina ma taki specyficzny zapach. „Specyficzny” to tutaj duży eufemizm ;) Można sie go pozbyć np. długo mocząc mięso w osolonej wodzie (nie wiem czy dałoby się to skutecznie połączyć z późniejszym suszeniem, ale chyba tak).

  8. ja ostatnio pierwszy raz cos przygotowywałem „na dziko” to się nie wypowiem. Ale liofilizat był dobry :D

  9. dla mnie jedzenie zawsze stanowi problem – nawet w domu :D cóż, nie każdy świetnie gotuje :D albo w ogóle…

    AH TEN ENTER :D wciasnął się niepostrzeżenie

    treść, która jeszcze miała się tu znaleźć: jeśli chodzi o jedzenie w podróży to przyznaję, że ja osobiście często stawiam na liofilizaty + owsianki, ale też ze względu na wagę, cenowo jak bierze się taką paczkę na 2 osoby wychodzi wcale nie tak źle; np na islandię w jednej kieszeniu potrafię upchnąć liofilizaty, które będą moimi obiadami na 2 tygodnie, gdybym miała to zrobić z produktami to bym pół plecaka musiała zapełnić :(

  10. Zgadzam się z Pauliną co do liofilizatów. Sprawdzają się idealnie na kilkudniowych trekingach. Jako przekąska najlepsze są suszone owoce. Warzywa niestety zawsze ważą, ale niezastąpiona pod względem szybkości i latwości gotowania jest cukinia (dobrze smakuje praktycznie z czymkolwiek) lub podsmażany por do makaronu. Z ciekawych dań na szybko w Australii żywiliśmy się ryżem w sosie z mango i mleczka kokosowego, do tego kurczak. Szybkie, pyszne i co najważniejsze w tym kraju jedno z tańszych do zrobienia dań. Tyle że nie lekkie.

  11. kuba pisze:

    !!! tak mi sie przypomniało :
    https://www.youtube.com/watch?v=wTbAVPdwzqQ

    kuchenka z puszki aluminiowej tania i nic nie ma sie prawa zepsuć,
    pozdrawiam szach mat firmy turystyczne :D

  12. Adrian Łoboz pisze:

    Swietnie sprawdzają sie wszelkie płatki które nawet zalane woda z górskiego strumyka są odżywcze i sycące, dobry jest tez kuskus – wystarczy zalać no i orzechy wszelkiej maści i bakalie – dostarczają duzo pożywnej energii, ja proponuje tez zaopatrzyć sie w miso !!! Wystarczy je rozpuścić we wrzątku aby otrzymać mega zdrowy i pożywny bulion – zupełnie naturalny – to zamiast zupek chińskich innych dziwnych poseudoazjatyckuch tworów

  13. Zu pisze:

    Zamiast sosu czerwonego w proszku, proponuje worek wg uznania wymieszanych przypraw i duza paczke suszonych pomidorow – mozna dorzucac po kilka do kazdego gotujacego sie obiadu – dodaje smaku i starcza na dlugo. Kuskus polecam z tunczykiem, suszonymi pomidorami, orzeszkami ziemnymi i przyprawami. I jeszcze jedna banalna sprawa: jajka na twardo. Po odwiedzeniu sklepu, warto kupic i ugotowac na twardo wszystkie niewykorzystane jaja – zmieszcza sie w sakwie na pewno(chocby miedzy skarpetkami), a mozna je zjesc po drodze albo skroic do kaszy/makaronu/ryzu/kuskusu – no i sa pozywne, i wartosciowe. Pozdrawiam!

  14. Karol, będzie coś o kuchenkach? Nasz primus za miliony doprowadza mnie ostatnio do szału więc zastanawiam się nad jakąś alternatywą. Fotki jak z kwestii smaku, tak trzymać!

  15. Oj jedzenie :)
    – na szybko najlepszy dla mnie kuskus,
    – na średnioszybko makaron rurki+pomidory+warzywa+mięso (wersja de lux rzecz jasna),
    – na długo…. ryż + szeroko pojęty sos + mięcho (oczywiście wersja de lux),
    – wersja ekstremalnie długa, ale ekonomiczna – podpłomyki + nadzienie :)

    Jak pada i jest ‚kiłowa” pogoda, żadna potrawa nie może się obyć bez narodowego przysmaku a mianowicie…cebuli. Tanio, nie psuje się i duużo witamin :)

  16. Ja uwielbiam ziemniaki z ogniska. Greatest hit. :D

  17. Absolutne zdanie klucz pod którym podpisyję sie obiema rękami: „Lepiej jechać gdzieś i gotować sobie samodzielnie, niż z braku pieniędzy nie jechać wcale” :)

  18. Mamy taką ruską kuchenkę na paliwo. Mąż twierdzi, że każde, ale lejemy benzynę. Szybko się na niej gotuje, może tylko lanie paliwa dla niewprawionego może być mało wygodne. Ja polecam!Na allegro używka kiedyś za ok. 100 zł., ponoć nowa ok.5 stów, ale ostatnio się nie interesowaliśmy. Plus jest taki, że w samolocie można przewieźć, a paliwo to na miejscu w butlę czy karnister mały, no a z gazem nie polecisz.

  19. Ja to ostatnio na biwaku, to pierogi z jagodami lepiłam, prościzna ;-) I na tej kuchence gotowane.

  20. Dobre! Wszystko ładnie napisane i dużo przemyślanych opcji no i odnośnik do Łukasza :), ale małe sprostowanie bułka nie z Nutella, a z roztopionym Snikersem :p Ja np między posiłkami lubię mieć pod ręką jakieś suszone morelki, daktyle, figi (odgspoone od Paweł) dobra opcja do podjadania, oczywiście lądują też zawsze rano w owsiance :) a właśnie snikers w owsiance też bardzo spoko :d

  21. scooltury pisze:

    Studencki obiad na słodko: kuskus+banan+ jakikolwiek jogurt/serek np. danio (a smaków hoho). Pod warunkiem, że nie jest szalenie ciepło, takie danio zepsuć się nie powinno. Nie jestem zwolenniczką słodzonych jogurtów, ale to znacznie lepsze niż np. snickers. No i zgodnie z tym co mamy przykazują: przynajmniej jeden posiłek w ciągu dnia jest na ciepło ;))

  22. Cóż ja do jedzenia dorzucę, ze można czasem po prostu nie jeść. W podróży człowiek się uczy, ze jak nie zje nic przez 2 dni to przeżyje :)

  23. Bartek pisze:

    A co sądzisz o takim jedzonku? http://www.przegladhandlowy.pl/wp-content/uploads/2016/08/PAMAPOL-kurczak-po-chinsku.jpg Alternatywa dla konserwy, tyle że na ciepło :D Pudełko jest z tworzywa, na tyle silnego, że nie grozi zgniecieniem, od góry zamkniete wieczkiem jak tradycjna puszka, a jednocześnie waży mniej od konserwy, czy nie daj boże słoika.

    Jest to nowość pamapolu, wprowadzona specjalnie jako prowiant dla uczestników minionych już ŚDM (miałem przyjemność otrzymać kilkanaście takich, na jednej z konferencji, i wziąłem to własnie specjalnie pod kątem turystycznym) Jednakże mam kilka wątpliwości. Przedewszystkim (o zgrozo…) mimo że teoretycznie był to posiłek dla pielgrzymów, to dedykowanym sposobem odgrzania tego jest mikrofala… Zostałem jednakże zapewniony, że wstawienie tego do gorącej wody zapewni identyczny efekt. Mimo wszysto w trakcie pierwszych testów w domu, okazuje się, że aby to zagrzać do odpowiedniej temperatury, opakowanie należy gotować i do 15 minut na kuchence stacjonarnej… Jeśli jedziemy gdzieś, gdzie będzie elektryczność, to grzałka zapewne da radę, jednakże wątpie jak to się ma do kuchenki turystycznej (w chwili obecnej jeszcze takowej nie posiadam). Myślisz że taki benzyniak, albo nie daj boże palnik na gaz, jest w stanie sobie poradzić z takim wyzwaniem?

    • Karol Werner pisze:

      Hm, nie bardzo wiem jak się to przygotowuje. Domyślam się, że do mikrofali wkłada się to w jakimś opakowaniu. Jesli można takie zalać wodą i gotować to przy nieco dłuższym czasie myślę, że można by spróbować i nad kuchenką :)

      • Bartek pisze:

        Domyslnego sposobu nie testowałem, jako że mikrofali na mieszkaniu nie posiadam :D Drugi sposób to tak jak właśnie mówisz woda, tylko niestety nie mam pojęcia (tutaj pytanie do ciebie ) jak wydajnością takich malutkich kuchenek :) No bo umówmy się, kwadrans gotowania na ogniu, w stacjonarnej kuchni to troche sporo się wydaje. Ogółem jeśli możesz, to napisz kiedyś coś szerzej w temacie palników turystycznych, bo jestem mega ciekaw, czy nadaje się to do czegoś więcej niż do zagotowania kawy :) Zwłaszcza ciekawią mnie palniki gazowe (Wiadomo cena :P), bo multifuel zapewne jest wydajniejszy, no ale cena robi niestety swoje.

  24. Ja polecam makaron ryzowy albo makaron ze wspomnianych zupek chinskich, bo wymagaja tylo zalania woda, ale dodac swoje dodatki.

    Zazwyczaj przygotowuje sobie mix przypraw/ziol: kurkurma, kmin rzymski, papryka w proszku, tymianek, czasem tez czosnek/cebula w proszku itp i dodaje do potraw.

    Po roznych probach moim ulubionym jedzeniem na lykendowe wycieczki stalo sie cos takiego: przecier pomidorowy (czasem dostepny w saszetkach lub tubce) + wspomniana prze innych soczewica czerwona + suszony groszek zielony + pol papryki/cukini/marchewki + wspomniane wyzej przyprawy + garsc makaronu.

    W niektorych krajach mozna kupic mleko kokosowe w proszku, wiec mozna sobie takze curry sprawic :)

    No i zawcze duzo mleka w proszku, do musli, czekolady, kawy itd.

    Wole tez zabierac herbate lisciasta (nie w torebkach), bo mniej trzeba zuzyc i mozna fusy latwo ‚w trawe’ wyrzucic.

    W niektorych sklepach z przyprawami (np. we Wroclawiu na Wita Stwosza) mozna niedrogo dostac pokrojone suszone pomidory, papryke. To tez sie swietnie nadaje by wzbogacic smak.

    Jeszcze jeden dobry patent to toritlle zamiast chleba, bo mazna z tylu plecaka wsunac. Nie pognie sie i zajmuje mniej miejsca.

    Przepraszam za przydlugawy wpis, ale moze sie cos komus przyda.

  25. Magda pisze:

    Patent z Islandii: w supermarkecie kupić cebulę, ziemniaka, w wersji Lux – jeszcze marchewkę. Kroimy na drobne kawałki, zalewamy wodą i gotujemy „bieda-rosołek” (max 10 min). Dosypujemy zupę z proszku (z Polski), mieszamy, i gotowe! Dzięki skrobi z ziemniaka zupa jest bardzo gęsta, a do tego pływają w niej kawałki warzyw :) Pożywne i starcza na długo :)

  26. Ania pisze:

    zamiast zwykłej soli polecam sól kłodawską, ma minerały w sobie w przeciwieństwie do zwykłej, kosztuje chyba tyle samo, tylko może być problem ze znalezieniem jej, ja kupuję w Carrefourze, tak wygląda: http://www.sol-klodawa.com.pl/pl/oferta/25/sol_spozywcza_0,9_-_1,0_kg,

    a jeśli chodzi o coś zdrowego i pożywnego to polecam białko konopne, bardzo smaczne i baaardzo zdrowe, tak na wszelki wypadek przestrzegam przed kupowaniem ekologicznego, jest wstrętne.

  27. Zosia pisze:

    Ja z ekipą obozową podeszłam do tematu inaczej – nie dość ze nosilismy garnek, to do tego czajnik i patelnię :) Dosyć szybko stało się to naszym znakiem rozpoznawczym.
    W kwestii picia – woda w butelce włożona dla ochlodzenia do górskiego potoku, a potem trochę cytryny i świeża mięta.
    A na obiad nieśmiertelny ryż z dżemem!

  28. oturystyce pisze:

    bardzo ciekawy wpis. Osobiście zazwyczaj nie decyduję się na gotowanie w trakcie wędrówki. Ze względu na względnie krótkotrwałe wypady posiłkuję się jedzeniem typu kabanosy, konserwy, batony energetyczne, słodycze oraz owoce. Te ostatnie są może ciężkie, ale w trakcie często wyczerpującej wędrówki potrafią nieźle orzeźwić :D

  29. Joanna pisze:

    Kiedyś w Metrze trafiłam na artykuł o najzdolniejszych Europejczykach przed 30-ką. Wśród nich była Polka – Laura Godek-Miąsik. Jej marka LYO FOOD produkująca potrawy liofilizowane jest doceniana w wielu krajach. Ktoś może próbował?

  30. Andadora pisze:

    Ja po ostatnim wyjeździe nie wyobrażam sobie śniadania bez owsianki – najczęściej była robiona na ognisku i taka jest moim zdaniem dużo lepsza niż zalewana wrzątkiem (Do robionej na zimno jeszcze się nie przekonałam). Pośmiać się można, ale mieszana jakąś gałązką, a nawet taka z szyszko-niespodzianką smakuje rano wybornie :) Miałam też ze sobą płatki ryżowe – właściwie nie trzeba ich gotować! Myślę, że gdybym nie nabawiła się wcześniej jakiegoś wstrętu do ryżu zniknęłyby od razu z jakąś własną mieszanką przypraw i np. tuńczykiem. Muszę troszeczkę poczytać właśnie o suszeniu jedzonka – nie da się ukryć, że suszone owoce są supper słodką przekąską, a niestety te dobrej jakości potrafią kosztować duuużo :/ Super wpis! Miałam ostatnio nadzieję natknąć się na ciebie w Namaste, niestety może następnym razem – Pozdrawiam! :D

  31. Piotr Tomasz pisze:

    Co człowiek to pomysł na biwakowe danie. Problem jest jak myć naczynia po uczcie w polowych warunkach? Jakiś pomysł na brak bieżącej wody?

  32. Denestin pisze:

    Wydaje mi się, że jak się chce dobrze gotować to może warto jakiś dobry palnik zainwestować? widzę że się znasz i bardzo podobał mi się Twój artykuł, mógłbyś napisać coś o palinkach itd albo powiedzieć który z tych wybrać? campingshop.pl/kuchnia/kuchenki Dzięki z góry za poradę

Dodaj komentarz