Jezioro Sewan i Monastyry Garni oraz Geghard

Pobudeczka o godzinie 6. Piotrek czuje się już lepiej, więc są nadzieje na normalny dzień jazdy. Mimo to ciężko mówić o jakimś wielkim entuzjazmie, kiedy na dworze znowu mgła i mżawka. Zaraz po wjechaniu na główną drogę zaczynamy podjazd pod pierwszą przełęcz. Ruch samochodowy praktycznie zerowy. Okazuje się, że zostało nam trochę więcej kilometrów niż to przewidywaliśmy wczoraj i dopiero po 1,5 godziny jazdy meldujemy się na szczycie. Jest potwornie zimno i nic nie widać. Chłód dodatkowo potęguje silny wiatr podczas zjeżdżania. Palce skostniałe, ścięgna Achillesa niemal zamarznięte i bolą tak, że  praktycznie nie mogę naciskać na pedały. W obawie przed kontuzją, pierwszy raz od 10 dni zamiast sandałów zakładam pełne buty. Założyłbym też ciepłe skarpety, ale po raz kolejny mój przedwyjazdowy hurraoptymizm pogodowy mnie zawiódł.

Zjazd prowadzi do niewielkiego miasteczka Dilidżan. Robimy sobie małą przerwę na zakupy i dolanie benzyny do butli. Zawsze śmiać mi się chce z reakcji obsługi stacji, kiedy podchodząc do dystrybutora z pół litrową buteleczką żądam aby nalali mi do pełna. W mieście jemy też pierwsze, skromne śniadanie. W sklepie czekam dobre 10 minut, aż zauważy mnie sprzedawca. Wybór, poza alkoholami dość marny. Kupuje sobie mały chleb i jakieś mięso, o którym śnię już od kilku ładnych dni. Marzy mi się wreszcie jakaś odskocznia od makaronu i czekolady. W mięsie też nie ma za dużego wyboru. Tutaj na jeden sklep przypadają średnio dwa, może trzy produkty mięsne. Niestety kiełbasa w niczym nie przypomina naszych śląskich czy innych krakowskich. Wróć, to nawet nie zasługuje na nazwę kiełbasy. Bardziej wygląda jakby była zrobiona z psa, i to w dodatku zmielonego w całości z budą. Muszę stwierdzić, że w tylu krajach co już byłem, ani razu nie spotkałem się, żeby wędliny, kiełbasy czy inne pasztety były choć w połowie tak smaczne jak u nas.  Narzekać sobie na ojczyznę możemy moi kochani, ale nasze przetwory mięsne powinny być zdecydowanie powodem do dumy narodowej.

Jezioro Sewan

Kiedy już zmusiłem się do zjedzenia tego czegoś, zaraz po wyjechaniu z Dilijan zaczyna się podjazd pod te sławne jezioro. Nie byle jaka zmarszczka, a konkretny, długi i stromy podjazd. Pogoda dalej jest beznadziejna i decydujemy się nadrobić czas, który straciliśmy na wczorajszej kuracji. Po kilku próbach i kilkuset metrach pokonanego wzniesienia, zatrzymujemy rozklekotaną ciężarówkę marki Ził.

Autostop w Armenii

Po silnym szarpnięciu hamulca ręcznego, z kabiny wyskakuje kierowca, lekko się przy tym zataczając. Pierwsze wrażenie jest oczywiste – pijany! Mierzę gościa wzrokiem i oceniam czy aby nie zaśnie nam na pierwszej serpentynie, albo co gorsza przeoczy ją i stoczymy się w przepaść. Przypominam, że widoczność jest beznadziejna i jest to wysoce prawdopodobne. Po wgramoleniu rowerów do środka i naszych tyłków do kabiny okazuje się, że kierowca niekoniecznie musi  być wstawiony. Po zatrzaśnięciu drzwi od razu uderzyła mnie w twarz fala gorącego powietrza buchająca wprost z silnika. Dodatkowo wraz z ciepłem, do kabiny wpadają spaliny i po kilku kilometrach jesteśmy tak samo „pijani” jak nasz szofer. Spowolnieni, ospali, obojętni na wszystko i zawstydzeni, że podejrzewaliśmy tego poczciwego człowieka o pijaństwo.

Umęczona stara, radziecka maszyna – jak nazywa ją kierowca – dzielnie walczy ze stromym podjazdem. Na zmianę spoglądam do lusterka i na kierowcę. Na niego, żeby nam nie zasnął, a do lusterka z obawy o mój rower, który jakoś dziwnie zaczyna wystawać poza kontur misy. Tak sobie jedziemy, żartujemy, próbujemy dogadać po rusku, kiedy wreszcie wjeżdżamy do słabo oświetlonego tunelu, będącego na samym szczycie. Po wyjechaniu naszym oczom ukazuje się tafla jeziora Sewan. Dodatkowo kompletnie zmienia się pogoda. Znikają chmury, pojawia się błękitne niebo. Mżawka została po drugiej stronie tunelu, a tutaj niepodzielnie rządzą promienie słoneczne.

Jezioro jest jednym z wyżej położonych na świecie (1919 mnpm) i jest wybitnie interesującym zbiornikiem.  Wpływa do niego 28 rzek, a wypływa tylko jedna – Hrazdan – odprowadzając jedynie 10% wody. Co się dzieje z resztą? Bezczelnie odparowuje…

Żeby woda się niepotrzebnie nie marnowała sowieci w roku 1933 postanowili zmniejszyć powierzchnię jeziora i tym samym ograniczyć jego parowanie. Planowano obniżyć poziom wody aż o 55 metrów używając jej do hydroelektrowni i  nawadniania okolicznych pól. Jednak nie wszystko poszło zgodnie z planami i zbiornikowi zaczęło grozić wyschnięcie.  Mądrzy sowieci znaleźli jednak wyjście i z tej trudnej sytuacji. Także tym razem nie obyło się bez znacznej ingerencji w naturę. Całkiem niedaleko płynęła spora rzeka Arpa, którą to postanowiono skierować wprost do jeziora. Problem polegał na tym, że płynęła ona za okolicznym, trzytysięcznym masywem górskim i wiązało się to z wydrążeniem tunelu o długości przeszło 48 kilometrów! Ruscy, rękami Ormian dziarsko wzięli się do roboty. Z kilkoma przerwami, po 25 latach kopania, dopiero w 2003 roku tunel zostanie ukończony. Co ciekawe poziom wody w jeziorze i tak jest 20 metrów niższy od pierwotnego, ale już nie zagraża mu podzielenie losów jeziora Aralskiego, które de facto także w swojej mądrości zniszczyli sowieci.

Na Erewań…

Początkowo chcieliśmy wysiadać przy jeziorze, ale kierowca przekonuje nas do dalszej jazdy. Robimy mały rachunek za i przeciw. Widoki kapitalne, nawet nasz kierowca ożywił się jak zobaczył srebrzącą się w słońcu taflę. Po drugiej stronie wznoszą się szczyty górskie, z których wprost do jeziora, leniwie spływają mgły. Jednak mimo tak dużego potencjału fotograficznego dajemy się przekonać i jedziemy na Erewań. Do miasta daleko, a chcemy dzisiaj jeszcze dojechać do sławnych Garni i Geghard. Nie żałujemy decyzji. Droga prowadząca do stolicy jest tragiczna. Długi i płaski odcinek, zatrzęsienie samochodów i nic ciekawego wokoło. Odżałujemy nawet kilkunastokilometrowy zjazd, który prowadzi do samego miasta. Szofer wyrzuca nas dopiero na rozjeździe,  przed samiuśkim Erewaniem. Osiągamy setny kilometr już w okolicach wczesnego popołudnia. Niezły wynik. Poniżej Erewań

Erewań Panorama Zdjęcie

Po raz kolejny temperatura skacze niemiłosiernie wysoko. Polary, które od samego rana mamy na sobie powodują znaczny dyskomfort i szybko lądują w sakwach. Nie sposób przewidzieć jaka pogoda będzie za sąsiednią górą. Może być duszno, deszczowo, ale równie dobrze sucho i upalnie. Chwilę wcześniej zamarzaliśmy, żeby kilkadziesiąt kilometrów dalej  narzekać na palące słońce. Cała Armenia podzielona jest na 24 strefy mikroklimatyczne co daje obraz o różnorodności pogodowej tego kraju. Wszystko to zasługa tych wysokich pasm górskich i co ciekawe, blisko 90% ludności tego niewielkiego kraju żyje powyżej 1000 metrów nad poziomem morza!

Monastyr Garni i Geghard

Na dzień dzisiejszy omijamy rozpaloną stolicę i uderzamy na wcześniej wspomniany Garni i Geghard. Na pierwszy ogień bierzemy Garni, twierdzę zbudowaną już w I wieku naszej ery.

Świątynia Garni Garni Armenia

Pomimo niekwestionowanych walorów historycznych, twierdza nie zrobiła na mnie dużego wrażenia. Tyle się namordowaliśmy z kolejnymi podjazdami, a tam po 5 minutach nie ma nic ciekawego do oglądania. Pomijając już fakt, że za wejście płaci się równowartość czterech, wysokiej jakości piw! Głupio tak zrównywać świątynię powstałą dwa tysiące lat temu do czteropaka, ale na tę chwilę wolałbym się bardziej zapoznać z tym drugim.

 

Opuszczamy Garni i trochę zawiedzeni kierujemy się na Geghard. Obie atrakcje turystyczne nie są od siebie zbytnio oddalone i już po kilkunastu kilometrach jesteśmy na miejscu. Pięknie wkomponowany w majestatyczną górę Geghard, nie dość, że jest większy i bardziej urokliwy, to na dodatek nie ma tutaj żadnych opłat za wejście.

Klasztor Geghard Monastyr Geghard

W kościele panuje półmrok,  rozświetlany przez te cienkie, charakterystyczne dla kościołów wschodnich świeczki ofiarne. Kojący dźwięk dzwonu wzywa wiernych do modlitwy, pop zaczyna ceremonię i ogólnie panuje jakaś taka atmosfera tajemniczości. Jest klimat. I jakby ktoś kiedyś miał dylemat, który z tych dwóch zabytków wybrać to niech lepiej będzie to Geghard.

Geghard: 

Perypetie noclegowe…

Dzień chyli się już ku końcowi i opuszczając świątynię od razu zaczynamy się rozglądać za noclegiem. Po drodze sporo domostw, więc grzechem było by nie spróbować ‘na gospodarza’. Pierwsza kobitka, którą zapytaliśmy powiedziała, że chętnie by nas przyjęła, ale woli nie decydować jak nie ma męża w domu. Udaje się za drugą próbą. Tym razem także otwiera nam nieco starsza już kobitka i po chwili już rozbijamy namioty. Duży ogród, sporo drzewek i mnóstwo wysuszonych krowich placków służących za opał. Właściwie pod każdym murkiem, drzewkiem czy szopą stoi starannie poukładany stosik  tychże naturalnych brykietów. Są one bardzo kaloryczne i mają podobno wielką wartość opałową. 

Tak jak i u sąsiadki, także tutaj chwilowo nie było męża w domu. Rozgościliśmy się, dostaliśmy kawę, wymieniliśmy kilka uśmiechów z nieśmiałymi córkami naszej gospodyni –  kiedy to właśnie z pola, w gumowych butach i podartej koszuli wrócił pan domu. Skromnej budowy facet oznajmia, że mamy się pakować. Mówi, że nie możemy tutaj spać, ale ma dobrą nowinę – przy drodze jest jego nieczynny sklep, gdzie możemy się przekimać. Zawsze obawiałem się tego momentu, kiedy do domu wraca mąż, ale nigdy się nie zdarzyło, żeby mnie wyprosił. Z oferty nie korzystamy i postanawiamy jechać jeszcze kawałek. Droga jest lekko z górki, więc tylko się toczymy rozglądając za kolejnym gospodarstwem. Pytamy kilka domów niżej i znowu się udaje. Co prawda nasz nowy gospodarz nie miał miejsca u siebie na placu, ale zaraz naprzeciwko stał drugi, zupełnie pusty dom. Jego syn wyjechał na roboty do Niemiec, a pokaźny dom  marnieje. Dostaliśmy wodę do umycia i kilka jabłek. Facet bardzo sympatyczny, mówi nawet, że widział nas jak jechaliśmy wczoraj rowerami przez Erewań. Bardzo nas uradowała ta informacja. Posiedzieliśmy trochę, pogadaliśmy i pośmialiśmy się z tego niesamowitego zbiegu okoliczności, a to że w Erewaniu jeszcze nie byliśmy to już mało ważny szczegół…

Zgubił gość mąkę, ale bez obaw – właśnie wraca na wstecznym. : D

Nasz ostateczny gospodarz : )

 

 

poprzedni wpis
następny wpis
 

Podobało się? Daj lajka!

 
 
 

Komentarze (1):

  1. Hanka napisał(a):

    Dlaczego ludzie mają tak mało zaufania do siebie ,bo chyba to jest powodem ,że nie łatwo można „załapać” się na nocleg u gospodarza.Może się mylę ? Coś więcej na ten temat? Poza tym każdy „felietonik” wzbudza apetyt na następny.

Dodaj komentarz