Monastyr Tatew, marszrutka i podejrzana kiełbasa…

Dzień 13. Już dawno temu przywykłem do częstego dźwięku klaksonów samochodowych, tej kakofonii dźwięków  tak bardzo specyficznej dla Azji. Zarówno tutaj, jak i na Bałkanach jest to swoisty, osobliwy i piękny w swojej prostocie rodzaj pozdrowień, czasem drażniący i irytujący, ale z reguły życzliwy. Po jakimś czasie, bez problemu można wyczuć kiedy kierowca daje upust swoim pozytywnym emocjom, a kiedy (co ma miejsce dużo rzadziej) chce nas zwykle ostrzec, upomnieć lub ordynarnie opierniczyć. Kiedy postanawia okazać swoją serdeczność, klakson wydaje dźwięk możliwie jak najkrótszy, ucha niedrażniący, ledwie postrzegalny i z rzadka irytujący.Często wraz z sygnałem dźwiękowym kierowcy wysyłają także uzupełniający się z trąbieniem sygnał wizualny i upewniwszy się, że został przez rowerzystę zauważony, od razu macha, krzyczy, wychyla się przez szybę i unosi kciuk ku niebu, cały czas się przy tym radośnie szczerząc. Częstokroć nawet nie czeka na oznaki interakcji z naszej strony, a jeśli i my go zauważymy i dodatkowo pozdrowimy jego radość nie zna granic. Poczuł się nie tyle doceniony, co bardziej usatysfakcjonowany i poniekąd spełniony jako ten gospodarz, przedstawiciel, czy nawet delegat danej wioski lub miasta, do którego akurat wjeżdżamy. Przywitał obcokrajowca u siebie! W Iranie takie uliczne epizody jeszcze bardziej przybiorą na intensywności i kierowca ten nie omieszka się nawet zatrzymać na poboczu i zapytać skąd jesteśmy, pożyczyć wszystkiego co najlepsze i na koniec poprosić o zdjęcie.

Beznadziejny początek dnia.

Nie zawsze jednak jest tak cukierkowo. Choćby nie wiadomo jak często byśmy trafiali na dobrych kierowców, jest pewne i nieuniknione, że prędzej czy później natkniemy się także na tych złych, bezinteresownie wrednych typów. Jak w każdej bajce, zawsze muszą być przeciwstawni i kontrastujący ze sobą bohaterowie i tak właśnie z samego rana swoim wybitnie kretyńskim zachowaniem humor psuje mi dwóch kierowców. Pierwszy z nich, nie dość, że przejechał obok mnie na gazetę (mijając mnie na odległość gazety) to dodatkowo, osioł jeden w momencie kiedy był na równo ze mną, z całych sił wdusił klakson. Jak się można domyśleć, nie było to przyjazne trąbienie, a ja o mało nie dostałem zawału serca. I dla jasności – takim kierowcom także odpowiada się pozdrowieniami o zgoła odmiennym ładunku emocjonalnym.

Czytaj też – Ciężkie powroty do domu…

Drugi szofer, który również został pozdrowiony środkowym palcem wymyślił sobie jeszcze lepszy dowcip. Duży Transit, jadący z naprzeciwka,  rozpędzony do jakichś 100km/h bezczelnie zjechał na mój pas, najeżdżając jednym kołem na moją część pobocza, jadąc tak idealnie na wprost mnie i mojego roweru. Nikogo nie wyprzedzał, bo też nie było żadnych innych samochodów do minięcia. Pędzi tak na czołowe, głupkowato się uśmiechając i najwyraźniej dobrze bawiąc. Kiedy był już 20 metrów od wysłania mnie na tamten świat zgrabnym ruchem odbił na swój właściwy pas jezdni, traktując mnie silnym podmuchem powietrza. Jeśli chciał mnie nastraszyć to punkt dla niego. Jest dopiero pół godziny jazdy za nami, a ja już jestem wewnętrznie rozbity, zdołowany i spalony w blokach już na starcie tego dnia.

Wysokość, na której rozbiliśmy namioty (niecałe 2000 metrów) powoduje, że jest zimno i pakując się muszę nieustannie podskakiwać, żeby się rozgrzać. Szczęśliwie przestało wiać i nie odczuwa się chłodu aż tak bardzo podczas samej jazdy. Poranny profil trasy wygląda niczym amplituda i co kilometr, systematycznie zaczyna się podjazd, żeby przez kolejne tysiąc metrów droga sukcesywnie opadała w dół aż do kolejnego podjazdu. Dokładnie jakby ktoś odliczył linijką i tak ciągle, przez najbliższe 20 kilometrów.

Chciałbym powiedzieć "jaki uroczy chłopak", ale no niestety nie mogę... co za rodzice!
Chciałbym powiedzieć "jaki uroczy chłopak", ale no niestety nie mogę... co za rodzice!
 
W kasku Piotrka
W kasku Piotrka
 

Po osiągnięciu przełęczy wznoszącej się na niespełna 2200 metrów zaczynamy względnie długi zjazd, po raz kolejny wymuszający założenie ciepłych ciuchów i pełnych butów. Kto by pomyślał, że lipiec będzie chłodny psia kość! co my to jesteśmy w Norwegii!?

Posiłku czas

W międzyczasie wygłodniali zahaczamy o sklep spożywczy. Padło na niejaką mieścinę o nazwie Halidzor – ostatnie miasteczko przed podjazdem pod sławny Monastyr Tatew. Wielkiej konkurencji sklepów spożywczych nie uświadczyliśmy i na dobrą sprawę minęliśmy ten jeden do dyspozycji, bo pozostałe zostały zabite dechami. Wybór w środku także nie był porażający i można śmiało odnieść wrażenie, że przez brak konkurencji i tym samym monopol na rynku spożywczym w Halidzor, właściciele sklepu nie muszą przykładać się zbytnio do asortymentu.

Dalece posunięte obrzydzenie słodyczami wywołuje u mnie nieodpartą pokusę skonsumowania czegoś zgoła innego. Pikantnego, słonego, cierpkiego – byle nie słodkiego. Jak już wiadomo wybór nie był oszałamiający i postanowiliśmy z Piotrkiem, że kupimy jakieś mięso do podziału. Tak samo jak kilka dni temu kiedy padło na całkiem ciekawie wyglądającą mielonkę, tak samo i teraz robię sobie nadzieje, że ta będzie choć w połowie lepsza od ostatniej. W ogóle „ciekawie wyglądająca mielonka” zakrawa na niezły oksymoron i o ile zewnętrzna osłonka zachęcała do kupna, to wnętrze pozostaje wielką zagadką. Wskazałem paluchem sprzedawczyni, zapłaciłem i zaczął się najciekawszy proces, niczym odpakowywanie urodzinowego prezentu. Nadzieje wielkie, wyobrażamy sobie jakieś nie wiadomo co i tylko w myślach powtarzamy sobie „byle nie krawat, byle nie krawat!”.

Jak to mówią – im większe nadzieje, tym większe jest rozczarowanie. Podobnie było w przypadku tejże mielonki, pasty mięsnej, czy tego czegoś… sam nie wiem jak to trafnie nazwać, żeby jak najlepiej zobrazować wnętrze tego dziwnie wyglądającego tworu. Powiedzmy to otwarcie – jakość była podła. Mięso wydawało się być stare i kwaśne. Po sprawdzeniu daty ważności i naradzie z Piotrkiem, uderzamy do sprzedawczyni ubiegać się o nasze prawa konsumenta. Pani najwyraźniej nie słyszała o czymś takim i twierdzi, że te nabite na osłonce cyferki to data produkcji, a nie ważności jak przypuszczaliśmy. Dodatkowo twierdzi, że gwarancja obowiązuje jeszcze przez ponad trzy miesiące.

Nie mam zamiaru się z tym faktem kłócić, ani tym bardziej podważać umiejętności czytania sprzedawczyni, bo przecież nie znam ani jednej literki w alfabecie ormiańskim. Nie zmienia to faktu, że tą kiełbasą można by śmiało torturować więźniów w Guantanamo. Sprzedawczyni najwidoczniej wyczuła nasz sceptycyzm, bo wraz ze swoim mężem ukroiła sobie nielichy kawałek, mlasnęła dwa razy i z uznaniem pokiwała głową. My jednak dalej nie czuliśmy się przekonani, a to, że pokazowy kawałek ukrojony został akurat z mojej kiełbasy nie miało żadnego znaczenia. Finalnie, z obawy o własne życie pozbyliśmy się mięska, a jeśli chodzi o sprzedawczynię, to mam nadzieję, że pozostała w dobrym zdrowiu i kondycji.

Swoją drogą ciekawy to był sklep. Lody też wyglądały jakby były z zamierzchłych czasów : D

Tatew i jego „skrzydła”

Wracamy do Monastyru Tatev, będącego na liście UNESCO od 1995 roku. Pomijając to, że jest tak stary jak wszystkie tego typu klasztory w okolicy (data ukończenia pierwszego z trzech kościołów – 906 rok), to wiąże się z nim szereg ciekawych faktów. Na dziedzińcu znajduje się kilkumetrowa kamienna kolumna, zwana – Gawazan. Kolumna ta poukładana z niewielkich kamieni, poza walorami estetycznymi ma/miała przede wszystkim ostrzegawczo-informacyjne zadanie. Sposób ułożenia na sobie kolejnych kamiennych pierścieni powoduje, że przy najmniejszych ruchach tektonicznych cała konstrukcja odchyla się lekko od pionu stając się swoistym, kamiennym sejsmografem i kiedy drgania ustawały kolumna powracała do pionu. Dodatkowo, podobno miała także za zadanie alarmować o zbliżaniu się wrogiego wojska.

Kolumna Gawazan - zdj. znalezione tutaj: http://voyages.domnik.net/img-fr/09am-armenie/24/
Kolumna Gawazan - zdj. znalezione tutaj: http://voyages.domnik.net/img-fr/09am-armenie/24/
 

Na dziedzińcu, w ciasnych pomieszczeniach czy tez w samym kościele dziesiątki turystów. Przed kościołem mnóstwo straganów i samochodów. Jest to zdecydowanie jedna z największych atrakcji turystycznych Armenii. Dodatkowo, ze względu na położenie monastyru Tatew doprowadzona została do niego kolejka linowa, będąca najdłuższą tego typu konstrukcją na świecie, co zaowocowało wpisaniem jej na listę rekordów Guinnessa. Magiczne „Wings of Tatew” ma długość 5750 metrów, a całą trasę pokonuje się w nieco ponad 10 minut. My niestety z braku pieniędzy i zapewne możliwości przetransportowania nią rowerów, musimy zmierzyć się ze stromym, sześciokilometrowym podjazdem. Dla kontrastu, jego „zrobienie” zajmie naszym rowerom półtorej godziny.

tatew Podjazd pod monastyr Tatew Klasztor kościół Tatew Kolejka wings of Tatew

Ciekawostką jest, że cały podjazd jest kamienisto-szutrowy, co jest o tyle dziwne, że wcześniej droga była cały czas w świetnej kondycji. Asfalt skończył się idealnie u podnóża góry, za pierwszą serpentyną i znakiem informującym o odległości i nachyleniu. Jest to bardzo interesujące i trzeba przyznać, że chytre i logiczne rozwiązanie. Myślę, że cwani Ormianie wydedukowali sobie, że nie po to budowali kolejkę za 18 milionów dolarów, żeby ludzie na górę samochodami wjeżdżali. Jak ktoś usłyszy o stromej i jakościowo beznadziejnej drodze, rozważy kilka razy sensowność nadwyrężania samochodu, kiedy za opłatą 3000 AMD (22zł) można się w łatwy, miły i przyjemny sposób dostać na górę. Jak się pewnie domyślacie, turyści w znacznej przewadze samochody zostawiają na parkingach i wybierają wagoniki. Biznes kręci się wyśmienicie, a liczby mówią same za siebie – w lipcu tego roku kolej przetransportowała rekordowe 17.000 osób.

Jak byłaby możliwość zapakowania także rowerów to może dzięki nam rekord zostałby jeszcze bardziej wyśrubowany, nie mając jednak wyjścia postanawiamy się zmierzyć z górą. Nachylenie średnie na całym odcinku sięga 12% i mogę śmiało powiedzieć, że jest to najtrudniejszy podjazd jak do tej pory i jeden z trudniejszych jakie było mi dane jechać. Może nie jest wybitnie długi, ale mocno daje popalić.

Cały podjazd jak na dłoni. Nawet widać Tatew - po lewej całkiem.
Cały podjazd jak na dłoni. Nawet widać Tatew - po lewej całkiem.
 
 
 
 
 

Kamienista nawierzchnia strasznie utrudnia stabilną jazdę. Nie ma mowy o podziwianiu widoków, bo oczy bezustannie muszą być wlepione w podłoże, wypatrując kolejnych, zdradliwych  nierówności. Nie można skupić się na oddechu, ani złapaniu właściwego rytmu. Bezustannie trzeba uważać, żeby nie wjechać na jakiś kant większego kamienia i nie rozerwać opony, ponieważ do najbliższego sklepu rowerowego jest zapewne sporo kilometrów. Mimo wielkiej koncentracji i wysiłku jazda jest strasznie rwana, a dziesiątki mikro postojów wymuszonych nierównościami (co chwila trzeba zeskakiwać z siodełka, ratując się przed upadkiem) , powodują dodatkowe, silne zmęczenie. Sporadycznie przejeżdżające samochody wznoszą dodatkowo za sobą tumany pyłu, z czoła ciurkiem cieknie pot, a zza chmur zaczęło pokazywać się niepożądane w tej chwili słońce. Mało przyjemny etap podróży.

Ostatecznie po ciężkich bojach i tysiącach spalonych kalorii zdobywamy szczyt. Jak na złość zaraz obok drogi kręcą się wielkie koła kolejki linowej, jakby szydzące z dwóch znacznie mniejszych kół naszych rowerów, a z wagoników wychodzą dziesiątki uzbrojonych w aparaty turystów – sprawiających wrażenie jakby pierwszy raz w życiu widzieli rower.

Zdjęcia Tatew:

Nic tam nie można kurcze...
Nic tam nie można kurcze...
 
Monastyr Tatew
Monastyr Tatew
 
 
 
Piotrek oczekujący na swoją kolej zwiedzania;)
Piotrek oczekujący na swoją kolej zwiedzania;)
 
Jak się okazuje Tatew to dobre miejsce na zrobienie 'sweet foci' na facebooczka ;)
Jak się okazuje Tatew to dobre miejsce na zrobienie 'sweet foci' na facebooczka ;)
 
 
 
 

Rowerem w marszrutce…

Jako przykładni turyści także narobiliśmy mnóstwo zdjęć, pozaglądaliśmy we wszystkie zakamarki klasztoru i czym prędzej uciekamy od tego zgiełku.Okazuje się, że dalsza droga również jest w dużej mierze kamienista i co gorsza niemniej górzysta. Zasadniczo to szykuje się kolejny podjazd i musimy ponownie wjechać na 2000 metrów – z tą różnicą, że tym razem zapowiada się jeszcze bardziej stromy odcinek. Kawałek za monastyrem, na rozjeździe kilku nie wiadomo gdzie prowadzących dróg, niczym dar niebios pojawia się marszrutka. Dawno już nie jechaliśmy marszrutką trzeba przyznać, a już na pewno nie w Armenii. Postanawiamy zagadać do szofera, czy czasem nie jedzie w tym samym kierunku co my – czyli do Kapan. Okazuje się, że nie dość, że jedzie, to jeszcze chętnie nas zabierze(oczywiście nie za darmo). Jedynym warunkiem jest to, że musimy na niego poczekać, ponieważ udaje się on właśnie po ludzi do wsi i kiedy będzie wracał to nas zgarnie.

Trochę się baliśmy o miejsce w środku, bo jak zaznaczył szofer – „nie może nam obiecać”. Mimo to postanawiamy poczekać – przecież kilka minut nas nie zbawi. Po odświeżeniu się w ledwie płynącym źródełku i lekkim posiłku, zza zakrętu, z chmury kurzu wyłania się nasza marszrutka. Po zaglądnięciu do wnętrza i szybkich kalkulacjach jest pewne – nie zmieścimy się! Kierowca mówi jednak, że i owszem i dodatkowo upchamy jeszcze rowery z tyłu. Nie chcę podważać jego autorytetu więc tylko kiwam z niedowierzaniem głową, ale skoro on twierdzi, że damy radę to chyba musi tak być…

Pozostałą jeszcze do dogadania kwestia ceny. Z busa wyskoczyła pewna dziewczyna i oznajmiła, że będzie nas tłumaczyła z angielskiego. Tym sposobem nie dość, że udało nam się bez problemu dogadać to nawet pozwoliliśmy sobie na niemałe negocjacje, które pozwoliły nam zbić cenę z 1000 do 600 dram (około 5zł) za podwózkę na najbliższą przełęcz. Cena nie najgorsza, zwłaszcza, że jest to raptem kilka kilometrów. Sumując ewentualne wydatki na batoniki, to ogólny koszt i tak byłby pewnie wyższy wjeżdżając rowerem… („tak się tłumacz..” ;) )

Jazda marszrutką w Armenii

Po dobiciu targu i wepchaniu rowerów przez tyle drzwi, pomimo niewygód współpasażerów udało się ruszyć. (Do dziś jestem pełen podziwu dla jednej kobiety, której przez całą drogę, kierownica roweru znacząco utrudniała siedzenie, żeby nie powiedzieć wbijała się w łopatki…) W środku na jedno miejsce siedzące przypadało średnio półtora osoby, nie licząc przy tym dzieciaków siedzących oczywiście na kolanach. Mimo to, co chwila się zatrzymujemy i nie wiedzieć jakim cudem i zgodnie z jakimi zasadami fizyki dosiadają się kolejne osoby. Każda z nich wnosi dodatkowo do środka pokaźne torby z zakupami, które wiozą z miasta. Miejsc siedzących brak, przedsionek zawalony bagażami, bagażnik naszymi rowerami i tak sobie wesoło jedziemy. W środku miła atmosfera, gra radyjko, a kierowca rzuca w naszą stronę jakimiś żartami, z których śmieją się wszyscy poza nami.

poszkodowana Pani i jej wnuczka :)
poszkodowana Pani i jej wnuczka :)
 
Piotrek i współpasażerka ;)
Piotrek i współpasażerka ;)
 

Cały pojazd trzęsie się niemiłosiernie, ludzie mimo niewygody uśmiechnięci, marszrutka zaś dzielnie walczy ze stromizną. Droga momentami przypomina bardziej koryto rzeczne aniżeli drogę i tym bardziej jestem pełen podziwu dla tej maszyny, że w ogóle daje radę na takich drogach. Ma się wrażenie, że terenowe jeepy by poległy, a ten stary, prawdopodobnie jeszcze radziecki grat nie zawodzi. W miedzyczasie, kiedy już wjechaliśmy na górę kierowca oznajmia, że 15 kilometrów dalej jest jeszcze jedna przełęcz i całkiem za darmo nas tam podwiezie. Tak po prostu z dobrego serca. Najwidoczniej uwierzył nam, że rzeczywiście nie mamy już żadnych pieniędzy… jutro Iran, więc wszystko wydaliśmy.

Mijamy po drodze coraz to nowe wioseczki, kiedy po kilkudziesięciu minutach kierowca informuje, że już czas na nas. Nie wiem czy to dlatego, że na kolejnym, umownym przystanku znowu stało kilka osób z wielkimi tobołami, czy rzeczywiście do tego miejsca obowiązywały nasze bilety.

Ostatni nocleg w Armenii. Jutro IRAN!

Po długim zjeździe docieramy w końcu do Kapan. Tam też łapie nas noc i zaczynamy rozglądać się za jakimś miejscem pod namioty. Nie jest łatwo. Przejeżdżamy całe to szare, brudne i ponure miasto, a miejsca brak. W końcu kiedy znaleźliśmy się już na wylocie – trochę rozczarowani i zrezygnowani – Piotrek postanawia spróbować ponownie na gospodarza. Ciężko było znaleźć jakieś sensowne miejsce ponieważ większość zabudowań w okolicy była na górze – co wiąże się z oczywistą pochyłością i marnymi warunkami do rozbijania namiotu.

Bez większego wyboru zaczepiamy jednego pana zbierającego akurat jeżyny. Przemiły jegomość o pooranej zmarszczkami twarzy od razu kieruje nas do siebie do domu i nie chce słuchać nawet o rozbijaniu namiotu. W jednym domu żyje on i jego córka z trójką dzieci. Trzy dziewczynki nieśmiało obserwują wszystko co robimy, podczas kiedy my rozpakowujemy graty i zabieramy za robienie prania. Z ukrycia, a później coraz śmielej śledzą każdy nasz ruch, nierzadko komentując i podśmiewając się pod nosem. Warunki w jakich żyją ci ludzie nie odbiegają od standardów panujących ogólnie w Armenii i Gruzji, a mam wrażenie, że jest jeszcze gorzej. Bieda, bieda, po raz setny bieda…

szanowny gospodarz
szanowny gospodarz
 

Córka gospodarza włada doskonale rosyjskim i ma papiery na nauczycielkę tegoż języka, ale niestety nie ma dla niej pracy. Narzekają bardzo, że właściwie dla nikogo nie ma tutaj pracy i ” za Rusa” było pod tym względem dużo lepiej. Gdyby nie bracia pracujący w Moskwie to nie mieli by żadnych środków do życia. Opiekują się oni ich córkami, kiedy rodzice są daleko na emigracji. Czasem odwiedzają się wzajemnie w Moskwie, rzadziej w Kapan, niezbyt jednak często, z racji wysokich cen lotów.

Wyjątkowo miłą atmosfera narodziła się tego wieczoru. Zjedliśmy razem na kolację zupę warzywną, chleb i wcześniej zbierane jeżyny z cukrem. Gospodarz chętnie opowiadał o polityce, ormiańskich sojusznikach, wrogach i dawnych, utraconych ziemiach. Rozrysował nam skrupulatnie mapkę Armenii i Azerbejdżanu – z zaznaczeniem na niej spornych terytoriów Górnego Karabachu. Smutne to wszystko. Świat byłby dużo ciekawszym i lepszym miejscem bez tej paskudnej polityki i uprzedzeń.

i jego pociechy
i jego pociechy
 

królewskie łoże :D
królewskie łoże :D
 

 

Podobało się? Zostań na dłużej!

Informacje o nowych artykułach i filmach wprost na Twojego e-maila. Bez spamu!
Dołączysz do ponad 80 000 obserwujących osób!

7 komentarzy

Dodaj komentarz

  • Wszystkim, którzy wybierają się do południowej Armenii polecam trekking Tatew-Harżis.

    Szlak został oznakowany w 2012 roku w ramach realizowanej przez Ambasadę RP w Erywaniu polskiej pomocy rozwojowej dla Armenii (grant o wartości 4500 euro).

    Trasa rozpoczyna się za punktem informacji turystycznej obok klasztoru, kierunek miejscowość Tatew.
    Atrakcje: kanion rzeki Worotan, obserwowanie codziennej pracy ormiańskich górali, kamienny most z XIII wieku, ruiny kurdyjskiej wsi i inne…
    O ile sam monastyr turystami stoi i jest miejscem typowo turystycznym (patrz: kolejka linowa), o tyle szlak to bliski kontakt z przyrodą i miejscowymi, bez tłumów.

    Przejście 13km trasy zajmuje ok. 6-7 godzin. Meta – miejscowość Harżis, położona kilka kilometrów od głównej drogi Erywań-Goris (baza noclegowa). Dolna stacja kolejki znajduje się w miejscowości Halidzor. Bardzo przyjemna całodniowa wycieczka. Polecam. Hit mojej majówki 2014 na Kaukazie.

    Zdjęcia:
    http://obiezyswiat.org/index.php?gallery=26404

  • Szanowny Panie,
    wróciłem właśnie z miesięcznej wędrówki po Kaukazie Południowym. Byłem i zwiedzałem Monastyr Tatew. Pana artykuł jest interesujący. Nie mniej jednak jest w nim pewna nieścisłość a mianowicie pisze Pan, że monastyr jest na liście UNESCO od 1995 roku. Proszę poczytać aktualne publikacje UNESCO. Nie ma tam tego monastyru. Zatem może warto byłoby to sprostować. Błąd ten powielają również inni blogerzy. Uważam że odrobina rzetelności jest zawsze niezbędna i wskazana. Gratuluje Panu dobrej strony i ciekawych artykułów. Pozdrawiam serdecznie.
    Krzysztof

    • Dzień dobry, może lista jest nieuaktualniona? Często tak się zdarza.
      „In 1995, the monasteries of Tatev, Tatevi Anapat and their adjacent areas of the Vorotan Valley were added to the tentative list of World Heritage Sites of United Nations Educational, Scientific and Cultural Organization (UNESCO).”

  • Ten spór łatwo rozstrzygnąć. Tentative list to jest wstępna lista, Tatev został zgłoszony przez Armenię, ale nie został (jeszcze) zaakceptowany przez UNESCO.
    Lista informacyjna (Tentative List) jest to wykaz dóbr, które każde Państwo – Strona zamierza rozważyć jako kandydatury na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO w najbliższych latach. Każdy wniosek nominacyjny musi być poprzedzony wpisem na listę informacyjną, co najmniej rok przed jego złożeniem. W innym przypadku wniosek nominacyjny nie będzie rozpatrywany. Wspomnianego wpisu na listę informacyjną dokonuje się poprzez wypełnienie w języku angielskim lub francuskim formularza zgłoszeniowego i przesłanie go drogą formalną na adres Centrum Światowego Dziedzictwa (WHC) w Paryżu. Każdy kraj jest proszony o uzupełnianie i uaktualnianie swojej listy, co najmniej raz na dziesięć lat.
    Zatem rację ma pan Wysocki :)