NAJmniej przyjazny kraj świata – Turcja

Jadąc w tej części Turcji trzeba nastawić się na częste bazy wojskowe, strażnice i patrole. Stacjonują tu ogromne ilości wojska strzegące  granic, nierzadko mijają nas wozy opancerzone, całe kolumny jadące w stronę pogranicza turecko-syryjskiego, a nad głowami przelatują helikoptery. Częste kontrole paszportów i bagaży nie robią z czasem na nas większego wrażenia. Z pokorą i należytą cierpliwością pokazujemy dokumenty kolejnym mundurowym. Będzie trochę marudzenia, ale nic na to nie poradzę, wińcie za to nie mnie, a…

…przebrzydłe tureckie bachory.

Pierwsze zderzenie z Turcją było paskudne i z pewnością miało ogromny wpływ na ogólną opinię o tym kraju. Po blisko pięciu tygodniach gruzińsko-ormiańsko-irańsko-irackiej sielanki, gdzie ludzie byli tak niesamowici, uśmiechnięci, a dzieciaki kulturalne, poukładane i grzeczne, wjeżdżamy do Turcji. Jeszcze wczoraj, 200 metrów za przejściem granicznym jesteśmy witani kamieniami,  przelatującymi kilka metrów obok naszych głów i jakimiś bliżej niezrozumiałymi wrzaskami. Ignorujemy to, pozdrawiamy środkowym palcem i z myślą, że to złe dobrego początki, jedziemy dalej. Niestety im głębiej, tym okazało się być gorzej. Ledwo spakowaliśmy namioty, zjedliśmy  niesłychanie paskudny wczorajszy makaron i pojechaliśmy dalej na północ, z drugiej strony drogi, ze skarpy zbiega około 12-letni smarkacz, który dzierży w dłoni kamień wielkości swojej głowy. Szkodnik ledwo co potrafi go unieść, nie mówiąc już o rzuceniu. Odezwała się we mnie natura nauczyciela, staję, zaglądam głęboko w oczy, mam nadzieję jakoś go poinformować, że źle robi, że może zrobić komuś krzywdę. Sukces. Z wyraźnym smutkiem w oczach, pod coraz większym naciskiem z mojej strony, kamień wylądował w rowie. Nic to jednak nie dało, bo kiedy odjeżdżaliśmy gamoń jeden szybko nazbierał garść nowych, mniejszych kamieni i biegnąc za nami ciskał całymi seriami, byle tylko odbić sobie stratę tego zacnego, pokaźnego kawałka skały, który z takim trudem znosił ze skarpy.

Zmieniamy diametralnie nastawienie i od tej chwili ogniem odpowiadamy na ogień. Koszulki rowerowe mają takie bajeranckie kieszenie z tyłu, które są dość pojemne. Zmieści się cała garść kamieni, a jak nie wystarczy to mamy jeszcze gaz pieprzowy i pompkę pod ręką. Jeśli rodzice nie potrafią nauczyć smarkaczy jak się zachować to my to zrobimy. Taki przynajmniej był plan, a z planami wiadomo jak często jest. Bywa, że dzieciaki widząc nas nadjeżdżających zza zakrętu, naprędce zaczynają się zbroić i z bezpiecznej dla nich odległości starają się trafić, a widząc kontratak stają się jeszcze bardziej nakręcone do walki, wyraźnie się przy tym bawiąc. Żeby nie było, próbuję je jakoś zrozumieć! Siedzą tak na krawężniku, często sprzedają na poboczu owoce albo w ogóle nic nie robią, aż tu nagle po 5 godzinach totalnej nudy nadjeżdżają jacyś kosmici na rowerach. Całe szczęście, że mają dość mocno rozregulowane celowniki i mało który kamień dochodzi celu.

Dzieci w turcji Kurdowie posiłek Tureccy kurdowie

Miarka się przebrała, kiedy kolejny raz grupka trojga podrostków czeka kilkaset metrów przed nami i tylko czeka na ten moment, aż ich miniemy, żeby pozbyć się tego co to zdążyli nazbierać chwilę temu. Zatrzymujemy się jednak i wyciągamy gaz, wyraźnie prowokując ich, żeby tylko podeszli. Zgodnie z zasadą – agresja rodzi agresję – najstarszy, na oko 13-letni, pobiegł  na swój stragan z melonami, skąd wraca z kilkucentymetrowym nożem, wyraźnie sugerując, że chcą zrobić nam krzywdę. Nie dając wciągnąć się w potyczkę, odpuszczamy. Mam dodatkowo w pamięci opowiadania innego rowerzysty, co to po małym rękoczynie znalazł się w szpitalu, bo z pomocą przybiegła męska część rodziny. Nie ma co. Tak właśnie rodzą się uprzedzenia, od których staram się zawsze jakoś stronić. Zgodnie jednak przyznajemy, że na tę chwilę Turcja to najgorszy kraj w jakim mieliśmy okazję być…

Co ciekawe, jeśli w pobliżu pojawiają się dorośli, dzieciaki od razu pokornieją, chowają noże, kamienie, ładnie się uśmiechają i przytakują z grzecznością. Jadąc wzdłuż syryjskiej granicy, po kilkunastu kilometrach i dopiero co pokonanym długim podjeździe, zostajemy z drogi zaproszeni na obiad. Początkowo widząc całą chmarę dzieci plączących się na posesji odruchowo mocniej przyciskamy na pedały, jednak kiedy okrzyki dorosłych zachęcających nas coraz bardziej do zawrócenia nie ustają, postanawiamy jednak odbić z drogi. Panowie okazali się być całkiem sympatyczni, obiad zaś wyborny. Każdy dostał po sałatce, górze ryżu i jeszcze większej ilości mięsa. Dzieciaki zaś obserwujące nas z bezpiecznej odległości usługiwały na każde skinienie starszyzny. Grzecznie nalewają herbatki, proszą, dziękują, pełna kulturka! Szkoda, że takim szacunkiem nie cieszą się też dorośli zza granicy. Ładnie dziękujemy panom, a odjeżdżając upewniamy się tylko czy aby nie lecą w naszą stronę jakieś kamienie na pożegnanie.

Święty spokój…

W dalszym ciągu rozbici, jednak z pełnymi żołądkami, dojeżdżamy do Şırnak. Mam nadzieję kupić sobie tam wreszcie piwko, jednak jak się okazuje nasza trasa wcale nie biegnie przez miasto, a kilka kilometrów przed nim odbija na zachód. Problem w tym, że miasto znajduje się na dość pokaźnej górze, a Piotrek za żadne skarby świata nie chce jechać ze mną szukać monopolowego, bo jak twierdzi bez sensu tak wjeżdżać i się wracać, a poza tym zaczynają boleć go kolana. Dogadujemy się, że ja pojadę pod górę, a Piotrek poczeka gdzieś tam po drodze i jeśli on znajdzie jakiś sklep, pośle mi sygnał i wtedy wrócę. Meczę się niemiłosiernie z tą górą. Z oddali podjazd wygląda nie tak źle, jednak kiedy po 20 minutach ciągłego podjeżdżania nie jestem nawet w połowie drogi, postanawiam zawrócić. Rzucam okiem na telefon, a tam nie jeden, a dziesięć sygnałów od Piotrka! Zjeżdżam czym prędzej, odbijam na skrzyżowaniu, na którym się rozstaliśmy, a tam sklep. Zaledwie kilkaset metrów od skrzyżowania przy którym się rozstaliśmy. Cena jest jednak tak zaporowa, że dla zasady bojkotuję zakupy. Momentalnie przeszedł mi smak, rozgoryczenie, irytacja i fatalne samopoczucie nawarstwiające się od samego rana, osiągnęło już limit. Kto to widział, piwo w cenie 9zł za 0.5litra.

Chwilę potem postanawiamy szukać noclegu na dziko. Nawet Piotrek, który zawsze pierwszy proponuje nocleg na gospodarza, dzisiaj odpuszcza, powtarzając pod nosem – co do cholery z tą Turcją?! Odbijając z kilkukilometrowego, nudnego i ciężkiego podjazdu znajdujemy całkiem ciekawe miejsce. Zaraz obok drogi, ale tak osłonięte ogromnymi głazami, że z pewnością nas nie widać. Widok cudowny, zachód słońca stopniowo rozpala okolicę. Zdecydowanie najfajniejszy akcent tego dnia. Wszystkie sąsiednie wzgórza obsadzone są wieżyczkami wojskowymi, ale na szczęście nikt nas nie zauważył i  żadnej wizyty mundurowych nie uświadczyliśmy. Jemy ponownie makaron z tuńczykiem, gotujemy całą menażkę herbaty i z nadzieją na lepsze jutro zamykamy się w namiotach.

Karol Werner

Podobało się? Zostań na dłużej!

Informacje o nowych artykułach i filmach wprost na Twojego e-maila. Bez spamu!
Dołączysz do ponad 80 000 obserwujących osób!

22 komentarze

Dodaj komentarz

  • No i niestety dotarłam do końca Twojego bloga:( Przeczytałam od deski do deski,włącznie z wpisem, „porady” choć zapewne ja na taką wycieczkę się nie nadaję (zbyt wygodna ze mnie istota,wstyd się przyznać) lecz bloga czytałam z zapartym tchem. Baaaardzooo mi się podoba. Zazdroszczę przeżyć, widoków, poznanych ludzi, smaków, itp. Uwielbiam ludzi z pasją i na Twoim blogu tę pasję widać:) Podróżuj i pisz Karol bo czekam z niecierpliwością na następne Twoje wyjazdy abym miała co i o czym czytać:) Zdjęcia śliczne, generalnie wszystko świetne. Nie słodzę dłużej bo woda sodowa uderzy do głowy Tobie a to nie wskazane! Musisz pozostać sobą i uszczęśliwiać nas leniuchów lub zbyt zapracowanych aby wyjeżdżać:) Całuję i pozdrawiam Ps. No i ja też lubię zimne piwko wieczorem wypić,ale 9 zł też bym nie zapłaciła!

  • Początek strasznie mnie rozbawił :D Wyobraziłam sobie jak musiała wygladać wojna z przebrzydłymi bachorami hehe :D Współczuję, bo wiem jak niektóre dzieciaki potrafią być paskudne. Kiedyś wędrowałam po górach Atlasu Wysokiego w Maroku. Przyczepiły się takie paskudne bachory ze skorpionem na patyku i śmieją się głupio. Musieliśmy strasznie uważać, żeby nie rzuciły nikomu skorpiona na plecak.

  • Po pierwsze – świetne foty. Po drugie – zupełnie inaczej mnie i moich znajomych przywitała Turcja. Szkoda, że trafiliście na takich dzieciaków, bo pewnie gdyby nie oni, to wspominalibyście turków tak jak my, czyli pomocnych i otwartych. Zwyczajnie mieliście chyba pecha. Jeździliśmy stopem, ale często musieliśmy przejść jakiś kawałek drogi, żeby znaleźć lepsze miejsce do ‚łapania’. Poza żebrakami, to nie mieliśmy problemów z dzieciakami. Jeden tylko do nas podbiegł, ale zamiast kamieni trzymał w rękach ogórki, które przyniósł specjalnie dla nas. Również na wschodzie nastolatkowie byli raczej otwarci i ciekawi, dlatego zdarzały się takie sytuacje, kiedy np. siadaliśmy z nimi na trawie, a oni częstowali nas turk colą

  • Czasem tak się po prostu zdarza. Też zawsze staram się unikać stereotypów i oceniania na podstawie pierwszego wrażenia. Miałam podobną sytuację z Czarnogórą. Koleżanka z którą byłam po dość krótkim czasie stwierdziła, że coś z tym krajem i z tymi ludźmi jest nie tak. Ja się przed tym wzbraniałam baardzo długo, ale po serii nieszczęśliwych zdarzeń, 5 godzinach oczekiwania na RUCHLIWEJ drodze na stopa przyznałam jej rację. Z perspektywy czasu nie wiem, czy coś rzeczywiście było na rzeczy czy po prostu miałyśmy gigantycznego pecha… A jeżeli chodzi o Turcję, to mam z kolei bardzo pozytywne wspomnienia:))

      • Nie wiem, skąd ta opinia o tureckim raju dla autostopowiczów.Stopa złapać łatwo, ale jest to też bardzo niebezpieczne. W dodatku jeśli coś przydarzy się autostopowiczowi, policja nic nie zrobi, bo wg obiegowej opinii stopa łapią prostytutki i poszukiwacze przygód, więc „chciała to ma”.

  • Statystycznie ,biorąc pod uwagę Twój wpis i komentarze, wynik jest na plus dla Turcji. Może mieliście po prostu pecha. Dobrze ,że nikt nie został poszkodowany ani Wy ,ani dzieciaki.. Czytało się trochę jak kryminał czy reportaż akcji (wymyśliłam ,bo kino nie pasowało). Znowu następne wydarzenia do kapitału wspomnień. Ojej, ja do Turcji to już tylko na objazdówkę autokarową albo na leniuchowanie. Serdecznie ,bardzo serdecznie pozdrawiam

    ps ten widok zachodzącego słońca przed noclegiem za skałkami chyba troszkę wynagrodził kłopoty w kontaktach z dzieciuchami. Cudne zdjęcia

    • Masz rację… muszę chyba zwerbować znajomych rowerzystów do wyrażenia swojej opinii :D
      Pozdrawiam serdecznie również : )

  • Od jakiegoś czasu śledzę Twojego bloga, ponieważ odbywam właśnie podobną podróż (tylko w przeciwnym kierunku) i jestem szczerze zaskoczony tymi przykrymi historiami. Co prawda akurat tym razem jestem bez roweru, ale stopując i spędzając nie raz czas na poboczu drogi spotykały mnie same dobre historie i fantastyczni ludzie. Mam nadzieję, że to jedynie wypadek przy pracy i jeszcze nie raz odkryjesz jasną stronę Turcji :)
    Pozdrawiam ze stolicy Kurdystanu, Zdzich
    takietamztripa.pl

  • Najlepiej się czyta teksty o marudzeniu, to już chyba w krwi mamy jako Polacy ;) Jednak do skomentowania tego wpisu jak znalazł pasuje wiersz mojej ulubionej poetki.

    Po cóż jechać do Turcji – Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

    Kule z puchu wśród trawy błyskają jak świeczki,
    i ogród drży marzeniem od haszyszu chórem.
    Po cóż jechać do Turcji – Pachnie bez turecki,
    półksiężyc blady wschodzi tak jak nad Bosforem.

    Za bramą tramwaj dzwoni, kurzu pełno, huku,
    tu trawa niekoszona, puchowa, wysoka,
    pstry dywan i ust twoich słodkie rachatłukum
    i szalik mój zielony, jak sztandar Proroka.

    Jak Bej z Perłą haremu samiśmy zostali…
    i pić możemy z naszych ócz pełnych zamętu,
    ja, pobladła Leila i ty, Mechmed Ali,
    najpiękniejszą, najsłodszą z tajemnic orientu!

    Tureckiego Khediwa dym w kłębach się waha
    i zapachniał do rymu ciemny kwiat nasturcji.
    Milczenie jest tureckie, obce Na Ałłacha!
    Po cóż jechać do Turcji? Do dalekiej Turcji?

  • Strasznie przykro, że człowiek trafia na takie „przygody” na drodze. Tak jak ktoś wcześniej jednak napisał, Turcja jest tak ogromnym krajem, że naprawdę ciężko w ten sposób podsumować ją całą. Po prostu mieliście pecha. Podobnie mogło być np. podczas podróży po Polsce na wioskach w okolicach Nowego Sącza, gdzie mieszka całkiem spora rzesza Cyganów. Mam znajomego, którego tamtejsze dzieciaki pogoniły z siekierą, pewnie dla zabawy, ale ja dziękuję za takie formy zabaw. Mógłby on wtedy nazwać Polskę dzikim krajem i podobnie podsumować. No ale nie dziwię się Wam i w pełni rozumiem.

    • No widzisz, każdy ma inne doświadczenia. Ja za to cyganów pamiętam jako uśmiechniętych Słowaków darujących nas jagodami ;)

  • Zaskoczyła mnie taka opinia na temat Turcji. Nie miałam pojęcia, że w tym kraju można trafić na takie przygody. Pewnie to nie świadczy o całości ale zawsze pozostaną jakieś wspomnienia ku przestrodze…

  • A mnie wcale nie dziwi ta relacja, bo choć kocham Turcję, to wiem, że ma też nieprzyjazne oblicze, skrywane pod gościnnością i częstowaniem czajem. I bachory są wychowywane bezstresowo. Zwróć też uwagę, że te dzieciaki przy drogach bardzo często pracują (zwłaszcza dziewczynki), zamiast pójść do szkoły – przykre i smutne.

    • Nie wiem jak jest poza okresem wakacji, ale kiedy my byliśmy to faktycznie gdzie popadnie ktoś sprzedaje jakies owoce. Tylko pytanie komu jak tam turystów jak na lekarstwo a każdy ma swoje drzewko…

  • Też chyba w innej Turcji byłam…najmniej miłe wspomnienia mam ze Stambułu, poza tym do samego najdalszego wschodu , Kurdystanu i północy spotykałyśmy się z uprzejmością, zaciekawieniem, sympatią, chęcią pomocy. Czułyśmy się zawsze zaopiekowane i bezpieczne. Dla dzieciurów zawsze miałam pod ręką baloniki, więc kontakty były jak najbardziej miłe ;) Po Iranie i Omanie Turcja zajmuje kolejne miejsce jeśli chodzi o gościnność i szczerość mieszkańców.

  • Oj z tego co czytam to Turcja może nie być najlepszym pomysłem na kolejny wakacyjny wypad rowerowy;) Od tej strony jej nie znałem, naczytałem się o miejscach, zabytkach i wydaje się naprawdę ciekawym miejscem … tylko trzeba uważać na groźnych małych tubylców .