Koszyce. Czy warto zwiedzać? Co zobaczyć?

Dzień 3. Nie uczę się na błędach. Z rana zawsze najzimniej. Kiedy kładzie się do spiwora jest jeszcze dość ciepło i całkiem przyjemnie. Zawsze stwierdzam, że w nocy będzie tak samo więc sweter zamiast na moim ciele ląduje jako poduszka pod głową. O godzinie 5 jednak obudziłem się cały zmarznięty i rozsądek wziął górę. Ubrałem wszystko co miałem, a i tak dygotałem do samego budzika który to nastawiłem już trochę wcześniej w porównaniu z dniem wczorajszym. . Kto by pomyślał, że jadąc na Bałkany będzie zimno? Nie doceniłem trochę pod tym względem Słowacji.

Wstajemy jak budzik przykazał. Staram jakoś się rozgrzać,. Jest już coraz lepiej – jeszcze tylko słońce wyjrzy zza góry i będzie miód!
– Kamil śpisz?
– eee yyyy aaaa – Jakiś niezrozumiały ciąg samogłosek wydobywa się z namiotu obok. Dobrze, że chociaż żyje.

Pytam jak tam głowa. Niestety zapominam, że ciężko samemu sobie sprawdzić ranę na głowie. Po wygramoleniu się już z namiotu następują oględziny rannego. Rana dalej jest wilgotna, nie zaschła ani trochę. Stwierdzamy, że podjedziemy trochę do najbliższego miasta i podejmiemy decyzje czy szyć.

Dzisiaj dzień spotkania z Wojtkiem pod Koszycami. Wojtek startuje z Muszyny na granicy z Słowacją także do przejechania też ma sporo ponad 100km. Kierujemy się na Dopsina. Docierając do miasteczka plan był taki, żeby odwiedzić jakiś ostry dyżur celem poszycia Kamila. Mijając znak nemocnice (szpital po Słowacku) Kamil wcale się nie zatrzymuje tylko pruje dalej. Zapomniał o ranie? Doganiam go aby upewnić się, że zauważył znak i świadomie zrezygnował z szpitala. Nie było inaczej – jedziemy do Rożnawy (większe miasto 20km dalej) będzie lepszy szpital odpowiada. Dopsin jest niestety w dużej mierze cygańska i po chwili rozumiem dlaczego Kamil się rozmyślił. Jako osoba uprzedzona podświadomie musiał stwierdzić, że skoro przy sklepach cyganie, w parku cyganie i na obrzeżach cyganie to i lekarz który miał go szyć to także cygan – a takiego zabiegu to już nie będzie ryzykował.

Czytaj też – Niekończące się serpentyny

Kierujemy się na Rożnawę. Po 55km robimy ostatnie oględziny przed szpitalem i rana zaczyna schnąć, a co za tym idzie lekarz jest najprawdopodobniej zbędny. Kamil zaoszczędzi nerwów, a razem zaoszczędzimy trochę czasu.
Po 2 godzinach od startu słyszę złowieszczy strzał w tylnym kole. Pękła szprycha w tylnym kole i to przy wolnobiegu oczywiście – nie inaczej. Zatrzymujemy się od razu i zaczynam kombinować co by tu poradzić. Domy jakieś są wokoło to i klucz 24mm musi gdzieś być. Jest on niezbędny do odkręcenia wolnobiegu i wymiany szprychy, a jest zbyt ciężki, żeby go wozić w sakwie!
Pukam do pierwszego domu i kiedy już odchodzę zrezygnowany do następnego drzwi się otwierają i jakiś jegomość próbuje się dowiedzieć co ja jestem za jeden. Po cierpliwym wytłumaczeniu i wymachiwaniu kołem przed nosem jegomościa dostaję klucz. Po chwili mocowania się z kołem udaje się odkręcić i wymienić co trzeba.

panorama zakłady huta koszyce
Po naprawie, mając 70km do miejsca spotkania z Wojtkiem dostajemy informacje, że ten już jest 5km przed Koszycami. Jak on to zrobił? Nie wiem. Przecież dopiero jest 13 godzina. Umawiamy się w miejscowości Haniska parę kilometrów od Koszyc w stronę Węgier.

Koszyce to jedno z większych miast Słowacji. Dojeżdżając na przedmieścia naszym oczom ukazuje się niesamowity widok. Dzielnica cygańska niczym wyjęta z filmu dokumentalnego na Discovery o przedmieściach Delhi w Indiach. Straszna bieda. Krawężniki obsadzone co parę metrów dzieciakami i psami. Wokoło mnóstwo ludzi. Wszyscy się kręcą nie wiadomo po co i w jakim celu. Przypomina to trochę czarną dzielnice w Brooklynie. Domy obłożone kartonami. Wszędzie syf, bród i malaria. Jak oni mogą tak żyć tego nie mogę pojąć? Tam chyba nawet śmieciarka ani służby porządkowe nie zaglądają. Ja rozumiem, że bieda ale też w parze z tym idzie niestety zero ambicji na przyszłość i jakiegoś pomysłu na życie. Przecież jest dużo więcej cyganów na Słowacji, a jednak tamci potrafią sobie jakoś lepiej ułożyć życie. Widocznie jest im tak dobrze.
Było to tylko parę set metrów, a i tak Kamil niemal zniknął mi za horyzontem. Początkowo nie zauważyłem całej dzielnicy, a później jak już oberwałem patykiem od jakiegoś dziecka Kamil miał juz 50km/h na liczniku! Trochę żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia chociaż z drugiej strony lepiej nie mieć zdjęcia, a mieć aparat.

W mieście mają ogromne zakłady przemysłowe. Ma siedzibę tam największa huta na Słowacji sądząc po jej rozmiarach wytwarzająca ogromne ilości stali.
Postanawiamy skrócić sobie drogę jadąc jej południową stroną. Niestety jak to często ma miejsce z skrótami skończyło się sporym objazdem. Wojtek już od paru godzin czeka na nas, a my zaczynamy powoli się denerwować ponieważ słońce powoli chowa się za horyzontem. Okazało się, że wylądowaliśmy 3km od Węgier i teraz musimy się wracać. Dopiero po paru telefonach i umówieniu się w nowym miejscu leżącym gdzieś mniej więcej po środku spotykamy się z Wojtkiem.
Jest już po godzinie 21, więc ciężko znaleźć jakiś nocleg na gospodarza. Wszyscy zaszyci w domach. Zmuszeni sytuacją wbijamy na ścięte pole leżące gdzieś z dala od głównej drogi. Dobrú noc!

panoramka

nocleg na dziko słowacja

Dzień 3. 141km 7h01min. 19,75km/h

poprzedni wpis
następny wpis
 

Podobało się? Daj lajka!

 
 
 

Komentarze (0):

Dodaj komentarz