Pierre, słowaccy Cyganie i Kamilowa głowa

Dzień 2. Jako, że jest drugi dzień i dopiero pierwsza noc za nami musimy jeszcze sie dostosować do wczesnego stawania… Po 2 rochlikach od gospodyni wyjeżdżamy w granicach godziny 10. Startujemy w stronę tamy na jeziorze. Jego północną stroną – tą samą drogą którą jechaliśmy dookoła Tatr w majówkę – kierujemy się na Liptowski Mikulasz. Po drodze mijamy kilka mniejszych i większych ekip sakwiarskich, aż 12 kilometrów przed Popradem zatrzymujemy się przy jednym odpoczywającym na ławce.

Francuz imieniem Pierre – nauczyciel angielskiego – jeździ od paru dni solo i powoli kieruje się na Wiedeń by już wrócić do siebie. Chwilę po tym jak siadamy razem, Kamil zauważa jakąś monetę na ziemi. Z radością podnosi Chorwackie Kuny – jak się okazuje – od Pierre’a. Kiedy już ma się wyprostowywać, z uśmiechem na ustach uderza głową w daszek z wiaty, pod którą siedzieliśmy, tym samym rozcinając sobie dość solidnie głowę. Po opatrzeniu, zrobieniu fotek (rany i z Pierrem) jedziemy razem do Popradu. Mimo, że Pierre mówił dość dobrze po angielsku, nie stwierdziłbym, że na tyle aby być nauczycielem. Chociaż i tak zawsze to fajnie pogadać z kimś lepszym od siebie.

W Popradzie wymieniamy się obowiązkowo Facebookiem i jedziemy na południe w stronę Venar przez średniej długości podjazd. Pierre zaś kieruje się na północny wschód od Popradu, na kemping. Jechaliśmy dość długo cygańskimi wioseczkami. Coraz mniej było nadziei na znalezienie jakiegoś gospodarza, który by nas w nocy nie okradł (tak wiem – stereotypy są złe). W końcu dojeżdżamy do Venar. Jak się dowiadujemy miejscowości w której nie ma ani jednego Cygana! Pytamy w pierwszym domu po lewej o nocleg, ale niestety odmówiono nam ze względu na jakąś małą imprezkę/spotkanie. Pokazano nam kawałek trawy, zaraz przy posesji, niedaleko od drogi i przy fajnej rzeczce . Nie mieliśmy wyjścia bo już i tak robiło się ciemno, a miejscówka też nie była znowu taka tragiczna. Rozbijamy się. Szybka kąpiel w rzece i do śpiworów bo coraz zimniej. W nocy trzeba było założyć na siebie wszystkie ciuchy.Od rzeki ciągnie dużo bardziej niż jak byśmy spali parę metrów dalej. Oby w nocy niedźwiedziowi nie zachciało się pić…
Nocleg biwak na dziko Słowacja Tama na jeziorze liptowskim Jezioro Liptowskie Liptowska mara

Wracając do Kamilowej głowy. Jako, że lekarz zemnie średni to też ciężko mi ocenić czy rana jest na tyle poważna aby jechać na pogotowie. Stwierdzamy, że teraz i tak nie ma co myśleć. Zobaczy się jutro czy rana będzie się goić czy dalej krwawić jak teraz.

Na kolację wytworne spagetti z sosem i konserwą. Niestety sos podpisany małym druczkiem ‚chilli’, co też mocno wzmaga pragnienie w nocy. Z minuty na minutę coraz bardziej suszy, a woda na zewnątrz przy rowerach. Chłód i lenistwo zniechęcają mnie do wychylenia choćby nosa z namiotu. Koniec końców wytrwałem do rana.

Woda – tak blisko, a tak daleko..

Dzień 2. 100km 5h35min. 18,07km/h

poprzedni wpis
następny wpis
 

Podobało się? Daj lajka!

 
 
 

Komentarze (1):

  1. Piotrek P. napisał(a):

    jak widać kask rowerowy najbardziej przydaje się na postojach ;)

Dodaj komentarz