Biwak z Ormiańskimi żołnierzami i Przełęcz Vorotan

O dziwo wstaję dzisiaj na długo przed słońcem. Powodem jednak nie jest to, że mam problemy ze snem albo co jeszcze bardziej niedorzeczne, że się tak szybko wyspałem. Budzik zadzwonił jak zawsze o siódmej, a to, że słońce jeszcze się nie pokazało to zasługa pokaźnej góry, dzięki której mamy przyjemny chłód cały ranek.Jak co dzień budzę Piotrka, ten standardowo, za trzecim okrzykiem „wstajemy” zaczyna dawać oznaki życia. Powoli się pakujemy, jemy małe co nieco i precyzujemy nasze cele na najbliższe godziny, dni. Ostatnim  „must see” przed granicą z Iranem jest Monastyr Tatev –  do którego przy dobrych wiatrach dojdziemy dopiero jutro.

Powiedzenie – przy dobrych wiatrach – jeszcze nigdy nie okazało się być tak bardzo trafne. Cały dzień zmagamy się z ostrymi podmuchami, zdolnymi nie tylko zatrzymać rower, ale i zepchnąć go z właścicielem z drogi. Przed nami długi podjazd na przełęcz Vorotan (2344m), a wiatr ma to za nic i bez pardonu, wręcz szyderczo to uniemożliwia. Aż kusi złapać znowu stopa.

Poranna kawa

Początkowo jednak jedziemy względnie prostą drogą i jeszcze przy umiarkowanym wietrze. Po niespełna dwóch kilometrach zatrzymujemy się przy bliżej niezidentyfikowanych zabudowaniach w poszukiwaniu wody. Na początek naszą uwagę przykuwają wyglądające niczym świeże pobojowisko pozostałości wczorajszej imprezy. Nie wiadomo tylko gdzie podziały się ofiary. Kawałek dalej stoi budynek, pod dachem zaparkowany stary Ził, a w dole szumi rwący potok. Nie interesując się za bardzo powywracanymi butelkami i resztkami jedzenia opieramy rowery o drzewo i zabieramy się za napełnianie butelek. Wtedy, nie wiedzieć skąd zaczynają pojawiać jacyś ludzie, jak mniemam po ogólnym wyglądzie – wczorajsi imprezowicze. Raczej starsze grono robotników, może cztery, pięć osób. Po krótkiej gadce wstępnej zapraszają nas na kawę, a jak wiadomo mnie do kawy bardzo namawiać nie trzeba, zwłaszcza, że jest wcześnie rano. Mało ważne jest też, że piłem już jedną 15 minut wcześniej.

Na żeliwnym piecyku, w ogromnym, chyba litrowym tygielku dochodzi kawa, a na stole wylądowały jakieś ciasteczka! Nie było ich dużo to też tylko zdegustowaliśmy po jednym, żeby panowie mieli także coś dla siebie. Miły początek dnia. Dodatkowo kierowca Ziła oznajmia, że dalsza droga biegnie kanionem, a niedługo zaczyna się ten wcześniej wspomniany, feralny podjazd. Oferuje nam podwózkę swoją ciężarówką na samą przełęcz, bo akurat też się wybiera w tym kierunku. Jedyny problem jest taki, że wyjeżdża planowo około godziny piętnastej i musielibyśmy najbliższe sześć godzin przesiedzieć w towarzystwie tych panów. Niestety ilość trunków, które zostały po wczoraj i propozycje o degustacje skierowane już kilkukrotnie w nasza stronę skutecznie zmuszają nas do odmowy Nie żebyśmy ich nie polubili, ale po szybkiej kalkulacji, rozważając większość za i przeciw, decydujemy się jechać dalej i jedynie dogadujemy się z szoferem, że jak będziemy się mijać to zgarnie nas po drodze. Limit zatruć na ten tydzień został już wyczerpany i lepiej nie ryzykować …

Życzliwi Ormianie cd.

Trzeba przyznać , że kanion bardzo malowniczy. Wzdłuż drogi mnóstwo straganów z winami, miodami i owocami. Kiedy się zatrzymujemy czy to na zrobienie zdjęcia, nalanie wody, czy mała potrzebę, dostajemy po 2, 3 brzoskwinie. Kompletnie za darmo, a przecież idea tych straganów to zarabianie pienię, czyż nie? Dzięki nim mamy dostatek witamin przez cały ciężki dzień.

Nim nawet zbliżamy się pod górę, zaczynają pojawiać się pierwsze, mocniejsze podmuchy. Takie to już są uroki kanionów. Praktycznie zawsze panuje w nich przeciąg i szanse na uzyskanie pomyślnego, jak i niesprzyjającego wiatru są takie same. Kiedy droga biegnie jeszcze blisko rzeki, to wiatr nie jest tak bardzo odczuwalny, ale w miarę jak nachylenie zaczyna wzrastać całą przyjemność z jazdy szlag trafia. Kiedy wczoraj w okolicy czternastej mieliśmy dziewięćdziesiąt kilometrów, dziś udaje nam się dobić zaledwie do trzydziestu.

W miedzyczasie przy rzece zaczynają pojawiać się liczni piknikowicze. No jasne! dzisiaj weekend i dużo ludzi przyjeżdża z Erewania odwiedzić swoich bliskich. Razem posiedzieć, pośmiać się, poopowiadać jak to się żyje w wielkim mieście i coś przy okazji zjeść. Całe rodziny, kilkunastoosobowe, ucztują na długich, drewnianych ławach, przy akompaniamencie szumiącej obok rzeki. Postanowiliśmy sobie odpocząć, a jako, że nie było innego atrakcyjnego dostępu do rzeki to musieliśmy się zatrzymać akurat przy jednej biesiadującej rodzince. Naszym celem oczywiście było obmycie się i chwila odpoczynku, ale starszy pan – głowa rodziny – każe od razu nas zawołać do stołu. Nawet nie zdążyłem wyjąć ręcznika, a co dopiero zbliżyć się do wody. Ah ci dobroduszni Ormianie. Tak się akurat składa, że jesteśmy głodni jak diabli, a lada chwila droga odbijała od koryta rzeki, żeby piąć się przez długie kilometry ku niebu.

Biesiada Biwak Armenia

Biesiadnicy składali się głównie z młodszych od nas żołnierzy, którzy w Armenii mają obowiązek służby wojskowej przez dwa lata. Nudząc się w koszarach, z radością w każdą sobotę odwiedzają swoje rodzinne strony. Alik pyta o Polskę, Avetik opowiadają co tam u nich, a obaj z dumą wskazują paluchami na najstarszego z nich wojaka imieniem Arman, oznajmiając, ze ten to właśnie soldat zabił Azera podczas wojny o Górny Karabach. Wyraźnie dumni są z tego, że to właśnie ktoś z ich rodziny „ubil azerbejdżanca” i nawet ojciec z uznaniem kiwa głową. Wojnami wszelakimi gardzę i raczej mało mnie interesują, ale wbrew sobie gratuluję z udawanym podziwem i jeśli to miało skutkować kilkoma udkami kurczaka które dostaliśmy na drogę, to chyba było warto.

Nie mnie ich oceniać. Trzeba przyznać, że miłe z nich chłopaki i chyba koniec końców to jest najważniejsze. Robimy sobie zdjęcia, wymieniamy facebookiem, popijamy jeszcze jeden kieliszek jakiegoś nieznanego trunku i odjeżdżamy. Oni już także się zbierają, bo jest sporo po południu, a przepustka kończy się o 19.30.

Atak szczytu

Dalej robimy zakupy w Jeghegnadzor, po czym uderzamy w kierunku nieszczęsnej góry. Rzadko zdarza się, żeby wiatr był w twarz także podczas podjazdu. Zazwyczaj pochyłość góry niweluje podmuchy i jedzie się w nieskazitelnej ciszy. Jednak tym razem prędkość nie przekracza 5km/h i nieustannie przegrywamy z silnymi podmuchami. Po kilkunastu minutach męczarni mamy kompletnie dość jazdy na dzisiaj i ratujemy się stopem.

Ruch samochodowy nie był duży, ale dość szybko udaje nam się złapać transport. Ponownie zatrzymuje się, wielki, niebieski Ził. Zresztą nie ma się co dziwić, to jest nadal najpopularniejszy samochód transportowy zarówno w Gruzji jak i w Armenii. Dla odmiany dzisiaj lądujemy z rowerami na górze, ponieważ w kabinie jest jeszcze małżonka kierowcy i zwykle nie ma dla nas miejsca. W sumie też dobrze. Zawsze to lepiej jedzie się z wiatrem we włosach… taka namiastka jazdy rowerem ; )

Kierowca mija kolejne serpentyny jak zawodowiec. Nic nie robi sobie z nachylenia terenu i ograniczonych możliwości swojej maszyny. Musimy cały czas trzymać się misy, żeby nie wypaść na zewnątrz, albo w najlepszym wypadku nie wybić sobie zębów. Jest to dość trudne, bo do dyspozycji mamy tylko jedną rękę. Zdjęcia przecież same się nie zrobią. Już po kilkunastu minutach i mniej więcej tylu też serpentynach meldujemy się na przełęczy Vorotan. Podjazd zwieńczony jest efektownymi, kamiennymi wieżyczkami. Kawałek dalej liczni handlarze rozstawili swoje stoiska z owocami. Zachmurzone niebo i wysokość na której się znaleźliśmy powoduje, że czym prędzej ubieramy polary. Wiatr nie ustępuje nawet na szczycie i ma się wrażenie, że jest nawet silniejszy.

vorotan

Ledwo wypakowaliśmy rowery z ciężarówki, z jednego z straganów podbiega do nas uradowana dziewczyna w czapce FBI. Ucieszona jakby odwiedziła ją od dawna wyczekiwana rodzina. Obfotografowała nasze rowery, nas, siebie z rowerami , potem znowu nas z rowerami i na koniec pobiegła po ojca, żeby i jemu zrobić niemałą sesję zdjęciową. Bardzo nam się miło zrobiło i przez chwilę poczuliśmy się jak gwiazdy Tour de France (Ził edition.)

Dalsza część trasy biegnie lekkim płaskowyżem. Jedziemy wzdłuż malowniczego jeziora Spandarian położonego jeszcze wyżej niż sam Sewan. Rozmiarowo to zupełnie inna liga, ale jeśli chodzi o widoki to moim zdaniem bije na głowę swojego większego kuzyna z północy.

Widoki Armenia

Na niebie pojawia się coraz więcej chmur i jest naprawdę zimno. Dodatkowo trzeba zacząć rozglądać za noclegiem. Na gospodarza znowu nie ma co liczyć. Jeśli trafiają się jakieś zabudowania to panuje tam taka bieda, że aż głupio byłoby się pytać o nocleg zwłaszcza, że wokoło tyle pięknych polan. Finalnie z 85 kilometrami na liczniku (nie licząc podjazdu ciężarówką oczywiście) odbijamy na przydrożne pole. Wiatr niemiłosiernie targa namiotami, robi się nieprzyjemnie zimno, a dzień kończymy darowanymi kurczakami z majonezem i menażką pełną herbaty.

Po drodze ciągle dużo znaków informujących o szlaku Jedwabnym
Po drodze ciągle dużo znaków informujących o szlaku Jedwabnym
 
 
Pierwsze Irańskie Tiry 2
Pierwsze Irańskie Tiry 2
 
Pierwsze Irańskie Tiry 1
Pierwsze Irańskie Tiry 1
 
Stary, policyjny Wóz. ;)
Stary, policyjny Wóz. ;)
 
 

 Karol Werner

 

poprzedni wpis
następny wpis
 

Podobało się? Daj lajka!

 
 
 

Komentarze (5):

  1. em napisał(a):

    Fe-no-me-nal-na podróż, super relacja. Wczoraj trafiłam na twój blog, będę miała lekturę na kilka najbliższych wieczorów. Tak trzymaj, jeżeli brak komentarzy to ze zwykłego lenistwa albo jeszcze zwyklejszej ludzkiej zazdrości.

  2. Hanka napisał(a):

    Ależ śliczna dziewczyna z tej Efbiajki . Poza tym jak zwykle – ciekawie, pięknie – aż żal…

  3. Tereska napisał(a):

    Piękne zdjęcia,które odzwierciedlają Waszą podróż.Nietypowe okolice i ludzie których spotykacie,no i ta pomoc z ich strony.Niesamowita przygoda w tak trudnych do pokonania odległości.Radziliście sobie doskonale.

  4. zahariasz napisał(a):

    „Takie coś było sprzedawane przy drogach, czy ktoś ma pomysł po co ktoś sprzedaje trawę uformowaną w warkoczyk?!” To zioło nazywa sie „aveluk” i po zaparzeniu wywar ma wlasciwosci lecznicze na nerki. Wywar sie wypija a pozostale „fusy” trzeba troche przesuszyc i usmazyc na patelni z cebulka, mozna dodac grzybow, miesa albo do jajecznicy. Miejscowy opowiadal nam o takowym wykorzystaniu tego warkoczyka. Poki co nie probowalam jeszcze ale zakupiony lezy na polce i czeka na swoj wielki dzien :)

Dodaj komentarz