Stara dobra Rumunia

Jeśli ktoś czytał relację z Bałkanów to pamięta, że obiecałem sobie wrócić do Rumunii. Rumunia jest przepiękna i warta każdych, nawet dwudniowych w tym przypadku odwiedzin. Posłuchać jeszcze raz tego ciekawie brzmiącego języka do złudzenia przypominającego mi hiszpański, zobaczyć te nieduże rumuńskie wioski no i przede wszystkim wymienić kilka uśmiechów z ślicznymi Rumunkami!Piszącto wtedy, były to bliżej niesprecyzowane plany na dalszą przyszłość i nie spodziewałbym się, że tak szybko to nastąpi. Głównym celem zapuszczając się tak daleko na południe był – położony niedaleko od granicy ukraińskiej – wesoły cmentarz, gdzie dotrzemy jutro.

Poranek nie był tak chłodny jak to zakładaliśmy wczorajszego wieczoru. Mimo to jedziemy bez śniadania do Chust i tam dopiero coś sobie zjemy. Z racji brakującej waluty ukraińskiej mam nadzieję znaleźć jakiś kantor w mieście. 25 kilometrach póxniej docieramy do miasta i zaczynamy poszukiwania. Po kilku wymianach informacji, na migi z mieszkańcami dowiaduję się, że kantoru jako takiego nie ma, ale mam iść do banku i tam powinni mi wymienić. Przemiła pani, której zza mlecznej szyby kompletnie nie było widać, wymienia euro na hrywny, umożliwiając mi tym samym zrobienie zakupów na najbliższe 2 dni.
Ukraińskie pieniądze Hrywny

Z miasta musimy się trochę wrócić tą samą drogą. Po drodze zajeżdżamy pod każdą stację benzynową, w nadziei, że któraś w końcu będzie miała upragniony prysznic. Po odwiedzeniu kilku różnych koncernów ze smutkiem w sercu i kurzem na twarzy musimy jednak jechać dalej. Począwszy od wczoraj teren zaczął się bardziej wypłaszczać, a słońce grzać już na tyle konkretnie, że w okolicach 13 nie dało się jechać. Szczęśliwie się złożyło, że akurat za Busztino jest rzeka, co do której nie zraziły nas nawet gdzieniegdzie leżące śmieci. Długo nie szukaliśmy odpowiedniego kawałka brzegu bo też nie spodziewaliśmy się żadnej plaży z piaszczystym, łagodnym zejściem. Po prawdzie woda była zamulona, niezbyt krystaliczna i dość chłodna. Mimo wszystko fajrant do godziny 15.

Późnym popołudniem osiągamy przejście ukraińsko-rumuńskie – Sołotwina-Sygiet. Wcześniej zabłądziwszy, musimy się wracać kilka kilometrów, ponieważ po drodze zero znaków informujących o przejściu granicznym. Zupełnie jakby ktoś się tego wstydził.

Rzekę Cisę będącą naturalną granicą pokonujemy mostem, na którym za każdym przęsłem chowa po kilka osób umiejętnie owijających się paczkami papierosów. Po szybkiej odprawie i bez jakiejkolwiek kontroli jesteśmy w Rumunii. Pewnie dało to do myślenia przemytnikom, że zamiast przenosić po kilka paczek można śmiało zainwestować w rower z 60 litrowymi sakwami.
Przejście graniczne Ukraina Rumunia Sołotwyno Syhot Marmaroski Ukraina Chust Khust

Jedyna zasadnicza różnica w Rumunii to kilkanaście psów jakie minęliśmy zaledwie przez pierwsze dwieście metrów. Ospałe, leniwe kundle nic sobie nie robią z omijających ich ludzi. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że na Ukrainie faktycznie zrobiono z nimi „porządek” przed Euro 2012. Praktycznie żadnych bezpańskich psów. Sposób w jaki to robili jest okropny, kontrowersyjny i pozostawia wiele do życzenia. Ponieważ ciężko nazwać trucie zwierząt środkami chemicznymi, lub też tworzenie objazdowych krematoriów humanitarnym. Jednak fakt jest taki, że cel swój osiągnęli.

Dzień zbliżał się ku końcowi. Po raz kolejny chciałem znaleźć jakiś nocleg na gospodarza, zważywszy na to, że i tak jechaliśmy jedną niekończącą się wioską. Niestety chłopaki jakoś mało entuzjastycznie podchodzili do tej kwestii. Po jednej nieudanej próbie lądujemy standardowo na polu. Miejsce nawet przyjemne, lecz po chwili z daleka pojawia się kilak osób w tym jeden pan z motyką.

Przerywając mu chwilowo pracę w polu, pytam czy nie jest to problem, że akurat tutaj się rozbiliśmy. Łatwo dogadać się nie było, ale kilka istotnych informacji udało mi się wyciągnąć. Rozbiliśmy się jakieś 400 metrów od granicy i co więcej „policja-frontiera” patroluje ten teren każdej nocy. Jasne było, że jeśli nas tutaj nakryją, to będzie problem. Nic przyjemnego pakować się po ciemku i szukać innego miejsca do spania. Zresztą już to przerabiałem to w zeszłym roku w Czarnogórze. Pomimo to ryzykujemy bo też dzień chyli się ku końcowi, a i chęci do przeprowadzki są niewielkie.


Dzień 5. 107km 6h08min. 17,04km/h

poprzedni wpis
następny wpis
 

Podobało się? Daj lajka!

 
 
 

Komentarze (0):

Dodaj komentarz