Start z Kutaisi – Podróż czas zacząć

Skoro świt lądujemy w Gruzji-Kutaisi. Podróż czas zaczać. Dodam, że był to mój pierwszy lot. Po wyjściu z samolotu uderza nas ogromna wilgotność i niemal niemożność swobodnego oddychania. Zachmurzenie tak duże, że ma się uczucie jakby miało zaraz lunąć. Lotnisko zasadniczo leży w Kutaisi, tak samo, jak Pyrzowice w Katowicach.

Dla zainteresowanych praktycznymi poradami napisałem tekst: Przewożenie roweru w samolocie. Dużo przydatnych informacji :)

Dojazd do miasta to jakieś 15 kilometrów nudną, prostą i dość ruchliwą – jak na tą wczesną godzinę – drogą. Rowery składamy przed terminalem, ponieważ ze środka wyprosił nas grzecznie pan ochroniarz. Zaraz po otwarciu drzwi wyjściowych dopada nas całe stado taksówkarzy, proponujących podwózkę czy to do Kutaisi, Batumi czy gdzie tam dusza zapragnie. Proponują także przechowanie kartonów i właśnie na ten ruch jesteśmy skłonni się zgodzić. Początkowo planowaliśmy je gdzieś schować, ale zawsze jest ryzyko, że ktoś je znajdzie i rozpali sobie nimi ognisko. Zasadniczo pewności nie mamy również do taksówkarza, ale wydaje się to być bardziej rozsądne rozwiązanie niż przykrywanie kartonów liśćmi w jakichś krzakach. Dogadujemy się z Nodarim – niskim, starszym i lekko łysiejący jegomościem. Nodari ściska w ręku rozkład lotów wszystkich przewoźników obsługiwanych przez to lotnisko. Nie przegapi dzięki temu żadnej okazji do zarobku. Lotów generalnie nie ma ich dużo. Poza Wizzairem jest jeszcze jakaś gruzińska linia lotnicza, lata także Białoruś, Rosja i Ukraina. Maksymalnie jakieś 3-4 loty na dzień. Cenę utargowaliśmy także nienajgorszą – 20lari (15dolarów) za oba kartony – płatne przy odbiorze. Jesteśmy zadowoleni zważywszy, że inni taksówkarze chcieli tyle za jeden karton.

Składanie rowerów jest nie lada gratką dla wszystkich znudzonych życiem pracowników lotniska. Na zmianę podchodzą kolejni widzowie, raz jakiś ochroniarz, raz policjant, albo pani sprzątaczka. Popatrzy, pokiwa głową robiąc przy tym niebywale mądrą minę, powie coś po swojemu, lub też apatycznie, w milczeniu obserwuje każdy nasz najmniejszy ruch. Jakby pilnowali czy aby prawidłowo wszystko dokręcamy i czy każdy komponent znajduje się na swoim miejscu. Razem z nami przedstawienie dla tej całej gawiedzi robi także Michał, który przyleciał tym samym samolotem. Na koniec dopinamy sakwy, nalewamy wodę w bidony i zapisujemy numer telefonu do Nodariego. Bierzemy głęboki wdech i ruszamy na podbój szerokiego świata. Podróż!

Uściślając dojeżdżamy do średnio atrakcyjnego Kutaisi, jadąc nazbyt wąską ulicą, cały czas po jej linii bocznej, spychani co chwila na pobocze przez kolejne samochody. W mieście mamy kilka spraw do załatwienia. Najpierw musimy wymienić dolary na lari (1zł=0.5lari). Kiedy już uporaliśmy się z tym problemem uderzamy do sklepu rowerowego. Piotrek niefortunnie nagwintował sobie na nowo hak przerzutki przy jej przykręcaniu i trzeba przez to kupić nowy. Szczęśliwie rowerowy jest nieopodal i nawet wygląda całkiem przyzwoicie. Czekamy chwilkę przed wejściem, aż postawny, równie łysiejący właściciel raczy otworzyć swój stragan i przystępujemy do pertraktacji. Pomaga nam Michał, władający rosyjskim zdecydowanie lepiej niż my. Niestety negocjacje nie idą najlepiej. Sprzedawca wyczuwa, że i tak zasadniczo mamy nóż na gardle i choćby cena była niedorzeczna to i tak kupimy ten hak. Czterdzieści Lari! – zakomunikował stanowczo, potrząsając nam przed twarzą koszyczkiem pełnym świecących, aluminiowych haków. Tłumaczymy , że u nas bieda w portfelu, że to pierwszy dzień i przez jego chciwość będziemy przymierać głodem. Nic nie pomaga. Odezwała się w nim natura biznesmena i smykałka do interesów. Nic na to nie jesteśmy w stanie poradzić, i ku jego uciesze kupujemy. To znaczy precyzując – kupuje Piotrek – ale my łączymy się z nim w bólu i cierpieniu. Pertraktacje Michała z sprzedawcą:

Następnym punktem w mieście jest poczta, gdzie – moi drodzy – mam zamiar nabyć pocztówki dla Was! Tutaj ze znalezieniem właściwiej drogi jest już ciężej. Błądzimy trochę, coraz bardziej znużeni tym miastem. W międzyczasie odłączył się od nas Michał, który nie mając już tutaj nic do roboty wyruszył na samotne zdobywanie Gruzji. My natomiast nie możemy znaleźć tej nieszczęsnej poczty. Pytamy chyba połowę Kutaisi o drogę. Ludzie są tutaj bardzo życzliwi i widać, że chcą pomóc. Tłumaczą bardzo skrupulatnie, opisowo i nawet, kiedy nie znają do końca właściwiej drogi. Finalnie udaje nam się znaleźć budynek. Wchodzę do środka, gdzie w ponurym pomieszczeniu siedzi kilka pań przerzucając jakieś kartki w pośpiechu. Zostaję zauważony po niespełna pięciu minutach. „Dzień dobry, pocztówki poproszę!” Sprzedawczyni przeszukuje całą pocztę, aż w końcu po kolejnych dziesięciu minutach wygrzebuje z dna szuflady kartki, wręczając mi je z nieukrywaną radością i satysfakcją, że mnie nie zawiodła. Blond-turystę z dalekiej Europy! Miła kobieta! Pomaga mi nawet wypisać, i po chwili produkt gotowy do wysłania ląduje w skrzynce.

To nie koniec objeżdżania Kutaisi. Dalej musimy zdobyć mapy Gruzji, których nie kupiliśmy przed wyjazdem. Poszło znacznie szybciej i już po kolejnych piętnastu minutach docieramy pod jakąś agencję turystyczną. Kolejna niewysoka kobieta, o czarnych włosach i uroczym uśmiechu prowadzi nas do informacji turystycznej, mającą swoją siedzibę dwie drogi obok. Tam otrzymujemy to, co chcieliśmy i kompletnie zmęczeniu już przebywaniem w tym zatłoczonym mieście, z radością obieramy kurs na północ.

Region ten jest znany w dużej części z malowniczych wiosek, na czele z popularną wśród turystów Uszguli. Można podziwiać zapisane na listę UNESCO stare, kamienne baszty obronne, służące niegdyś całym rodzinom jako miejsce schronienia przed najazdami innych rodów czy rządnymi zemsty sąsiadami. W wieżach znajdują się naprzemiennie umieszczone piętra, połączone ze sobą wciąganymi w razie potrzeby drabinami. Uniemożliwiało to dotarcie wrogim przybyszom do ukrywającej się czasem wiele miesięcy rodziny. My niestety nie jedziemy do samego Uszguli, a jedynie robimy pętlę Tsageri – Ambrolauri – Tkibuli, wracając później na drogę prowadzącą z Kutaisi do Tbilisi, aby uderzyć w stronę Kazbegi.

Tymczasem pierwszy, pochmurny dzień kończymy jakies 40km od Kutaisi, przed miastem Ghvedi. Noc łapie nas w kanionie i z braku atrakcyjnej przestrzeni kempingowej zmuszeni jesteśmy rozbić się kilkanaście metrów od drogi. Nie jest najgorzej. Jedzenia mamy sporo – jest w czym wybierać na kolację, obok płynie rzeczka to i można urządzić sobie mały shower. Dzień się kończy a zaczyna się nasza wielka podróż.

Karol Werner

 

poprzedni wpis
następny wpis
 

Podobało się? Daj lajka!

 
 
 

Komentarze (6):

  1. fantomas napisał(a):

    Pierwszy dzień przeczytany, czekam z niecierpliwością na następne! pozdrawiam

  2. takijakja napisał(a):

    pasjonująca lektura.. ehh fajnie tak sobie poczytać :) te gruzińskie krowy na drogach super :))

  3. Lucyna napisał(a):

    No,to za nami pierwszy dzień.Pytanie-zdjęcie przedstawiające panią z kramem,a za jej kramem…co to ? rzeźba ?

  4. manirka napisał(a):

    Super początek, wciąga niesamowicie…czekam na na kolejny dzień :)

  5. van zistek napisał(a):

    Kochani ja się wybieram w tym roku do Gruzji Armeni i chyba Azerbejdzanu jak zdołam pozyskac wizę. Będę chciał objechać rowerem tak jak w tym roku Bałkany.

Dodaj komentarz