Tag Archives: Iran rowerem

DSC_5323

Wzdłuż granicy z Irakiem

Nocleg znaleźliśmy kawałek od drogi, na prawdziwej, soczyście zielonej i idealnie przyciętej trawie. To pierwszy raz od dwóch tygodni, kiedy widzimy tyle trawy w jednym miejscu, więc proszę o zrozumienie, że tak się rozpływam nad zwykłą, głupią trawą. Nawet podziurawiona wczorajszego dnia mata nie psuje mi humoru z rana, bo też nic nie wbija się w plecy! Właśnie dzisiaj tak naprawdę zorientowaliśmy się jaki to Kurdystan irański jest kolorowy.  Mimo lata, zerowych opadów, zawsze jest na czym oko zawiesić.

Modlitwa piątkowa uliczna islam

Kermanszah i piątkowa modlitwa uliczna

Podróż była długa i wybitnie męcząca. Zdecydowanie bardziej wolę męczyć się na rowerze niż walczyć całą noc z niewygodną pozycją w autobusie. Jesteśmy dwie godziny przed czasem w Kermanszah i szczerze kocham za to tutejsze autobusy. Kończymy wycieczkę na wielkim dworcu autobusowym oddalonym kilka kilometrów od centrum. Ledwo wygramoliliśmy się z busa, ledwo poskręcaliśmy rowery, wokoło nas było już 5 kierowców proponujących podwózkę taksówką. Bez skrępowania

Isfahan Bazar

24 godziny w Isfahan

Wprost z Jazd bierzemy busa do Isfahan. Musimy nadrabiać trochę kilometrów w tej części Iranu, ponieważ dużo jeszcze przed nami, a bardzo chcielibyśmy przejechać rowerami cały Kurdystan. Dlatego też jedyne 24 godziny spędzamy w mieście, po czym także busem udajemy się 600 kilometrów na północ – do Kermanszach – gdzie temperatura powinna być dużo bardziej znośna. Tak więc, co można robić przez całą dobę Isfahan?

Kobieta w czadorze

Jazd – miasto pośrodku niczego

Skoro świt, odprowadzeni przez Paymana jedziemy do centrum Jazd. Chcemy powłóczyć się po starym mieście, zanim ziemia ponownie zapłonie. Dzisiejszy dzień jest wyjątkowy i założyłem nawet odświętne, lekko wygniecione czerwone polo! Z jakiej okazji?

Opuszczona Oaza Iran

Nocleg na pustyni i anomalie pogodowe

Po dwudziestu dniach w podróży pierwszy raz wstajemy przed wschodem słońca. Oczywiście, nie dlatego, żeby zrobić ładne zdjęcia, ale by nabić jak najwięcej kilometrów przed nieznośnym gorącem i wymuszoną tak jak wczoraj przerwą południową.

IMG_6686

Pożegnanie z Tabriz – pustynio nadjeżdżamy

Na pewno wypoczęliśmy przez te kilka dni w Tabrizie. Warto było zatrzymać się na chwile, zostawić rowery w garażu i poznać trochę Iran od strony innej niż z poziomu siodełka. Pierwszy raz czuliśmy się choć trochę incognito, nie zwracając już tak bardzo uwagi na siebie. No dobra może trochę zwracaliśmy – Piotrek swoją brodą, a ja jaśniejszymi włosami – ale w porównaniu z tym jak rower przyciąga wzrok można śmiało powiedzieć, że byliśmy choć trochę anonimowi.

Kandovan

Skalne miasto Kandovan

Ze snu wyrywa nas dźwięk okrzyków dochodzący z drogi. Grupa kobiet przyodzianych w czarne czadory zorganizowała jakiś pochód, marsz czy protestację. Nieważne. Dobrze jednak się złożyło, ponieważ nie nastawiliśmy budzika, a na zegarze już po godzinie 11… Na śniadanie mama Armana przygotowuje coś na nasze skrzypiące kolana – czyli mega tłusty móżdżek barani i jakaś potrawka z żył. Palce posklejane. Fanem nie zostałem, ale z takim smarowaniem możemy bezawaryjnie jechać kolejny 1000 kilometrów.