W deszczu na Karlovac

Padało całą noc. Co chwila z błogiego snu wyrywały mnie grzmoty szalejącej właśnie na zewnątrz burzy. Niedomknięte okno trzaskało, krople waliły o parapet. Ciekawe jak by się spało w namiocie.Rano o godzinie 7 obudził mnie huk garnków w sąsiadującej z moją sypialnią kuchni i zaraz po nim głos gospodyni „spawaj, spawaj!” (śpij, śpij!). Oczywiście nie będę się wylegiwał kiedy wszyscy już wstali, więc mocno zaspany podchodzę do okna w celem sprawdzenia aury i jej przydatności do jazdy rowerem. Gęste, nisko zawieszone chmury ledwo przepuszczały promienie słoneczne. Jest bardzo ponuro, depresyjnie i jeszcze bardziej mokro. Niezbyt wiem co robić. Gospodyni zapewnia, że mogę zostać dłużej choćby do jutra, ale nie lubię wykorzystywać gościnności. „Gość jest jak ryba, śmierdzi po drugim dniu” – mówią

Postanawiam trochę poczekać na rozwój wydarzeń. Miałem nadzieję, że przejdzie choć trochę, ale wygląda to bardziej na opad ciągły, aniżeli jakąś przejściową ulewę. Od nocy, leje nieprzerwanie, z takim samym natężeniem i zawziętością. Nie ma nadziei.

Na śniadanie dostałem kawę, kiełbasę i trochę tej suchej szynki. Co chwila spoglądając w niebo liczyłem na jakiś cud. Niestety te się nie zdarzają więc trzeba było podjąć konkretną decyzję. Postanawiam wyjechać do godziny 9. Jak to obliczyliśmy wspólnymi siłami, do Karlovac jest jakieś 30 kilometrów i tam też spróbuję szczęścia z autostopem. Swoją droga dobrze, że wczoraj podjechałem te 40 kilometrów więcej. Będę dzięki temu moknął 2 godziny krócej. Jest też jakiś pozytywny aspekt całej tej nieciekawej sytuacji. W końcu będzie okazja dobrze przetestować kurtkę przeciwdeszczową. Kupiłem ją na zeszłoroczną wyprawę w Alpy i jak do tej pory nie miałem większych ulew. Ubieram do kompletu sandały, krótkie spodenki i w drogę.

Shashin Error:

No photos found for specified shortcode

Na pierwszym odcinku dojazdowym do głównej drogi już byłem cały brudny od błota i o mało co nie zaliczyłem upadku na wystającym, śliskim korzeniu. Solidne śniadanie przełożyło się na osiągi. Z antydepresyjną muzyką w uszach prułem powietrze ile fabryka dała. Sam nie wiem co chciałem osiągnąć przez tak szybką jazdę skoro już i tak bardziej mokry nie mogłem być. Minimalna prędkość nie spadała poniżej 25km/h i tym samym bez odpoczynku, po nieco ponad godzinie byłem już Karlovac! Oczywiście przez całą drogę nie przestało padać. Po dłuższym błądzeniu znalazłem wreszcie wjazd na autostradę, ale póki co muszę się trochę ogarnąć, wysuszyć itd. Po 2 godzinach bezproduktywnego siedzenia na stacji benzynowej, widząc niecierpliwe spojrzenia obsługi opuszczam kryjówkę. Wreszcie się wypogodziło na tyle, żeby wybrać się z moimi magicznymi tabliczkami łapać stopa.

Tak samo jak i wczoraj tak i tu nie jeździły żadne ciężarówki. Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że jest sobota, a tym samym ruch dla Tirów zamknięty, aż do 18 w niedzielę! Tragedia. Była godzina 12, a ja nie mam kompletnie pomysłu co dalej. Wracam na stację i żeby mnie nie wywalili, na wejściu zamawiam kawę – tak asekuracyjnie. Międzyczasie zaczęło się rozpogadzać. Po kolejnej godzinie nie mogę już wysiedzieć w miejscu i postanawiam jechać stąd do Zagrzebia – czyli nieco ponad 70 kilometrów. Lewo co ruszyłem, rozpadało się znowu i po kilkuset metrach już musiałem szukać schronienia. Ile można?!

Shashin Error:

No photos found for specified shortcode

Zatrzymałem się tym razem pod dachem przydrożnej piekarni. Nic tylko siedzieć i płakać. Po chwili przybiegł do mnie z wywieszonym językiem, kompletnie mokry (zresztą jak i ja) pies marki labrador i niczym stary kumpel usiadł bez słowa zaraz obok. Bezinteresownie towarzyszył mi w niedoli przez kolejne 4 godziny, dogrzewając mnie swoim cielskiem. Czas mijał nam bardzo miło na konwersacji i obserwowaniu powiększających się kałuż.

To znaczy nie mam pewności co do tej bezinteresowności, bo bardzo jednoznacznie patrzył na moje resztki chleba. W międzyczasie kobiecina z domu obok widząc nas przybiegła z jakąś mielonką dla psa pytając przy tym czy to mój zwierzak. Zaprzeczyłem, jednocześnie dając kobiecie do zrozumienia, że także jestem głodny, a pies raczej nie ma zamiaru się zemną dzielić, bo też sam mu odmówiłem. Opłaciło się, bo po chwili dostałem pysznego naleśnika na eleganckim porcelanowym talerzyku. Niestety jednego i tylko wkurzyłem tym mój żołądek.

Jak tak na siebie patrzę to nie dziwie się, że dostaję te wszystkie naleśniki, śniadania i kolacje…

Shashin Error:

No photos found for specified shortcode

W tym momencie po 2 godzinach biesiadowania na kamiennym schodku dzwoni telefon. Mama informuje, że dzisiaj z Splitu wyjeżdżają dwa polskie busy z polskimi turystami i będą jechały koło północy przez Karlovac. Jedyny problem to to, że trzeba czekać do północy (a nie takie miałem plany) oraz, że dopiero o 22 będzie wiadome czy jest jakieś wolne miejsce dla mnie.

No nic, termin powrotu mnie ściga i skoro jest możliwość to czemu nie skorzystać. W przerwie między kolejnymi ulewami udaję się na poszukiwanie dworca autobusowego. Optymistycznie zamieniłem sandały na adidasy które już po chwili zostały zalane ziębiąc mnie do końca dnia. Na dworzec dotarłem około godziny 15 i koczując z wszystkimi żulami na ławce czekałem na telefon. Przeróżne budki z jedzeniem cały czas drażniły zmysły do tego stopnia, że już sobie w głowie układałem plan zakupu kebaba za ostatnie grosze które mi zostały. Tylko musiałem mieć pewność, że wejdę do tego busa i nie będę już potrzebował pieniędzy.

Deszcz przestał padać. Zbliża się godzina zero. Jakiś żul wyraźnie do mnie zarywa. Po długim wpatrywaniu się w ekran telefonu wreszcie dzwoni! Nie ma dla mnie miejsca. Morale spadły, roztrzaskując swoją mocą trotuar. Na dodatek nici z kebaba. Zmarnowałem sporo czasu, ale to nie jest główny problem. Jestem totalnie wymęczony i na dodatek muszę znaleźć jakieś miejsce na namiot. Wyjeżdżam z miasta w stronę Zagrzebia. Po kilku kilometrach i jednej próbie znalezienia noclegu na gospodarza kończy się oświetlenie na drodze. Przez chwilę pojawia się pomysł jazdy całą noc i nadrobieniu tych straconych kilometrów. Ale zmęczenie wygrywa i wbijam się w jakąś czarną polanę. Nie widać kompletnie nic, a nie chcę odpalać lampki, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Po drodze wpadam jeszcze do rowu z wodą mocząc całkowicie buty. Po szybkich oględzinach okolicy rozbijam namiot i idę szybko spać. Mam nadzieję tylko, że nie rozbijam się u nikogo na posesji ponieważ obok stoją jakieś podejrzane, bliżej niezidentyfikowane domy. Tragiczny dzień.

Shashin Error:

No photos found for specified shortcode

Filmik to zlepek kliku ostatnich nagrań wyprawy. Jest chips niesiony przez mrówki, pies-kompan, padający deszcz, jutrzejszy Zagrzeb i jeszcze chyba coś ;)

Dzień 34. 54km 3h01min. 18,23km/h

poprzedni wpis
następny wpis
 

Podobało się? Daj lajka!

 
 
 

Komentarze (0):

Dodaj komentarz