Wesoły Cmentarz. Zdjęcia, historia powstania.

Poza takimi atrakcjami Rumunii – jak zamek w Branie – znany jako siedziba wampira Drakuli, przepiękne Karpaty południowe, czy też niezliczona ilość malowniczych wiosek – na uwagę z pewnością zasługuje Wesoły cmentarz – po rumuńsku zwany Cimitirul Vesel. Można go znaleźć 2 kilometry w linii prostej od granicy z Ukrainą, w okręgu Maramuresz. Miejscowość Săpânţa prawdopodobnie niczym szczególnym by się nie wyróżniała na tle setek jej podobnych, gdyby w roku 1935 nikomu nieznany, 27-letni miejscowy rzeźbiarz – Stan Ioan Pătraş. W tym właśnie roku powstały pierwsze, ozdobne tablice nagrobkowe z krótkimi, rymowanymi podpisami. Pomimo prostego, ironicznego języka i błędów gramatycznych pomysł spodobał się miejscowym na tyle, że w całej swojej karierze wykonał blisko 700 nagrobków! Do roku 1936 miał już wyrobiony swój własny, niepowtarzalny styl. Tablice malował kolorami uzyskiwanymi z naturalnych pigmentów, gdzie każdy kolor ma swoje znaczenie. I tak: zielony-życie, żółty-płodność, czerwony-pasja, czarny-śmierć. Wiodącym zaś jest – specyficzny odcień niebieskiego, nazwany później przez ekspertów „Albastru de Săpânța” lub też „Săpânţa Blue”.
IMG_4837 IMG_4850 IMG_4851 śmieszne nagrobki rumunia Wesoły Cmentarz w Rumuni Sapanta Atrakcje turystyczne Rumunii IMG_4830 IMG_4833

Tablice opisują nieboszczyka, pokazując jego pasje którymi parał się za życia, obrazują to jakie życie prowadził lub też jak zmarł. I tak można znaleźć nauczycieli, gospodynie domowe, górników i pasterzy. Potrąconą przez samochód 3-letnią dziewczynkę, wojskowego z odciętą głową i rowerzystę którego specjalnie szukaliśmy dobre pół godziny!

Nie wiem jakimi motywami kierował się artysta zaczynając rzeźbić. Czy robił to z pasji czy też w zamyśle zarobienia na turystach. Jedno jest pewne, że po blisko 38 latach od jego śmierci miejscowość bardzo na tym korzysta. Jest muzeum poświęcone jego osobie, pobudowały się pensjonaty, można wynająć przewodnika po cmentarzu oraz zakupić miniaturowe, także drewniane i niemniej precyzyjnie rzeźbione kopie nagrobków. Biznes nieźle się kręci co też można zauważyć na cmentarzu, gdzie słychać przeróżne języki w tym oczywiście Polski (już kiedyś pisałem, że nasi są wszędzie ;) ).

Pomniki są zadbane i regularnie odrestaurowane zaś stojąca pośrodku cerkiew (do której wejście jest płatne – a jakże) również jest remontowana pełną parą. O przyszłość nowych nagrobków dla siebie miejscowi martwić się na szczęście także nie muszą. Stan namaścił ucznia, który mieszka ponoć w domu mistrza i także wykonuje niezłe nagrobki – jak choćby ten pozujący tajemniczą panią w negliżu.

Tak sobie myślę i być może nie tylko o pasje czy pieniądze tutaj chodzi. Cmentarz taki daje jednak pewnego rodzaju pocieczenie i być może pozwala w pewnym sensie oswoić się ze śmiercią mieszkańcom Sapanty. Przecież śmierć zawsze kojarzy się ze smutkiem i żalem, a nie z czymś „wesołym”. Ciężko odpowiedzieć sobie na pytanie „po co to wszystko?” i właśnie dlatego chyba to miejsce jest tak interesujące.

Odnawiana ikona na ścianie bocznej kościoła i jej wzór.

Jedno epitafium przetłumaczone przeze mnie. Nie wyszło idealnie, ale kilka rymów jest…

„Tutaj pod tym ciężkim krzyżem
Teściowa moja biedna leży
Gdyby dłużej trzy dni żyła
Pewnie by mnie wykończyła

I jak będziesz tu przechodził
Tak co byś jej nie obudził
Bo gdy zaś wróci do domu
Będzie znowu na mnie wściekła
Dlatego zachowywał będę się dobrze
Żeby nie wróciła z piekła

Zostań tu! Moja kochana teściowo”

Trochę się rozpisałem, a tutaj jeszcze cały ciekawy dzień do opisania!

A więc tak. W nocy nikt ze strażników granicznych nas nie przegonił. Uradowani tym faktem, przy lekkim, niegroźnym zachmurzeniu łykamy kolejne kilometry. Humor zaczyna mi psuć bolące kolano. Niby nic strasznego, ale przy mocniejszych ruchach czuć lekkie ukłucia. Po kilkunastu kilometrach wzdłuż granicy odbijamy lekko na południowy-zachód i kierujemy się ponownie na Ukrainę. Po 30 kilometrach jazdy mamy spory podjazd, który – o ironio – wyleczył moje dolegliwości.

Rumuńskie sępy na przełęczy.

Krótką przerwę robimy sobie pod sklepem, którego właściciel zwrócił mi uwagę, że tutaj mówi się köszönöm(dziękuję) zamiast rumuńskiego mulțumesc. W okolicach przygranicznych jak i większości Transylwanii jest sporo Węgrów. Jak twierdzi sprzedawca, w miejscowości w której akurat jesteśmy, a której nazwy nie pamiętam – jest ich aż 95%. Po krótkiej rozmowie i wyciągnięciu informacji o wynikach Ligi Mistrzów jedziemy dalej.

Przed nami długi i prosty odciek idealnego wręcz asfaltu. Dawno takiego nie widzieliśmy. W myśl zasady, że szkoda by tego było nie wykorzystać Michał bierze na siebie cały wiatr i już po chwili osiągamy zawrotne 30km/h. Tak ekspresowym tempem jeszcze nie jechaliśmy i każde zatrzymanie się choćby na założenie koszulki groziło ucieczką peletonu. Tym samym w rekordowym czasie i ze spalonymi plecami docieramy do granicy. Uśmiechnięta pani celniczka informuje, że granica jest tylko samochodowa i nie możemy pokonać jej rowerami. Szybko dodaje, że nie mamy się martwić bo ona już załatwiła nam przez radio transport. Kawałek dalej czeka na nas żółty bus, do którego ledwo udaje nam się wepchać rowery i za każdym razem jak tylko startuje, muszę je trzymać żeby nie wypadły przez otwarte tylne drzwi. Cała procedura trwałą bardzo długo. Kiedy kierowca załatwiał za nas sprawy z celnikami my smażyliśmy się w samochodzie.

Ostatni cele na dziś to prysznic i piwko. Znalezienie sklepu ani rzeki nie było trudne, lecz cała przyjemność została mocno ograniczona przez natrętne komary, które szybko nas wygoniły do dalszej jazdy. Po drodze zatrzymała mnie jeszcze policja przyglądająca się z boku jakiemuś festynowi. Panowie leniwie dłubiąc słonecznik zapytali mnie gdzie mam kask. Jako że nie używam, postanowiłem założyłem czapkę udając, że nie wiem o co chodzi. Panowie dalej poważnie mówią, że będzie 300 Euro mandatu. Kiedy lekko zbladłem i zacząłem się zastanawiać czy wyciągać pieniądze, czy wiać, policjanci nagle wybuchli śmiechem i poinformowali, że : „To jest Ukraina!” życząc mi jeszcze szerokiej drogi…

Po przejechaniu kilkunastu kilometrach znajdujemy niezbyt ciekawą miejscówkę w starym sadzie. Z racji ciągle krążących nad głowami komarów szybko jak nigdy przedtem rozbijamy namioty.

Dzień 6. 125km 7h15min. 17,25km/h

poprzedni wpis
następny wpis
 

Podobało się? Daj lajka!

 
 
 

Komentarze (3):

  1. Kanoklik napisał(a):

    Potwierdzam Warto !! :)

  2. Za siódmą rzeką napisał(a):

    Co roku mam to w planie i jak zawsze omijam. Ale co nagle … :)

  3. Monika Kinga napisał(a):

    Warto. Polecam też zostać w Sapancie na nocleg, poznać rytm życia wsi, wieczorne spotkania sąsiadów na ławeczkach przed płotem, itp. :) W Sapancie poza cmentarzem można jaszcze zobaczyć prototyp „frani”, że tak to określę…

Dodaj komentarz