Wilno – ekspresowe zwiedzanie

To jest jeden z tych wpisów, po których możecie znowu wyzwać mnie od ignorantów podróżniczych. Polacy z całego świata jeżdżą zwiedzać Wilno, długimi dniami włóczą się po mieście, oglądają kolejne monstrualne kościoły, poznają historie dawnych ziem polskich, a ja? No właśnie… Ograniczam swój pobyt w tym niesamowitym mieście do nieco ponad 30 minut.

Choć w ogóle nie mam takiej potrzeby, pozwólcie, że trochę się usprawiedliwię. Przed Wami czytelnikami, bardziej jednak chyba przed sobą samym. Faktem jest i zawsze to powtarzam, że takich molochów nie lubię, gardzę tymi zatłoczonymi, zadymionymi ulicami wielkich miast, jednak w tym przypadku trochę żałuję, że tak wyszło. Ciut, ciut.

Nocleg poprzedniego dnia znaleźliśmy 5 kilometrów od granicy z Białorusią, a jakieś 30 kilometrów przed Wilnem. Namioty rozstawiliśmy za pozwoleniem  blisko 80-letniej pani Broni, w jednej z bezimiennych wiosek, na którą składa się nie więcej niż 10 domów. Pani Bronia, żyje tutaj od urodzenia, żyje skromnie. Kawałek dalej dom postawił syn z żoną, z którymi jednak dużo nie gadamy, gdyż skoro świt jadą do Wilna do pracy. Pani Bronia wraz z natrętnym kotem wytrwale kibicuje nam przy rannym składaniu namiotów. Próbujemy wypytać panią jak się tutaj żyje, co w życiu robiła. Chcemy też poznać kilka litewskich słówek, jednak Pani Bronia nie potrafi nawet powiedzieć jak jest „dziękuję” po litewsku.  – We wsi wszyscy poljaki, nie ma tutaj ani jednego litwina! – rzuca niemal idealną polszczyzną, zaciągając nieco, charakterystycznie dla kresów.

 

Postanowienie już padło z samego rana – na Litwie długo nie zabawimy. Nieźle wymroziło nas w nocy, a z rana praktycznie do godziny 11 padał przelotny deszcz. Samopoczucie dość słabe, a prognozy na najbliższe dni są jeszcze bardziej fatalne – z przymrozkami w nocy włącznie.

Stare miasto w Wilnie.

Nie jest jednak tak źle! Na pozór, mając rowery do dyspozycji, w 30 minut można zobaczyć całkiem dużo. Po niespełna 2 godzinach walki z wiatrem w twarz, zupełnie wymrożeni, docieramy na przedmieścia. Morale są tak niskie, że postanawiamy wracać już dzisiaj do Warszawy busem i za priorytet obieramy znalezienie dworca autobusowego. Obskakujemy kolejne biura prywatnych przewoźników jak Eurolines, Simpleexpress czy parę innych, których nazwy już mi umknęły. Dopiero któryś z kolei przewoźni zgadza się nasze rowery. Wszystkie miejsca są już niemal wykupione i właściwie zostały już tylko trzy ostatnie. W sam raz dla nas.

Jest to jedyny wolny bus dzisiaj, a na następny musielibyśmy czekać ponad 24 godziny, co wiązałoby się z koniecznością szukania noclegu i prawdopodobnie zamarznięciem w nocy. Problem polega na tym, że bus odjeżdża za 30 minut. Zatem nie marnując czasu, wrzucamy bilety do sakw, nalewamy wody w bidony i jedziemy na szybkie zwiedzanie Wilna. Bardzo szybkie!

Miasto robi wrażenie. Czy pozytywne, czy negatywne – ciężko stwierdzić. Na pewno jest nie lada gratką dla wszystkich pasjonatów zabytków, kościołów, pałaców i muzeów. Tłumy ludzi jednak trochę zniechęcają. Ciężko przecisnąć się czasem rowerem, nie mówiąc już o złapaniu jakiegoś sensownego kadru, gdzie na pierwszym planie będzie coś więcej niż dziesiątki uzbrojonych w kolorowe przewodniki obcokrajowców. Ograniczamy się do uroczystego przejazdu przez stare miasto, odbijając co rusz  w ciasne uliczki starego miasta.

Może kiedy prognozy będą bardziej przychylne, wrócę na dłużej. Może nawet na… kilka godzin ;)

       

 Z rowerami było trochę kłopotów. Kierowcy ubzdurali sobie, że powinny być one opakowane w specjalną torbę.

– Jak tu opakować trzy rowery wraz z sakwami w torbę – pytam? Pan nie wie. Opakować i już.

Na szczęście przypomniałem sobie, że mam pod ręką plandekę! Szczerze polecam tą na pozór niepotrzebną rzecz. Co wyjazd znajduje ona kolejne zastosowania. Można osłonić rowery na noc, żeby nie mokły. Dzięki temu, że przy każdym jej ruszeniu niemiłosiernie hałasuje, świetnie nadaje się też jako alarm przeciwkradzieżowy. Sporadycznie robi także za stolik, krzesło, kocyk, pelerynę, a jak jest spakowana na bagażniku – jako błotnik. Tyle zastosowań głupiej plandeki. Kto by pomyślał…

Tak się kończy nasze ekspresowe zwiedzani Wilna. Może następnym razem będzie nam dane zabawić nieco dłużej…

Karol Werner

Podobało się? Zostań na dłużej!

Informacje o nowych artykułach i filmach wprost na Twojego e-maila. Bez spamu!
Dołączysz do ponad 80 000 obserwujących osób!

2 komentarze

Dodaj komentarz

  • Mam to samo, nie cierpię 95% takich molochów… w Wilnie byłem raz (w ramach eksperymentu podróżniczego, który za parę tygodni opiszę) na cały dzień – mało zapamiętałem, nie podobało mi się za bardzo. Według mnie raczej nie warto. (Zresztą takie samo odczucie miałem w Rzymie)

    Zdążyłem zwiedzić już kilka stolic europejskich i najmilej wspominam chyba Kiszyniów (mały jak na stolicę, ma ‚duszę’). A w przewodnikach piszą, że akurat tam nie warto ;) – natomiast Rzym (który notabene jest zwykłym molochem, ja nie widzę tam nic interesującego): przewodnik – warto, ja – nie warto. Więc olać przewodniki i wybrać to, co jest dla nas ciekawe :)