172 strony o tym, jak uczynić z podróży sposób na (naprawdę dobre) życie!
Posiądź kompletną wiedzę pozwalającą zarabiać na podróżach miesięcznie nawet wielokrotność średniej krajowej!
Poznaj dziesiątki sprawdzonych i szczegółowo opisanych sposobów zarabiania na blogu podróżniczym.
Poznaj fachowe porady i doświadczenia innych podróżników żyjących z podróży od wielu lat.
Poznaj liczne triki, dzięki którym szybciej zarobisz pierwsze pieniądze i rozwiniesz dochód pasywny.
Dowiedź się o wielu innych możliwościach zarabiania na pasji poza blogiem podróżniczym.
Naukowcy są zgodni, że wydawanie pieniędzy na podróże czyni nas szczęśliwszymi. A co powiesz na odwrócenie tego schematu? Marzy Ci się możliwość niekończących się podróży? Co jeśli mógłbyś podróżować i jednocześnie zarabiać na tym pieniądze? Brzmi dobrze? Owszem! Sam zarabiam na blogu podróżniczym i podróżach już od ponad 4 lata, a całą moją wiedzą i doświadczeniami dzielę się w tym właśnie e-booku.
Jak do tej pory już ponad 1500 osób zdecydowało się kupić książkę! Wysyłka od razu po zaksięgowaniu wpłaty wprost na Twojego e-maila.
Z wykształcenia inżynier, jednak od dwóch lat to podróże są moim jedynym źródłem utrzymania. Jestem autorem jednego z najpopularniejszych blogów podróżniczych w Polsce “Kołem Się Toczy”. Zdobywcą wyróżnienia głównego w konkursie “Blog Roku 2013”, nagrody “dziennikarza Obywatelskiego 2013, a także laureatem nagrody ”Travelery 2017” przyznawanej przez National Geographic Traveler w kategorii “Podróżnik Online”.
- Daniel z pfefferschnitzel.pl
- Remigiusz z Poznania
- Mateusz z podrozemm.pl
- Jowita z Łodzi
- Ola z fiestasiesta.pl
Dla wszystkich podróżujących osób, które chciałyby dowiedzieć się jak wygląda od kuchni zarabianie na podróżach. Jakie są mechanizmy podróżniczego “rynku" i gdzie są pieniądze
Cena wynika stąd, iż jest to aktualnie jedyna tego typu publikacja w Polsce, a zawarta w niej unikalna wiedza może szybko zwrócić zainwestowane w książkę pieniądze. Zbiór zawartych w niej informacji to suma doświadczeń i wiedza, dzięki której w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy osiągnąłem przychód równy 227 363 zł. Tę wiedzę w całości przekazuję w książce.
Nie dam Ci recepty na sukces, ale dam Ci setki wskazówek, dzięki którym możesz go znaleźć.
Zdecydowanie tak. Jednym z głównych założeń tej książki była transparentność. Niech świadczy o tym chociażby fakt, iż informacje o kwotach, obowiązujących na rynku stawkach pojawiły się ponad stukrotnie.
Absolutnie nie. Książka ta jest przeznaczona dla wszystkich podróżujących osób, chcących poznać mechanizm zarabiania na podróżach. Blog podróżniczy jest tylko jedną z opisanych w niej możliwości.
Forma elektroniczna jest jedyną dostępną. Chrońmy lasy! :) Wiedza, niezależnie od formy w jakiej jest podana, ma niezmiennie taką samą wartość.
Książka jest w formatach, które bez problemu można otwierać zarówno na czytnikach ebooków (epub, mobi), a także na każdym komputerze i telefonie (PDF - doczytania, oraz mp3 - do odsłuchania).
Książka "Zarabianie na podróżach" pozwala się zorientować, jakimi metodami można połączyć pasję podróżowania z pracą. Nie zrobi z Ciebie natychmiast zawodowca, ale pokaże Ci możliwości i wyjaśni podstawowe zasady działania na rynku. Jeśli myślisz o zarabianiu na podróżach, a zwłaszcza jeśli planujesz rzucić dla nich pracę i dotychczasowe życie - warto się z nią zapoznać przed podjęciem takiej decyzji.
Karol jest jednym z najbardziej wszechstronnych blogerów – podróżników: pisze, fotografuje, filmuje, dzieli się poradami dotyczącymi sprzętu i organizowania wyjazdów. Tym razem podzielił się z nami czymś najcenniejszym – wieloletnim doświadczeniem. Najnowsza książka Karola podpowiada, w jaki sposób pasję przekuć w pracę. Czy to w ogóle możliwe? Tak - pod warunkiem, że ma się tyle determinacji i zapału ile Karol.
Podróże jako zawód? Dlaczego nie. Przy odrobinie pasji, ogromnej ilości samodyscypliny i ciężkiej pracy wszystko może być sposobem na życie. 20 lat temu, gdy ruszałem w świat po raz pierwszy, nie wiedziałęm, że dziś będzie to dla mnie życiem, miłością, ale i źródłem utrzymania dla mnie i mojej rodziny. Ta książka może pokazać Wam drogę, ale pamiętajcie, że niczego za Was nie zrobi.
To nie jest kolejny poradnik, który będzie Cię przekonywał, że wszystko w życiu przychodzi łatwo. To jest książka, która niesie ze sobą solidną porcję wiedzy i jeśli dopiero zaczynasz myśleć o podróżach i ich komercjalizacji, to tutaj znajdziesz odpowiedź na pytanie na co właściwie się porywasz. A jeśli już masz początki za sobą - pomoże usystematyzować wiedzę i poprowadzi za rękę przez wcale niełatwe meandry komercjalizacji podróży. Ta książka jest taka, jak blog Karola: do bólu konkretna.
Poradnik ten może odmienić życie wielu ludzi. Karol, opierając się na doświadczeniach swoich, ale też innych podróżników wypowiadających się w książce, przygotował prawdziwą skarbnicę wiedzy. Dzięki tej książce dowiesz się jak zarabiać na podróżach pisząc bloga, fotografując, nagrywając filmy, prowadząc grupy turystyczne czy robiąc prezentacje i warsztaty. Poznasz konkretne stawki za wykonywaną pracę, liczne wskazówki, ale też przeszkody jakie możesz napotkać na swojej drodze. Jedno jest pewne - takiej książki jeszcze w Polsce nie było.
Jeśli sądzisz, że jakiś poradnik wykona za Ciebie całą pracę – cóż, tak nie jest. Gdy swoją pasję chcesz przekuć w sposób na życie, potrzeba jeszcze lat pracy, wytrwałości i planowania. Książka Karola będzie jednak świetnym przewodnikiem na początku tej drogi. Pomoże uniknąć wielu mielizn już na starcie i pokaże, jak łączyć poznawanie świata z zarabianiem. Obala mity, pokazując przy tym możliwe ścieżki rozwoju. To wyjątkowa pozycja i chciałbym przeczytać ją na początku mojej pierwszej podróży!
Napisz bezpośednio na e-maila:
zarabianienapodrozach@gmail.com
Odpowiem na Twojego maila jeszcze dziś! :)
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Po omówieniu kluczy niezbędnych do blogowego sukcesu, metod docierania do nowych czytelników i sposobów na zwiększenie jakości tworzonych treści, powoli zmierzamy w kierunku pierwszych współprac i zarabiania. Na początek przyjrzyjmy się formie pośredniej, czyli sponsoringowi.
Zacznijmy od sprecyzowania, kim jest ten magiczny sponsor. Wiele osób myśli, że to osoba lub firma płacąca za sam fakt podróżowania. Ba, za wakacje! Taki dobry wujek, który ma za dużo pieniędzy i chce komuś uprzyjemnić życie, pomóc w realizacji marzeń. Filantrop, dobra dusza niewiedząca, co zrobić z niemieszczącą się w portfelu gotówką.
Jeśli tak myślisz, to muszę Cię zasmucić – takie przypadki w przyrodzie nie występują. Chyba że faktycznie masz kochającego wujka-sponsora, wtedy jest Ci łatwiej. W innym przypadku trzeba nieco się natrudzić…
Przykład dotyczący sakw rowerowych był tak naprawdę poniekąd moim pierwszym, nieświadomym poszukiwaniem sponsora. Co prawda barterowego, ale zawsze. Realia na całym rynku wyglądają tak samo. Petentów jest bardzo wielu, jednak konkretnych i rzeczowych ofert już dużo mniej. I moja propozycja współpracy wcale nie należała do tych dobrych, przekonujących. Działałem wtedy zupełnie po omacku. Nikt mi nie powiedział, jak zwiększyć swoje szanse, gdzie szukać argumentów, które przekonają potencjalnego sponsora do współpracy.
Bo czym jest tak właściwie sponsoring? To nic innego jak właśnie najzwyklejsza współpraca, relacja biznesowa, w której każda ze stron chce wynieść dla siebie jakieś korzyści. Osoba sponsorowana otrzymuje pieniądze, usługi lub sprzęt, a sponsor oczekuje w zamian promocji swoich produktów, usług, zwiększenia rozpoznawalności marki lub ocieplenia wizerunku. Tutaj nie ma miejsca na bezinteresowność. Ja zaś w pierwszym mailu tak naprawdę niczego sensownego ze swojej strony nie zaoferowałem. Gdy ktoś napisze „oferuję obszerną i długoterminową reklamę”, to tak, jakby nic nie napisał. Jak obszerną, jak długoterminową? Zero konkretów. Prawdopodobnie właśnie ze względu na brak szczegółowych informacji większości osób nawet nie chciało się odpisywać. To, że współpraca ze Sport Arsenal doszła do skutku, zawdzięczam tylko dociekliwości pracowników firmy. Oni drążyli temat, wypytywali mnie o detale, a nawet sami sugerowali, co powinienem zrobić, aby taka kooperacja miała dla nich biznesowy sens.
Jak zatem powinna wyglądać dobra oferta i na czym należy się skupić, aby wybić się spośród setek podobnych propozycji?
Zanim zaczniesz szukać partnerów mogących wykazać zainteresowanie wsparciem Twojej podróży, musisz odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: dla kogo tworzysz swoje treści? Kto jest lub będzie odbiorcą Twoich materiałów? Jest to na szczęście o tyle proste, że Twoimi widzami i czytelnikami są z reguły osoby o podobnych zainteresowaniach do Twoich. Bo jak wiadomo – swój ciągnie do swego. Trzeba sobie to tylko uświadomić. W moim przypadku były (i nadal są) to osoby lubiące m.in. aktywny wypoczynek, a w szczególności podróże rowerowe.
Dopiero gdy dowiem się, kim są moi odbiorcy, powinienem zacząć zastanawiać się: do kogo udać się z propozycją współpracy? Kto mógłby chcieć wesprzeć jedną z moich podróży, a tym samym pokazać się mojej publice? Czyjej usługi lub czyjego sprzętu mógłbym używać, aby w naturalny sposób pasował on do tworzonych przeze mnie treści? Wybór sakw rowerowych był wtedy równie trafiony, co przypadkowy. Brakowało mi po prostu sakw i nic poza tym. Nie zastanawiałem się, czy moi czytelnicy będą interesowali firmę Sport Arsenal, czy nie. A już na pewno nie przyszło mi wówczas do głowy, że równie dobrze mógłbym postarać się o współpracę z producentami rowerów, odzieży outdoorowej, namiotów, butów sportowych, elektroniki, której można używać w podróży, a nawet ubezpieczycieli czy właścicieli kantorów internetowych. Pole do popisu miałem tutaj ogromne i nawet pieniądze były w zasięgu! Gdybym tylko miał wiedzę, jak się zabrać do tego wszystkiego…
No więc jak?
[...]
Jak już wiesz, moją pierwszą współpracą z marką była barterowa. I mimo że sprzęt ten stanowił realną wartość materialną i oszczędziły mi pieniądze, które i tak musiałbym wydać, taką transakcję w dalszym ciągu trudno nazwać współpracą komercyjną. Znacznie bliżej tego terminu była kolejna współpraca, gdyż obok otrzymania sprzętu w barterze zarobiłem również trochę pieniędzy, jednak wciąż mam pewne opory przed nazywaniem tej kooperacji typowo komercyjną. Jakkolwiek, znaczącą składową również w tym wypadku stanowił barter, a pieniądze – mimo że pierwsze, jakie kiedykolwiek zarobiłem przy współpracy z marką – nie były wybitnie atrakcyjne. A patrząc z perspektywy czasu, jestem przekonany, że za ówczesne świadczenia, jakie dałem w zamian, wyceniłem się o wiele za nisko. Jednak to już temat do poruszenia w innym rozdziale – o wycenianiu się.
Przejdźmy więc do pierwszej, typowo komercyjnej, współpracy, w przypadku której nie było już mowy o barterze.
Pierwszą taką kooperacją była w moim przypadku sprzedaż linku – szybka współpraca z jedną z sieci telefonii komórkowych polegająca na podlinkowaniu w artykule strony klienta, za co zarobiłem 1300 zł. Było to w roku 2014, czyli po około trzech latach od założenia bloga. Firma ta prowadziła wtedy sporą akcję reklamową i potrzebowała linków zewnętrznych, aby najpewniej (tak to oceniam dzisiaj) podbić swoją stronę w wynikach wyszukiwania. Bo jak powszechnie wiadomo (nieco wiedzy z pozycjonowania stron!), im więcej linków zewnętrznych, czyli pochodzących z innych stron internetowych, trafia do nas, tym większa szansa, że nasza strona znajdzie się wyżej w wynikach wyszukiwania.
Dlaczego sądzę, że firmie chodziło właśnie o podbicie swojej strony w Google’u, nie zaś o bezpośrednią sprzedaż swoich usług poprzez blogi? Bo zwyczajnie zarówno mój, jak i inne biorące udział w tej akcji blogi były zbyt małe, aby dać takiemu klientowi jakikolwiek sensowny zasięg publikacji. A jak wiadomo, zasięg = sprzedaż. Dopiero gdy zgromadzi się odpowiednią widownię, odpowiednio wiele tysięcy czytelników, ma się jakiś sensowny potencjał sprzedażowy. Jeśli każdy wpis czyta mniej niż kilkuset czytelników, przy dobrych wiatrach zaledwie kilka osób zainteresowałoby się usługą tej firmy. A to dla tak dużych korporacji gra niewarta świeczki. I pracownicy tamtej firmy doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Dlatego założyli inne cele na tę kampanię. Wiedzieli, że wszyscy byliśmy małymi żuczkami, mimo to bardzo regularnie i od dłuższego czasu prowadziliśmy blogi. Nie mieliśmy jeszcze dużych widowni, ale dzięki systematyczności, wysokiej jakości treści, a także dzięki linkom otrzymywanym od innych stron nasze domeny były dość mocne. Mieliśmy już zadowalająco dobry współczynnik DA (domain authority), a odnośniki wychodzące ze stron o lepszym niż przeciętny DA (czyli jakieś 25 – możesz sprawdzić swój DA na stronie http://www.seoreviewtools.com) przedstawiają już znaczącą wartość dla klienta.
W uproszczeniu: dzięki naszym linkom strona klienta mogła znaleźć się wyżej w wynikach wyszukiwania. Już nie pamiętam, co promowano na danej stronie, ale pewnie jakąś usługę, telefon czy coś w tym stylu. Jeśli firma będzie wysoko w Google’u, znacznie wzrośnie szansa, że ktoś trafi do niej bezpośrednio z wyszukiwarki. A gdy przyjdzie, to być może się zainteresuje i kupi usługę. A jeśli będą to setki osób na przestrzeni miesięcy? To firma zrobi naprawdę dobry biznes na relatywnie niedużym wydatku na nasze blogi.
Tak zarobiłem swoje pierwsze realne pieniądze na blogu. Do dziś pamiętam, jak wpatrywałem się w moje konto bankowe i nie mogłem uwierzyć, że ktoś zapłacił mi tyle za coś, co kocham robić. Praca ciągle jeszcze kojarzyła mi się z czymś, co nie do końca lubię robić. Z miejscem, gdzie raczej idę z musu niż chęci – dla zarobku, a nie przyjemności. A tutaj nagle bach! 1300 zł na koncie.
Tak naprawdę w około 80% przypadków to właśnie sprzedaż linków jest pierwszą współpracą komercyjną. Przepytałem kilkunastu znajomych zarabiających na blogach i większość wskazała na linki jako pierwsze źródło przychodu. Jedni zarobili 300 zł, inni 600 zł, a jeszcze inni – 1500 zł. Jedni linkowali w starych postach, inni (jak ja) zgodzili się stworzyć artykuł od nowa. Jedni byli silniejsi w wyszukiwarce, inni zaoferowali dodatkowo reklamę w mediach społecznościowych czy newsletterze itd. Jak zawsze – nie ma reguły.
[...]
Po omówieniu poszczególnych rodzajów formatów podróżniczych filmów, czas na potrzebny sprzęt, programowanie i muzykę. Jednak zanim, jeszcze kilka słów o jakości. Temat filmowania i postprodukcji jest bardzo obszerny i powstają o tym całe kursy, warsztaty i książki, jednak mimo wszystko chciałbym zawrzeć kilka podstawowych rad, które mogą Ci pomóc na początku podnieść znacząco jakość swoich produkcji. Może w punktach:
[...]
Kooperacja z markami to w większości przypadków influencerów najbardziej dochodowa współpraca blogowa. Jakie są to pieniądze?
Moje umowy o poufności zabraniają mi mówić o dokładnych kwotach konkretnych kampanii, jednak postaram się nieco zarysować Ci skalę na kilku przykładach. Przedstawię parę zestawów świadczeń z rozróżnieniem na dany okres mojego blogowania.
Po pierwszych trzech latach, kiedy bloga czytało już 10 000 unikalnych użytkowników miesięcznie i obserwowało 15 000 osób w mediach społecznościowych stawki wyglądały tak:
Obecnie, kiedy czyta mnie średnio 75 000 unikalnych użytkowników miesięcznie i obserwuje 90 000 osób w mediach społecznościowych i newsletterze, stawki kształtują się następująco:
Są to oczywiście wartości orientacyjne, do tych zestawów czasem dochodzi bowiem także dodatkowe świadczenie: kolejne posty, zdjęcia na wyłączność, post na stronie firmy, wykorzystanie wizerunku we własnych działaniach promocyjnych marki, zorganizowanie konkursu lub poinformowanie o nim i wiele innych.
Mam nadzieję, że da Ci to jakiś obraz i być może pomoże wycenić własną współpracę. Nie sugeruj się jednak tymi liczbami bardzo, ponieważ mam jedne z wyższych stawek w blogosferze podróżniczej, a to dlatego, że wolę nawiązać jedną większą współpracę w miesiącu za 11 000 zł niż trzy małe za 3500 zł. Nie mówię, że odwrotna filozofia jest zła, ale tak sobie przyjąłem i na razie udaje mi się trzymać tych założeń.
Z pewnością jeszcze więcej niż na pisaniu tekstów, jednak to też nie jest regułą. Trzeba ustalić, czy mówimy o produkcji wideo wraz z dystrybucją (czyli z generowaniem zasięgu), czy o tworzeniu samego wideo, które później oddajemy do użytku własnego klienta.
W pierwszym przypadku, przy zasięgach i jakości takich jak moje, możemy mówić o kwotach zaczynających się od 8000–10000 zł, a kończących na kilkunastu tysiącach. Zakres ten obejmuje najczęściej koszty wyjazdu w celu zebrania materiałów (na terenie Polski), stworzenie filmu, a także jego promowanie na kanale, blogu i w mediach społecznościowych. Jeśli z kolei jesteś w stanie wygenerować całościowy zasięg idący w setki tysięcy, to spokojnie możesz zarobić na produkcji takiego podróżniczego filmu nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych za jedną kampanię.
Warto jeszcze wspomnieć o tym, jaką i skąd brać muzykę, aby nie narobić sobie problemów. Muzyka, jak każdy inny utwór, jest obwarowana prawami autorskimi, za których złamanie słono się płaci. Istnieje jednak szereg miejsc, w których można kupić muzykę za nieduże pieniądze albo nawet znaleźć za darmo. Ja korzystam z kilku źródeł.
Jeśli robisz niekomercyjne filmy, na YouTubie możesz użyć w nich tak naprawdę dowolnej muzyki – nawet tej komercyjnej, obwarowanej prawami autorskimi. Oczywiście zawsze lepiej jest mieć bezpośrednie pozwolenie autora, jednak YouTube ma podpisane z wieloma wytwórniami muzycznymi umowy, dzięki którym od osób „kradnących” dany utwór egzekwuje wynagrodzenie dla autora. Dokładniej mówiąc, przychód z reklam z filmu, w którym użyłeś danego utworu nie idzie do Ciebie, a do autora muzyki. Jeśli wykorzystasz taki utwór, z automatu otrzymasz powiadomienie, że wpływy z reklam otrzyma autor utworu, i nic więcej z tym tak naprawdę nie musisz robić i w większości przypadków wideo to będzie wyświetlane bez jakichkolwiek obostrzeń.
Jeśli jednak chciałbyś na reklamach zarabiać, musisz zatroszczyć się o utwory z licencją CreativeCommons (CC BY 4.0), które to można używać gdziekolwiek i jakkolwiek zechcesz. Nawet w produkcjach komercyjnych. Jedyne co trzeba zrobić, to odpowiednio oznaczyć autora. Więcej informacji na stronie CreativeCommons.org
Utwory takie można znaleźć w bibliotece Youtube. Do wyboru jest dużo różnych gatunkowo utworów, jednak w tym przypadku zazwyczaj ma się do czynienia z dość kiepską muzyką, nadającą się co najwyżej do krótkich wstawek vlogowych. Nie wyobrażam sobie tworzenia w oparciu o zawarte tam utwory całych filmów, a tym bardziej filmów komercyjnych. Utwory z taką licencją można znaleźć można też na stronie soundcloud.com. Wystarczy wejść z lewej strony w track > to listen to -> to share, uprzednio wyszukując jakąś frazę np. „rock”. Na soundcloud.com dobrze jest też porozumieć się z niszowymi twórcami muzyki, którzy tworzą czasem naprawdę dobre utwory i chętnie udostępniają je nawet do komercyjnych projektów często bezpłatnie, w zamian za podpisanie autorstwa. Utwory z licencją CC znajdziesz też na stronie dig.ccmixter.org
Jeśli zaś robisz film typowo komercyjny, przy współpracy z jakąś marką, firmą, organizacją turystyczną itp. to szukając utworu musisz obowiązkowo zadbać o pełne prawo do wykorzystywanej muzyki. Jeśli użyjesz muzyki do użytku komercyjnego z wyżej wymienionych, problem masz z głowy. Jeśli jednak nie znajdziesz zadowalającego Cię tam utworu, musisz poszukać na stronach z muzyką do użytku komercyjnego jak np. premiumbeat.com, musicbed.com , marmosetmusic.com , artlist.io, audiojungle.net lub epidemicsound.com Tam przy zakupie koniecznie zwróć uwagę na rodzaj licencji, która zależy od tego, gdzie ten film będzie dystrybuowany. Część platform rozdziela licencje na kilka rodzajów, gdzie kwoty odstępnego uzależnione są od kanałów dystrybucji (nośniki CD, telewizja, internet itp.), a także czasem od szacunkowej liczby odtworzeń.
Ponadto w filmach dobrze jest, jak już wspomniałem, używać także różnego rodzajów dźwięków urozmaicających film. Dźwięki otoczenia, różne efekty dźwiękowe itd. Najlepszą do tego stroną jest freesound.org. Wystarczy wyszukać po angielsku interesujący Cie dźwięk, np. szczekanie psa (barking) i już masz dziesiątki rodzajów szczekań psów.
[...]
O podpisywaniu umów można by mówić bardzo długo. O ile być może same organizacje turystyczne nie są jakoś wybitnie wymagające co do zapisów w umowie, o tyle współprace z dużymi markami wyglądają już zupełnie inaczej. Umowy takie zawierają czasami tyle detali (czasem bzdurnych i niepotrzebnych), że głowa mała.
Najlepiej będzie, jeśli wypunktuję najważniejsze kwestie, na które należy zwrócić uwagę przy podpisywaniu umowy, a także kilka zapisków, które polecam wyrzucić lub edytować.
Jeśli już nanosisz poprawki, staraj się doprecyzowywać wszystko jak najbardziej. Nie pozwalaj na zostawianie jakichkolwiek uogólnień, niedomówień i furtek do szerszej interpretacji.
Poniżej kilka przykładów zapisków, które próbowano przepchnąć, a które z umów usunąłem:
Zleceniobiorca wyraża zgodę na pominięcie oznaczenia treści będących przedmiotem niniejszej Umowy (jego nazwiskiem jako twórcy tych treści) przy ich rozpowszechnianiu i jednocześnie zobowiązuje się do niepodnoszenia roszczeń z tytułu pominięcia jego oznaczenia przez czas, na jaki licencja została udzielona.
Innymi słowy: jeśli podpisałbym taką umowę, klient mógłby używać moich materiałów gdziekolwiek by chciał w ciągu trwania licencji (tutaj pięć lat), a ja nie dostałbym z tego ani grosza. Normalnym jest, że agencja i klient po to tworzą treści przy współpracy z influencerami, aby później móc je pokazywać w różnych kanałach, jednak sugeruję tutaj doprecyzować, o jakie konkretnie kanały chodzi. Żeby później się nie okazało, że dogadywałeś się na udostępnienie w mediach społecznościowych, a film z Twoim udziałem będzie leciał w telewizji, za co nie dostaniesz dodatkowo żadnego grosza.
Albo coś takiego:
Utwory powstałe w wyniku umowy mogą być modyfikowane i stanowić element innego Utworu powstałego w wyniku działań Agencji X oraz podmiotów trzecich wskazanych przez Agencję. Wykonawca zrzeka się majątkowych praw autorskich dotyczących stworzonych Utworów.
Jest to bardzo szeroka furtka. Z fotografii mających stanowić tylko część wpisu i z fragmentów filmu, który miał być wyłącznie filmem reklamowym używanym tylko na moim kanale, agencja mogłaby stworzyć coś zupełnie innego, nowego – nawet własne wideo promujące całkowicie inny produkt, wspierający inną kampanię. Firma mogłaby też przedrukować zdjęcia albo użyć ich w innego rodzaju reklamach. Od razu doprecyzuj takie fragmenty, a najlepiej wyrzucaj. I broń Boże nie zrzekaj się żadnych majątkowych praw autorskich!
Bloger udziela pozwolenia na wykorzystanie i dystrybucję (a także na utrwalanie i zwielokrotnianie, w całości lub we fragmentach, dowolną techniką bez ograniczeń co do ilości i wielkości nakładu) swojego wizerunku oraz imienia i nazwiska w działaniach marketingowych na wyłączność na rzecz marki X.
Kolejne ogromne uogólnienie. Na dobrą sprawę zapisek ten mówi tyle, że firma może zrobić z moim wizerunkiem cokolwiek, co będzie wiązało się z konkretną akcją. Mogłaby udostępniać moją twarz oraz imię i nazwisko w swoich kanałach, na banerach, w mediach społecznościowych, a nawet na bilbordach, w metrze czy gazecie. Trzeba koniecznie uściślić taki zapisek i wyszczególnić miejsca wykorzystania wizerunku, a jeśli uzna się, że są zbyt szerokie – odpowiednio negocjować stawkę.
Wykonawcę obowiązuje zakaz konkurencji, polegający na niepromowaniu i niereklamowaniu produktów i usług z konkretnej branży w trakcie trwania kampanii i 6 miesięcy po jej zakończeniu.
Tego typu obostrzenia znajdują się w umowach bardzo często. Nie jestem ich fanem, gdyż skąd mam wiedzieć, czy po pięciu miesiącach od rozpoczęcia kampanii nie otrzymam innej, świetnej, dużo bardziej opłacalnej propozycji współpracy? Zazwyczaj albo proponuję jeden miesiąc, albo wyceniam odpowiednio wysoko przedłużenie takiego zakazu do trzech lub sześciu miesięcy. Bywa, że podnoszę cenę ogólną nawet dwu- lub trzykrotnie, co skutecznie zniechęca agencje do forsowania takiego zapisku. Polecam i Tobie takie postępowanie.
To tak naprawdę tylko przykłady różnych dziwnych adnotacji w umowach. Można by spokojnie napisać o tym osobną książkę. Najbardziej zależało mi na zwróceniu Twojej uwagi na dokładne czytanie i analizowanie umów.
Pamiętaj również, że zawsze możesz udać się z taką umową do prawnika, który dokładnie wyjaśni Ci, jakie konsekwencje mogą nieść za sobą konkretne paragrafy, a także sprawdzi, czy umowa czasem nie jest niezgodna z prawem.