Rowerem w Dolomitach. Upału ciąg dalszy.

W nocy co jakiś czas jeździły auta, przelatując z impetem przez metalowy mostek, nie przejmując się, że obok ktoś próbuje spać. Nie spodziewałem się dzisiejszego dnia, aż takiego skwaru. Temperatura w okolicach 32 stopni – chmur brak. Trasa zapowiada się dość męcząca, ale za to widoki nie dużo gorsze niż dnia wczorajszego.Po uzupełnieniu zapasów w Lidlu udałem się w stronę Włoch i od razu na początek parę kilometrów konkretnego podjazdu.Po kilku godzinach dojeżdżam do Lienz, ostatniego wielkiego miasta przed granicą . Nic specjalnego więc jak najszybciej z niego wyjeżdżam i zatrzymuję się przy rzece, gdzie musiałem nadrobić zaległości z higieną osobistą. Woda lodowata, pewnie temperatura nie dużo większa od zera. Kąpiel była raczej symboliczna bo i przyjemność z niej płynąca wątpliwa…

Nastały godziny wczesnopopołudniowe. Długi i męczący podjazd. Nie da się w ogóle jechać. Zbawieniem przed słońcem okazał się przystanek gdzie musiałem odpocząć na dłuższą chwilę. Spało się całkiem przyjemnie, kiedy to trąbiący tir o mało nie przyprawił mnie o zawał serca. Drugi raz już zasnąć nie umiałem, więc zacząłem się toczyć dalej. Swoją drogą kto wie kiedy bym się obudził gdyby nie ten klakson. Przejście graniczne z Italią nie zrobiło raczej na mnie wrażenia. Zreszta pewnie na nikim kto właśnie tam przekraczał granicę. Można śmiało powiedzieć, że pierwsze wrażenie jakie zrobiły na mnie Włochy było beznadziejne… brudne i spalone budyneczki bez jakiegokolwiek żywego ducha wokoło. Na szczęście pierwsze miasteczko, parę kilometrów dalej zebrało znacznie lepsze noty. Na uwagę zasługiwał kameralny rynek, a przede wszystkim Włoszki. Przez ten cały czas kiedy jechałem rowerem przez Austrię, nie widziałem tyle ładnych dziewczyn co na tym jednym rynku.

Przejście graniczne Włochy Austria Włoskie Alpy dolomity Dolomity Włoskie

Następnie jechałem drogą między obustronnymi masywami górskimi, coś na kształt wąwozu. Melduję się w dolomitach – naprawdę urocze. Prosta droga, ruch nie za duży. Tak aż do Cortina D’ampezzo – centrum Dolomitów. W Cortinie trochę pobłądziłem zanim znalazłem odpowiednią drogę na przełęcz. Na tyle zajęło mi to czasu, że kiedy zacząłem wspinać się na kolejny stromy podjazd słońce zaczęło się chować za pobliskimi górami. Zrezygnowałem. Zjechałem kawałek i zacząłem pytać o miejsce do spania. Pewna kobieta pokazała mi miejsce gdzie mogę się rozbić. Nie musiała mnie długo przekonywać ponieważ polana była pięknie położona. Był to zdecydowanie najlepszy nocleg na całej wyprawie. Świetny widok na miasto i góry w tle. Za mną, przede mną – wszędzie!

Piękne miejsce. Do późna było słychać dziwnie przyjemny gwar dochodzący z miasta. Przygotowywanie kolacji umilały także ledwo słyszalne orkiestry dęte. W mojej głowie niestety rozgrywała się walka nad dalszą – jutrzejszą trasą. Z jednej strony planowałem jechać dalej na zachód w stronę przełęczy Passo dello Stelvio, z drugiej była też możliwość jechania na południe do Wenecji. Do wyboru była perspektywa kolejnych podjazdów (najbliższy ~15km 10%) lub też ciągły zjazd i prosta droga aż do Adriatyku. Zmęczenie po wczorajszym i dzisiejszym dniu trzymało mnie na tyle, że postanowiłem zdecydować o tym jutro. Dziś już nie ma sensu sobie zaprzątać głowy przy takich widokach! :)

A skoro jesteśmy już w Italii, to zapraszam też na rower nad Jezioro Garda.

fotki:

Shashin Error:

No photos found for specified shortcode

Dzień 10. 103km. 7h08min. 14.05km/h

Podobało się? Zostań na dłużej!

Informacje o nowych treściach wprost na Twojego e-maila. Bez spamu!
Dołącz do ponad 200 000 obserwujących osób i zgarnij jednorazową mega promocję na moje książki!

1 komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.