Deszcz, skwar i pierwsze strome przełęcze alpejskie

Tadam! Właśnie mija tydzień od wyjazdu z domu… kto by rok temu pomyślał, że będę jechał przez Alpy rowerem, a co dopiero samemu. Otwieram namiot, tropik jak co dzień cały przepocony. Patrzę w niebo a tu piękny błękit… nie spotykany raczej u mnie na śląsku (‚cudze chwalicie swego nie znacie’?). Słońce coraz bardziej wychylając się zza sąsiedniego szczytu. Będzie super dzień. Zaopatrując się jeszcze w pobliskim domu w wodę radośnie jadę dalej.

Dzisiaj czekają mnie dwie przełęcze średnich (jak na alpejskie standardy) rozmiarów. Jedna 969 m.npm i druga 1370 mnpm. O pierwszej z średnim nachyleniem 10% mogę śmiało powiedzieć, że nie była najcięższa. Druga za to dała mi się strasznie we znaki. Kilkunastokilometrowy podjazd przy 30stopniowym upale nie można zakwalifikować do tych łatwych. Pomijając już fakt, że nie miałem zbyt dużo jedzenia, a kupić też nie było gdzie. Ubzdurałem sobie, że zakupy zrobię w jakimś Lidlu czy innym markecie, ale się przeliczyłem.

Pogoda była dość zróżnicowana. Do godzin południowych było bardzo parno, to też około 13 zaskoczyła mnie burza. Jechałem dobre kilka kilometrów zanim znalazłem jakiś przystanek. Znowu wkurzony mokrymi ciuchami skorzystałem z chwili wymuszonej przerwy i ugotowałem sobie jakąś zupkę na szybko. Burza jak to burza po 15min przeszła to też mogłem powoli ruszać. Na wszelki wypadek już w sandałach co by nie przemoczyć w miarę suchych jeszcze butów.

Chwile potem byłem już w Bischofshofen i zabierałem się do wcześniej wspomnianej stromej przełęczy.Widoki były przednie. Góry wyłaniały się zza każdego zakrętu. Coraz większe masywy z pięknie wkomponowanymi chmurami wokoło nich. Niestety zachwyt przeminął z pokazaniem się tabliczki 3,3km 15%. Wysiadłem. Musiałem się ratować parę razy lekkim pchaniem i chwilami odpoczynku. Na szczęście podjazdy nie trwają wiecznie.

bischofshofen miasto Austria podóż rowerowa Alpy rowerem pejzaż Alpejskie podjazdy Austria

Na koniec dnia, tak jak sobie założyłem docieram do Zell am see. Miasto mi się nie spodobało. Zbyt turystyczne jak dla mnie. Kiedy wjeżdżałem do niego było już dość późno bo po 20. Jechałem z nadzieją znalezienia noclegu na gospodarza i tak po 1,3 godzinnym kręceniu się, szukaniu i w końcu objechaniu całego jeziora nic nie znalazłem. Musiałem zawitać na kemping i wybulić 14 Euro (słownie CZTERNAŚCIE!) w tym 3Euro za rower, jak by to zajmował nie wiadomo ile miejsca. Na szczęście na kempingu była grupa Polaków na motorach, a dokładnie odpoczywających na urlopie od swoich żon kolesi, w okolicach 30stki. Pogadaliśmy dość długo, otrzymałem kilka batonów Grześków z Polski i zupek chińskich. W międzyczasie już po zmroku, kiedy gdzieś tam razem siedzieliśmy, przyszła kolejna burza, która nie pominęła niestety mojego niezamkniętego namiotu. I tak dobrze, że nie został zdmuchnięty…
dobranoc ;]

Dzień 7. 121km. 8h02min. 15.15km/h

poprzedni wpis
następny wpis
 

Podobało się? Daj lajka!

 
 
 

Komentarze (0):

Dodaj komentarz