Bajeczna inwersja w ALPACH. Austria bez planu (i pięknymi widokami!)

Jak Wam leci początek jesieni? U nas strasznie leniwie. Do tego stopnia, że dopiero 2 tygodnie po powrocie z alpejskiego urlopu wziąłem się za montaż filmu z trekkingu. Ale w sumie na dobre wyszło, bo mogłem sobie co nieco powspominać :DJest to pierwszy, pełen film z tego wypadu. Drugi będzie z Dolomitów, jednak austriackie Alpy wcale nie są gorsze. Mocno zapraszam do oglądania.

Pokręcimy się dziś po Styrii i Górnej Austrii. Dokładniej mówiąc po Kalkalpen, czyli Północnych Alpach Wapiennych, a także po okolicach Ausseerland (Szczyt Loser) gdzie miał miejsce najlepszy wschód w tym roku. Będą dwa trekkingi, biwak z widokiem na inwersję, kajaki i wycieczka rowerowa (no nie do końca, ale o tym już w filmie :D).

Miłego oglądania i koniecznie dajcie znać co sądzicie! :)

A poniżej transkrypcja jeśli ktoś chce poczytać! Można też odpalić napisy w filmie.

Cześć! Tutaj Karol Werner z Kołem Się Toczy. Zapraszamy na odcinek z Austrii.

I będzie to dość specyficzny odcinek bo wyjazd w Aply jest pierwszym od bardzo dawna, który jest w 100% improwizowany. Mieliśmy jechać do Hiszpanii, ale chwilę przed wylotem rząd zmienił nam plany. Potem miała być Słowenia, ale tam też się pozmieniało.  No i Austria przyjęła nas z otwartymi rękami. Także szlak Domolity, ale to już będzie w kolejnym odcinku.  Tymczasem zapraszam na Austrię taką troszeczkę bez planu.  Tutaj dwa kadry z Dolomitów jako przedsmak kolejnego odcinka, a my lecimy z nie mniej widokową Austrią.
Będziemy kręcić się po regionach takich jak Stryria i Górna Austria. Pokażemy je Wam z poziomu trekingu, kajaka oraz mało górskiego roweru. Nie mniej na nic nie mamy większego planu więc ten odcinek będzie mniejuporządkowany, mniej dynamiczny no i mniej spójny niż wszystkie inne.
No dobrze. Czas zacząć improwizację więc zaczynamy od Kalk Alpen, czyli Północnych Alp Wapiennych. Takie tam małe urodziwe pasmo górskie idealne na jednodniowy treking.

-A oto spakowana na wczasy, jakby co najmniej 10 osób jechało.

-Tu idziemy. Hoster Nicck.

-O najlepsza trasa w Austrii. Oznaczona flagą Austrii.

Cóż za wyszukany żarcik. Drepczemy tak sobie w ciszy spoglądając w niebo z nadzieją, że jeszcze nie zanosi się na deszcz.

Północne Alpy Wapienne

Północne Alpy Wapienne przypominają mi Słowacką Małą Fatrę jednak są znacznie bardziej męczące. Przynajmniej dla mnie w ten po weekendowy dzień. Po 3 godzinach wchodzenia po schodach do góry wyjątkowo mam już dość. Co raczej nigdy wcześniej mi się nie zdarzało.

-Austriacy, którzy mówią „zdrastfujtie”
– Tak powiedzieli Ci?
– No nie wiem.
– Każdy co innego gada, nie?

Najbardziej denerwuje mnie, że się zatrzymują i puszczają jak idę do góry. Kiedy zatrzymują się 10 metrów przed nami i presja.

– O kurde. Aż mam miękko na nogach.

– Trasa ta jest efektem spontanicznego działania. Zaplanowana tak naprawdę bez planu. Dzisiaj z rana ją znalazłem. Niby tutaj nie miało padać. A na tej co planowaliśmy miało padać. Tam na górkach.

-A tu się nie urwie ta skarpa?

-Ale much! Czemu tyle much do mnie leci?
– Bo śmierdzisz!
– Wcale nie! Kąpałem się wczoraj!

– Patrz!
– Ładnie.

-Właśnie ogarniam, czy jak już się zastanowię to czy tyle miejsca mi wystarczy na rozpęd by polecieć paralotnią?
– Chyba Cie głowa boli! Ja Ci linki poodcinam z tej paralotni.
– To chyba tym bardziej?
– Nie. W ogóle nie ruszy. Przed startem Ci poodcinam.

–  Postanowiliśmy, że Marta zostawi plecak i pobiegnie na górę. Na ostatnie powiedzmy 200 metrów w pionie. Ja jakoś nie mam parcia. Ja wiem, że moja kondycja ostatnimi czasy troszeczkę pikuje w dół. Ale dziś nie domagam wybitnie. Już tak się męczę. Naprawdę. A chcemy zaraz iść w Dolomitach na 4 dniowy treking z plecakami dużo większymi niż ten kurdupel do, którego nic się nie mieści z sprzętem biwakowym.

No! Także będzie trzeba spiąć tyłki!

Hoher Nock – trekking

No trzeba przyznać, że czasem na spontanie też wychodzą dobre rzeczy. Choć w sumie to są Alpy. Tutaj gdziekolwiek by się nie pojechało, nie poszło będzie pięknie. Zwłaszcza dla przybyszów z płaskiej jak naleśnik Polski. Oczywiście nie hejtuje. Naleśniki są spoko. To tutaj to Hoher Nock czyli najwyższy szczyt tej części Alp Północnych Wapiennych. Liczy sobie niespełna 2000 metrów i na taką jednodniową wycieczkę wydaje mi się być idealną opcją. Tylko jednak wyjdźcie nieco wcześniej w góry niż my o 12tej.

I proszę państwa na zejściu, chciałem powiedzieć zjeździe, ostatnie promienie słońca na ostatnie 3 dni. Tak, ma padać przez najbliższe 3 dni. I będzie padać.

– Dysczu nie bedzie!
– Baco dyscu nie bedzie?
– A yo gadam, ze bedzie dysc!

Hallstatt czy warto?

Czasem nawet i baca się myli, ale to nie jest duży problem. Poszukamy sobie innych, mniej dyscowych miejscówek. W góry sobie jeszcze wrócimy i to z namiotem. A teraz zapraszamy do jednego ponoć bardzo znanego miasta Hallstatt.

– Hallstatt jest znane w świecie spoza niesamowitej architektury znane jest z tego, że znajduje się tutaj, a raczej znajdowała najstarsza kopalnia soli na świecie. Wydobywała sól tutaj od 7 tysięcy lat. No i oczywiście od wielu pokoleń sól tutaj była głównym sposobem na życie. Głównym sposobem zarobku. Oczywiście do czasów współczesnych, gdzie po kopalni nie ma już śladu. Zostało tylko muzeum. Aktualnie większość ludzi żyje z turystyki. Jeśli chodzi o turystów to miasto spodobało się Azjatą. Głównie chińczykom. Tak bardzo, że postanowili skopiować i zbudować identyczne miasto u siebie dając na to 980 milionów dolarów o ile dobrze pamiętam. Żeby tak trochę zachować pozory i nie zostać posądzonym o plagiat  ponoć stworzyli rynek w lustrzanym odbiciu. Żeby nie było. Serio! Nie ściemniam. Tutaj macie dowód.

A nasza wizyta w Hallstatt to jest jeszcze lepszy przykład nie ogarnięcia miejsc po drodze podczas tego wyjazdu bo dopiero po przejechaniu Hallstatt autem mijając znaki infomujące o końcu miasta zapytaliśmy siebie, czy to czasem nie jest TO Hallstatt. No i dopiero wtedy wróciliśmy.

– A jeśli chodzi o Górną Austrię to znana jest z tego, mam nadzieję, że jest znana z tego, że ma taką samą flagę jak my.

Ładne jest Hallstatt. Z resztą jak cała okolica. Jednak szybko nudzą się nam miasta dlatego uderzamy w góry Górnej Austrii.

Loser trekking i nocleg

Strasznie przez te ostatnie miesiące stęskniłem się za jakimś widokowym noclegiem pod namiotem w górach dlatego też, aby skrócić sobie treking z ciężkim plecakiem podjeżdżamy sobie bardzo widokową trasą co się zwie Loser Panoramastrasse.

– No i sprawy mają się następująco. Na nocleg idziemy w góry. Jesteśmy w bardzo pięknej okolicy. Od dwóch dni pada. Góra nazywa się Hohanger. Jest tam. A kolejna obok to jest Loser. Prowadzi do niej bardzo fajna  Loser Panorama Strasse, którą pokaże Wam jutro jak już będzie pogoda. Bo ma się rozpogodzić. Bo na górze ma być naprawdę ładny widok.

Mamy nadzieję, że będzie troszeczkę taka inwersja jak w Czarnogórze. Namioty spakowane i idziemy szukać płaskiego miejsca pod namiot.  Trasa na górę nie jest długa bo około godziny, ale dość męcząca i niebezpieczna w taką pogodę. Są dość strome momenty  gdzie trzeba nawet się podciągać i strasznie uważać na tych śliskich stopniach zwłaszcza mając takie duże i ciężkie plecaki.

-I co baca? Dyscu nie bedzie?

– Zamknij to okno bo wleciały mgły!

I chyba mamy miejscówkę. Szału ni ma ,ale przynajmniej płasko. Byliśmy na górze i nima warunków.

No i po raz kolejny przeczucie co do inwersji nas nie zawiodło. Bez śniadania wychodzimy z namiotu. Pakujemy tylko po batonie. Kuchenkę  wraz  z  kawą i idziemy na wschód słońca w kierunku szczytu Loser.

– Będzie tam jakiś widok z drugiej strony?
– Widok na moje zęby. I języczek.
– Troszę się wywietrzy.

– Paralotnią byś wyleciała tędy?
– Nie no. Nie zmieściła bym się.
– Musiała byś rozłożyć dopiero za. Idziemy bo wschód czeka.

– Chcieliśmy się pochwalić naszym nowym patentem z Rossmana. Szampon do kawy.
– I potem będziemy myć włosy tym szamponem?
– No jak Kleopatra.
– Ona używała mleko. No faktycznie.
– Z fusami. Najlepsze. Ale śmieszne.

– W ogóle ta chatka gdzie piliśmy herbatkę. Coś pięknego. Tam sobie ktoś prund pociągnął. Taka chatka. Zobaczcie. Komputerek. Laptopik i można montować filmy. I najważniejsza informacja jest taka, że LTE  było. No. Nie no dobra. To nie jest takie konieczne. Ale tak montujecie sobie filmik albo coś piszecie. Wychodzicie sobie do kibelka  a tu taki widoczek. Ale w sumie mamy farta do tej kurcze inwersji. Nie?
– No.
– A która Ci się bardziej podoba?
– W Czarnogórze była nie spodziewana. Tutaj się spodziewaliśmy.
– No. Tu wiedzieliśmy, że będzie inwersja.
– No tam w Czarnogórze się przecież prawie cofnęliśmy 100 metrów przed.
– Jak ktoś nie widział odcinka z Czarnogóry to koniecznie wbijcie bo fajny jest.
– No tutaj też jest fajnie, ale już na dole w mieście wiedzieliśmy, że ma być już, że mają być chmury, mgła, a na szczycie nie. Tak sobie wykminiliśmy.

– A tutaj jest ta chatka.

– Mówiąc szczerze tam gdzie się rozbiliśmy z tym namiotem to szału ni ma a tutaj takie polanki. Tylko nie mieliśmy już czasu wczoraj. W tej mgle tak iść to trochę niebezpiecznie. A tutaj patrze. Patrz tutaj byśmy się walneli. Na samym szczycie.

-Najwyższy szczyt nazywa się Lover. Nie, nie. Jak on się nazywa? Loser.

– Tutaj na tym drewienku byśmy się rozbili.

– Jaka trawka! No to tutaj było by na namiot najlepiej./
– Jaka trawusia!

– Ja uważam, że nocowanie pod namiotem nie powinno być zabronione w takich miejscach. O ile nie zostawia się żadnego syfu. O ile zostawia się miejsce takim jak się spotkało to powinno być dozwolone. Swoją drogą w Austrii można spać na dziko bez namiotu, a nie można z namiotem. Trochę to bez sensu.

– Widmo Brockenu. O tutaj Brocken.

– No patrz! Tutaj jest jakiś zeszyt. A nie mamy długopisu. A nie patrz! Jest długopis. Wszystko przemyśleli.
– Co namalowałaś inwersję?
– No!
– No kurcze jak ulał! Wszystko identico.
– Jak pięciolatka.

–  A już miałem tutaj nie iść.
– I kto Cie zmusił?
– Sam się zmusiłem.
– No przyznaj, że ja jestem taka wredna baba.
– No nie.

– Stoi nasz namiocik? Stoi! Tu!

Na koniec rower w Austrii

No przyznajcie, że wschód siadł nam całkiem dobrze.  W sumie był to najfajniejszy wchód w tym roku. Pakujemy się i jedziemy w dół drogą Loser Panorama Strasse, która na zjeździe prezentuje się znacznie lepiej niż wczoraj i w końcu można się nieco rozejrzeć po okolicy. Kierujemy się w stronę kolejnych gór, jezior i rzek no bo trzeba w Austrii jeszcze zobaczyć. Tym razem jednak się rozdzielamy bo Marta idzie na kajaki górskie, a ja mam za małe cojones na takie zabawy to wybieram się na stary poczciwy rower. W końcu trzeba troszeczkę na nim pojeździć skoro targałem go aż z Polski, a znalazłem kilka naprawdę fajnych tras i podjazdów w okolicy.
– Powiem Wam co jeszcze mega mi się podoba w Austrii to ta ich trawka. Ja nie wiem, czy oni mają jakieś dopłaty do tego żeby trawka była równo przystrzyżona. Ale naprawdę tam gdzie nie ma lasu to jest trawa, że można by spokojnie otwierać kemping, albo pole golfowe.

– A co to? Rzymski akwedukt do transportu wody, czy co?

–  Właśnie sobie zdałem sprawę, że to Wy oglądacie ten kanał między innymi dlatego żeby czegoś się dowiedzieć, a ja się Was pytam co to jest. No i nie sprawdziłem bo się tego nie spodziewałem po drodze. Możecie dać znać w komentarzach. Będzie mi bardzo miło.

– Tak sobie jadę i jadę i znowu akwedukt. Jednak teraz już nie będzie niedomówień bo jest wejście i sobie sprawdzimy. Czy to faktycznie jest akwedukt.
– Proszę ja Was to jest …. nie mam pojęcia.
– Słuchajcie doczytałem i wierzcie albo i nie, ale to faktycznie te wiadukty to jest system zaopatrzenia Wiednia w wodę. Historia jest taka, że w XIX wieku, na początku XIX wieku stwierdzono, że studnie wiedeńskie nie są w stanie zaopatrzyć wszystkich obywateli w wodę i co zrobiono to pociągnięto rurociąg z wodą z samiuśkich Alp do stolicy Austrii. Z miejsca, w którym aktualnie się znajdujemy, czyli Wild Alpen do Wiednia jest sto, ponad sto kilometrów w linii prostej. I co ciekawe system ten działa tak, że woda jest transportowana do Wiednia bez użycia pomp. Czyli jak się domyślacie to wszystko jest zrobione grawitacyjnie. Z samych Alp rura ta leci leciutko cały czas w dół co tłumaczy też fakt istnienia tych widoków no bo rura nie leci wtedy doliną, ale leci na przestrzał przez góry tymi wiaduktami żeby właśnie czasem nie było tych różnic wzniesienia i żeby woda była w stanie spokojnie dopłynąć do Wiednia.

No i powiem Wam, że to by było na tyle z oglądania okolicy i pokazywania Wam Austrii. Obudziłem się rano z tak cholernym bólem pleców, że nie jestem w stanie się schylić. Nawet buta zawiązać. I kurde chciałem jeszcze tutaj pojeździć. Zabrałem rower specjalnie, a przejechałem tylko taką małą traske właściwie w około miejscowości. Dzisiaj miałem jechać na taki cały dzień. 1600 metrów. Taki fajny podjazd. Taki plato. Takie ładne widoczki i dupa. Jestem tak zły. Ale kurde naprawdę nie dam rady. Nie jestem w stanie ruszyć się dzisiaj. W nocy się nawet popłakałem z bólu. Kurde trzymajcie kciuki w ogóle bo jutro jedziemy już w Dolomity na trekking 5 dniowy i nie widzę na tę chwilę siebie z kilkunasto-kilogramowym plecakiem. Tak inaczej kończymy ten odcinek. Trzymajcie się i do następnego. Pozdro!

Podobało się? Zostań na dłużej!

Informacje o nowych treściach wprost na Twojego e-maila. Bez spamu!
Dołącz do ponad 180 000 obserwujących osób i zgarnij jednorazową mega promocję na moje książki!

6 komentarzy

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *