Jak się podróżuje po Iraku? Znakomicie!

Z bólem serca opuszczamy Iran. Moglibyśmy jeszcze chwilę zabawić, bo wiza jest ciągle ważna, jednak jak już mówiłem niczym korporacja mamy swoje terminy, musimy się ich trzymać i ciągle się przemieszczać. Przed nami jednak Irak z jego kurdyjską częścią autonomiczną i aż umieramy z ciekawości co tam za szlabanem granicznym na nas czeka. Wielka chwila. Nawet umyłem rower na tę okazję wczoraj – pierwszy raz od miesiąca.

Z myślą o naszych fanach wstajemy ciut wcześniej niż zwykle, ale jak się okazało wcale niesłusznie, bo mieliśmy dzisiaj zdecydowanie mniej kontaktów z ludźmi niż wczoraj. Nasz ostatni irański gospodarz zrobił nam sporą niespodziankę. Kiedy my zabieraliśmy się za konsumowanie resztek chleba lawasz, wszedł do naszej kanciapy w rękach dzierżąc ogromną, metalową tacę, a zaraz u jego boku stała ciekawska córeczka z termosem czaju, który wielkością niemal dorównuje jej samej. Taca wypełniona była po brzegi świeżym chlebem, dżemem marchwiowym w jednym półmisku oraz dziwną jogurtową zawiesiną w drugim. Była ona tak ogromna, że niemal nie mieściła się w drzwiach, a my zaś byliśmy w tak wielkim szoku, że z wrażenia opadła nam szczęka…

Do granicy z Irakiem mamy zaledwie kilkanaście kilometrów i wszystko byłoby ładnie i pięknie, gdyby droga nie pięła się tak bezczelnie ku niebiosom. Odcinek z Piranshahr do przejścia granicznego jest bardzo ruchliwy i niedługo myśląc zabieramy się za łapanie stopa. Zatrzymujemy się na poboczu, w strategicznym miejscu – zaraz na początku podjazdu. Pierwszy kierowca, który zareagował na nasze nieskoordynowane machanie, usłyszawszy o tym, że nie mamy pieniędzy, parsknął śmiechem i pojechał dalej. Następny, nieco młodszy od poprzedniego, kiedy już prawie pakowaliśmy rowery na pakę stwierdził nagle, że boi się policji i jednak nas zabrać nie może. Po kilku minutach zatrzymuje się kolejny, ale ponownie powtarza się historia z pieniędzmi, śmiechem i szybkim zniknięciem za pierwszą serpentyną.

Miasto Piranshahr Iran

Czyżby szczęście nas opuściło na sam koniec pobytu w Iranie? Piotrek nastawił się już na kilkugodzinną walkę z podjazdem i nawet już zaczął pedałować w górę, kiedy ja postanowiłem machnąć ten ostatni raz. Standardowo zatrzymał się niebieski Zamyad, a w nim tak samo mocno uśmiechnięty, co niemówiący po angielsku młody kierowca. Ile sił w gardle wołam Piotrka, żeby zawrócił, bo tylko on zna tekst „nie mamy pieniędzy” po Irańsku. W międzyczasie, kiedy ten zjeżdża z powrotem, ja staram się zabawiać jakoś naszego przyszłego kierowcę, żeby czasem się nie rozmyślił. Szczęście po raz ostatni uśmiechnęło się do nas w Iranie i pan kierowca machnął ręką na nasz brak pieniędzy i pomógł czym prędzej zapakować rowery na pakę. Tym razem dzielimy się po połowie – Piotrek trzyma rowery na zewnątrz, a ja ląduję w kabinie, gdzie całą drogę na górę słuchamy kurdyjskiej listy przebojów.

 

Przejście graniczne irańsko-irackie.

Zostajemy wyrzuceni kilkaset metrów przed przepastnym przejściem granicznym, gdzie akurat musieliśmy zrobić małą przerwę, ponieważ z mojej dętki ponownie uszło życie. Pierwsze co rzuciło nam się w oczy na górze, to niezliczona ilość mniejszych i większych ciężarówek i cystern, czekających na swoją kolej. Druga ciekawa sprawa to przemytnicy, szmuglujący przez góry Allah wie co. W pocie czoła noszą na swoich barkach tak ogromne ładunki, że ledwo utrzymują  równowagę, a ci bardziej zamożni wysługują się osłami. Miejsce, w którym przekraczają granicę jest oddalone jedynie o kilka kilometrów od tego oficjalnego i co ciekawe kamienno-szutrowa dróżka, którą przechodzą granicę przemytnicy jest zaznaczona nawet na oficjalnych mapach googla.


Ogólnie mało przyjemne miejsce. Wszędzie pełno ludzi, gwarno, duszno, ciasno. Jadąc z wolna w tumanach kurzu,  przeciskając się przez niezliczoną ilość samochodów i zatrzymujemy się niemal na samym strażniku granicznym. Poważnie wyglądający wojskowy zajął się nami bardzo profesjonalnie. Omijając kolejkę zostaliśmy zaproszeni do budki strażniczej, gdzie po kilku niezbyt skomplikowanych pytaniach otrzymaliśmy wjazdową wizę do autonomicznej części Kurdystanu ważną 15 dni. Opłat brak.

„Flaga na maszt, Irak jest nasz”

Pierwsze metry w nowym kraju nie były zbyt szczęśliwe. Właściwie to nawet nie ujechaliśmy za szlaban, bo na tak zwanej ziemi niczyjej tym razem Piotrek złapał gumę. Nie było sensu jechać dalej, więc się zatrzymaliśmy i kiedy Piotrek walczył ze znalezieniem dziurki w dętce, ja pomagałem strażnikom złapać włóczącego się pomiędzy zabudowaniami granicznymi gołębia. Nie wiem po co im był ten gołąb, ale zabawa była przednia.

Flaga Iracka Kurdyjska Przejście graniczne irańsko-irackie Kurdyjska flaga w IRaku

Irackie pieniądze dinary

Na dzień dobry dostajemy piękny zjazd. Perła wśród zjazdów! Jeden z dłuższych jakimi dane mi było jechać. Bez przerwy z górki, aż do oddalonego o 70 kilometrów miasta Soran. Czysta poezja. Ruch samochodowy niewielki, słońce już tak nie pali. Jedzie się jak w transie, kiedy to po pierwszych 20 kilometrach zjazdu znowu zatrzymuje nas guma. Tym razem znowu moja, co za dzień. Kolekcja łatek wygląda coraz pokaźniej.

Kontrole, kontrole…

Praktycznie co miasto – zarówno przy wjeździe jak i wyjeździe znajdują się posterunki policji. Kontrole co prawda są zazwyczaj tylko przy wjeżdżaniu, a cała procedura ogranicza się do pokazania paszportu, ale i tak bardzo spowalniają i nieźle wkurzają. Czasem zdarza się jednak, że zostajemy zaproszeni na komisariat – tak jak w Choman – zaledwie kilka kilometrów od poprzedniego łatania dętki. Pech chciał, że zatrzymaliśmy się na małe jedzenie zaraz przy komisariacie, leżącym przy głównej drodze miasta. Nawet go nie zauważyliśmy, jednak panowie zauważyli nas i zaprosili na pogadankę. Zanim przeskanowali nasze paszporty i wypytali o wszystko, minęło dobre 30 minut, a to co zjedliśmy chwilę temu już dawno odparowało i ponownie musieliśmy coś przekąsić. Takie marnotrawstwo kalorii…

To był jeden z tych elementów, które mnie najbardziej denerwowały w irackim Kurdystanie. Próbowaliśmy nawet załatwić jakiś papier, żeby nie kontrolowali nas co checkpoint, ale się nie udało. Trzeba było zacisnąć zęby i co chwila się zatrzymywać. Zachciało się podróżować po Iraku.

Priorytety.

Jakby się mogło wydawać, celem numer jeden na dzisiaj wcale nie było przekroczenie granicy z irackim Kurdystanem! No dobra – pośrednio być może było, jednak nie dla samego Iraku tak nam się spieszyło i nie sam Irak tak nas cieszy dzisiejszego dnia. Jak pewnie wiecie w Iranie jest prohibicja, w Iraku zaś jej nie ma i przy odrobinie samozaparcia, gdzieś  na obrzeżach miasta, z dala od jego centrum można znaleźć sklep monopolowy. Ha! Co prawda z reguły sklepy te są słabo oznaczone, pochowane niczym bojówki kurdyjskie w górach, ale jak to mówią – dla chcącego nic trudnego.

Zaraz po wjechaniu do Soran – pierwszego większego miasta – zaczynamy węszyć. Idzie nam niestety nie najlepiej, dzień zaczyna się chylić ku końcowi, a my tylko przepychamy się pomiędzy kolejnymi zabudowaniami, błądząc coraz bardziej. W końcu stojąc na pasach zaczepiamy policjantów. Ładnie, kulturalnie i bez narzucania się prosimy o pomoc i wskazanie właściwego kierunku. Panowie podeszli do sprawy bardzo poważnie i zaraz po tym jak skończyli się śmiać, zaczynają nam tłumaczyć skomplikowaną drogę. Okazało się, że znają się na czymś więcej niż tylko kontrolowaniu, ale na nic się to zdało, bo my i tak pobłądziliśmy. Niby pojechaliśmy dobrze, ale dalej nie możemy znaleźć żadnego sklepu. Po kilku kolejnych kilometrach i przy coraz bardziej narastającym zrezygnowaniu, na środku drogi staje wielka terenowa Toyota, z której wnętrza całkiem niezłym angielskim przywołuje mnie jakiś gościu. Widząc naszą lekką dezorientacje pyta stanowczo czy może nam jakoś pomóc. Drogi Panie! Tak się akurat składa, że tak! Szybko się dogadujemy, kierowca rzuca follow me i po kilku chwilach i paru przecznicach zatrzymujemy się przy małym sklepiku.

Udało się, a teraz taka mała rada dla podobnych nam: monopolowe w irackim Kurdystanie są podobno tylko w chrześcijańskich częściach miast i to nierzadko na ich obrzeżach, wybór w nich jest całkiem pokaźny (kupiłem piwo z Korei Południowej i Jordanu, Piotrek zaś duńskiego Carlsberga i Tuborga), a ceny są bardziej niż przyzwoite! Co ciekawe, w Iraku próżno szukać produktów wytworzonych w Iraku. Nie mam pojęcia z czym to się wiąże (z wojną?), ale próbowaliśmy coś znaleźć i poza jakimś chlebem nic więcej nie było. Są za to produkty z całego świata. Dosłownie! Kupiłem kawę z Syrii, serek topiony z Polski, dżem z Niemiec, makaron ze słonecznej Italii.

Wracając jednak do naszego sklepu. Kierowca wszedł  z nami do środka i kiedy po długich naradach udaje nam się zrobić zakupy (bierzemy jeszcze tureckie chipsy!), ten za wszystko nam płaci. Nie dopuszcza nawet myśli, że my zapłacimy i stanowczo zakazuje nam wyciągania pieniędzy z portfela. Ładnie panu dziękujemy i idziemy się rozglądać za jakimś noclegiem na gospodarza. Jakoś wybitnie nie chce nam się wyjeżdżać poza miasto i szukać miejsca pod namiot – w dodatku zimne piwko z zawrotną szybkością zaczyna się ogrzewać i osiągać temperaturę herbaty.

Rozglądamy się za noclegiem w okolicy naszego sklepu. Tak na wszelki wypadek, przezornie. Po kilku chwilach trafiamy na pewnego miłego pana, który chwilę później zwołuje swoich trzech równie miłych kumpli. Razem tak w cztery osoby sobie obradują, kiedy my w milczeniu czekamy na rozwój wydarzeń. W końcu pada ulubione już przez nas follow me i zgodnie z zaleceniami idziemy za panami, odbijając co chwila w inną dróżkę. Jak się okazuje dostajemy do dyspozycji jakiś pustostan. Budynek dwu piętrowy, przechodzący prawdopodobnie remont, ogrodzony tak jak wszystkie domy w okolicy  wielkim, betonowym płotem. Tak się dobrze składa, że mamy do dyspozycji wodę w wężu, ubikację i trawnik na którym postanawiam się przekimać bez namiotu, czego później żałowałem. Tak dawno nie mieliśmy styczności z komarami, że kompletnie już o nich zapomniałem. Panowie zostawili nas w spokoju, a my poszliśmy na dach naszego domu podziwiać miasto z góry. Z piwkiem oczywiście.

Chwilę później piwko się skończyło, ale jak już wiecie – byliśmy ubezpieczeni. Kilkaset kroków do sklepu, w dłoni zwitek irackich dinarów, szybkie zamówienie, uśmiech sprzedawcy i … znowu moja gotówka została odrzucona. Zacząłem się już denerwować, bo po co ja tyle pieniędzy wymieniłem, skoro nawet ich wydać nie mogę. Nic to jednak nie dało, poległem i na chęciach zapłaty się skończyło. W międzyczasie Piotrek poszedł do innego sklepu na poszukiwanie jajek. Jajeczniczka nam się marzy, taka z prawdziwego zdarzenia – na maśle, pomidorach i cebulce! Okazało się, że nic z tego nie będzie. Piotrek jajka kupił, jednak chwilę później, w komplecie zjawili się także nasi gospodarze, dzierżąc w dłoniach jakąś wielka siatkę. Szanowne ich małżonki zrobiły nam po dwie kanapki, coś w rodzaju kebaba. Tak się objedliśmy, że już nawet patrzeć na jajka nie mogliśmy. Nic się jednak nie zmarnuje, będzie na jutro.  Dzień kończymy na dachu naszego domku. Bajeczny widok. Na odległych wzgórzach mieni się kilka lamp z jakiejś niewielkiej wioski, wokoło cisza, zero samochodów i jedynie całokształt psuje dobiegająca nas z oddali muzyka. A może i nie psuje? Jest fajnie.

Poniżej cały nasz iracko-kurdyjski odcinek.

Karol Werner
poprzedni wpis
następny wpis
 

Podobało się? Daj lajka!

 
 
 

Komentarze (12):

  1. HiltonGdansk napisał(a):

    Świetna podróż, bogata w przygody :) Bardzo ciekawy artykuł, szczególnie zaskakujące miłe nastawienie Irakijczyków do turystów :)

  2. Byłem tu. Tony Halik. napisał(a):

    Wow, świetna przygoda! I chociaż na rowerze jeżdżę okazjonalnie, to prawie czułam ten (ciepły) iracki wiatr we włosach podczas tego długaśnego zjazdu. Pozdrawiam serdecznie i życzę wielu przygód (i mniej gum)!
    Asia z „Halika”

  3. Marta napisał(a):

    Zazdroszczę odwagi. Za cholerę bym się ni odważyła pojechać do Iraku na zorganizowaną wycieczkę a co dopiero tak jak Wy….

  4. Katia napisał(a):

    Jak dobrze czytac opowiesc o zyczliwych ludziach gdzies daleko, w rzeczywistosci, ktora znamy tylko z wiadomosci tv, przekazywanych specjalnie modulowanym zlowieszczym tonem przez paniusie z wytrzeszczem oczu „walki w iraku”, „zginelo iles tam osob od wybuchu bomby”. Tam tez mieszkaja normalni ludzie, ktorzy chca normalnie zyc. Swoja droga ton, w jakim czytaja niektore pipy te wiadomosci, nie wiem czy je tak specjalnie szkola… Dzieki za ten tekst. Az sie chce tam byc.

  5. mateusz napisał(a):

    o co chodzi ze zdjęciem zakrytej polskiej tablicy rejestracyjnej? Super wpis, pozdrawiam!

    • Karol Werner napisał(a):

      Hej! Po prostu ktoś sprowadził samochód z Polski, albo jakiś Polak sprzedał. No i tablica została przebita na tymczasową, albo po prostu właściciel miał lenia i nie zdejmował starej. :) Dzięki!

  6. Robert napisał(a):

    Oj, leniuchy ;) Ten podjazd za Piranshahr, nie jest taki straszny jak opisujesz, do zrobienia w 1,5h.

    Poza to dzięki Twojej i Piotrka relacji zdecydowałem się na odwiedzenie irackiego Kurdystanu i to był widokowy hit mojego wyjazdu! Piękne góry, kaniony takie, że szczena opada, a Amedi wygląda jak ze świata Tolkiena. Marzę by tam wrócić na wiosnę. Wielkie dzięki za przetarcie szlaku i podzielenie się informacjami.

    P.S. A w budynku widocznym na jednym ze zdjęć z przejścia granicznego (po stronie KRG) spędziłem 2 noce :P

  7. Robert napisał(a):

    W 2. poł. października 2015.

Dodaj komentarz