Nocleg w konopiach i korupcja w Kirgistanie

Góry zajmują aż 93 procent Kirgistanu, jednak przez najbliższe dwa dni, dane nam będzie jechać raczej po tych pozostałych, płaskich i nudnych rowerowo 7 procentach. Najbliższy cel to stara Wieża Burana – jedna z większych atrakcji turystycznych Kirgistanu, jak i ciągnące się długimi kilometrami wzdłuż głównej drogi… konopie indyjskie!

Pierwszy dzień regularnej jazdy. Wstajemy odpowiednio wcześnie, żegnamy się z Nathanem, obiecujemy jeszcze wpaść przy powrocie, no i w drogę.

Nie wiem jaka jest polityka narkotykowa tego kraju, ale najwyraźniej nie przeszkadzają one tutejszym władzom. Cała droga, począwszy od Biszkeku, przez Tokmok, aż do samego jeziora Issyk Kul usiana jest licznymi, często nawet 2,5 metrowymi krzakami dzikiej marihuany. Rosną tego naprawdę ogromne ilości, a charakterystyczny dla konopi zapach drażni nozdrza cały dzień. Zasadniczo trzeba się mocno natrudzić, żeby znaleźć jakieś nadające się do suszenia okazy, ale przynajmniej jest zajęcie i fajna miejscówka pod namiot.

Dzień ogólnie ciągnie się jak flaki z olejem. Droga bardzo ruchliwa, jest płasko jak diabli, a mimo tego, że ostatnimi czasy  nad Kotlinę Czujską przywędrowało podobno jakieś ochłodzenie,  temperatura dalej oscyluje w okolicach nieprzyjemnych 35 stopni.

Kiedy już zrobiło się ciemno odwiedził nas jeszcze właściciel pola. Podjechał swoim trzęsącym się na wybojach samochodem, zobaczywszy intruzów na swojej ziemi przystanął i mocno trzasnął drzwiami. Widzę jedynie lekko zarysowaną w światłach reflektorów drobną sylwetkę, nie ma mowy o zobaczeniu choć najdrobniejszego szczegółu, nie mówiąc już o twarzy. Czym prędzej przybiegł się przywitać, pyta standardowo cośmy za jedni no i kiedy już się upewnił, że raczej planujemy bardziej iść spać niż broić, zapytał czy czegoś nam trzeba. – Jeśli chcecie to sobie nazrywajcie kapusty, marchewek, dalej są też arbuzy! Nie krępujcie się – rzuca prędko, obraca się na pięcie i wraca do samochodu.

Marta pozdrawia rodziców.

Marta pozdrawia rodziców.

W Kirgistanie dobrze wiedza kto jest sponsorem naszej kadry! Jurty poowijane w plandeki Lecha też były...

W Kirgistanie dobrze wiedzą kto jest sponsorem naszej kadry! Jurty poowijane w plandeki Lecha też były…

Porzucone, walące się blokowiska

Porzucone, walące się blokowiska

Porzucone, walące się blokowiska

Porzucone, walące się blokowiska

Korupcja w Kirgistanie…

Jako, że wiele więcej się dziś nie działo, przyjrzyjmy się trochę korupcji w tym pięknym kraju. Trzeba uważać na równie często, co konopie, występujących przy drodze milicjantów. Organ ten jest niesamowicie skorumpowany w Kirgistanie i można sobie niepotrzebnie narobić kłopotów. Rozmawialiśmy swojego czasu z jednym Duńczykiem, który przyjechał tutaj na motorze i z pewnością nie ma on dobrych wspomnień związanych z tutejsza milicją. Jechał tą drogą jakieś 3 tygodnie przed nami i także postanowił sobie odpocząć na poboczu. Oczywiście po kilku chwilach, rozradowany zauważył konopne krzaki.

Kiedy niczego nieświadomy zaczął przyglądać im się bardziej z bliska, zaraz obok jego motoru zaparkował radiowóz milicji, z którego wyszło dwóch węszących łatwy zarobek mundurowych. Jako, że nasz znajomy raczej po rosyjsku nic więcej poza „Zdrastwujtwie” nie potrafi, stał się łatwym celem dla milicjantów. Po nietrwającym długo targowaniu (za pomocą palców i klawiatury z cyferkami w telefonie), nasz przyjaciel zubożał o 3000 somów, czyli 180 zł. Niby niewiele, ale jak na łapówkarskie standardy tutejszych mundurowych, jest to całkiem spora suma. Zwłaszcza dla milicjantów z drogówki zarabiających miesięcznie nie więcej niż 450 zł.

Z rozmowy z poznanym nieco później Kirgizem dowiedzieliśmy się, że lepiej jest dać łapówkę i mieć święty spokój, aniżeli odmówić i zostać zatrzymanym za posiadanie jakichś wyimaginowanych 10 kilogramów marihuany. Milicjanci potrafią tutaj bardzo skutecznie obrzydzić życie, choć tak naprawdę,  my nie mieliśmy z tym problemów.

Łapówkarska zasada nie tyczy się oczywiście tylko konopii. Drogówka wymyśliła sobie całkiem ciekawy i przede wszystkim skuteczny sposób dorabiania do wypłaty. Główna droga w Kirgistanie jest tylko jedna, ciągnie się od Osz do Issyk-Kul i to ją z wiadomych względów umiłowali sobie milicjanci. Im więcej samochodów, tym więcej pieniędzy. Metodyka działania jest bardzo prosta, a za swój cel najczęściej obierają ciężarówki.

Kontrole stoją z reguły co kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów. Na taki punkt kontrolny składa się zazwyczaj trzech milicjantów – dwóch macha świecącymi lizakami, zatrzymując kolejnych kierowców, jeden zaś siedzi za stolikiem postawionym na poboczu i podaje rękę kolejnym pechowcom. Jadąc swojego czasu na trasie Osz-Biszkek, nasz kierowca zatrzymany został 7 raz (chyba, że coś przespaliśmy) i za każdym razem biedniał o 50 som, czyli równowartość jednego piwa.

Szybka akcja. Machnięcie lizakiem, zatrzymujemy się na poboczu, a kierowca wyskakuje z kabiny ze zwiniętym banknotem w dłoni i wita się z milicjantem za stolikiem. Zupełnie bez słów, emocji, jakby była to jakaś oficjalna opłata za przejazd danym odcinkiem drogi. Nikt nie protestuje, każdy płaci. Dziesiątki, setki razy w ciągu jednego posiedzenia przy stoliku.

"Nie dla drogowej korupcji!"

Taka tam ironia: „Nie dla drogowej korupcji!”

Zmień tablicę…

Niektórzy mają jednak łatwiej. Poznany na festiwalu nomadów Uzdan jest byłym pracownikiem milicji antykorupcyjnej i jak twierdzi, znają go dobrze wszyscy milicjanci z kontroli drogowych, a przynajmniej ci urzędujący na trasie Biszkek-Tokmok, którą jeździ nawet kilka razy w tygodniu. Ciężko mu nie wierzyć na słowo, kiedy obok radaru przelatuje 90km/h, machając do stojących obok milicjantów, podczas gdy wszystkie pozostałe samochody zwalniają do przepisowych 50km/h.

– Jeszcze nigdy mnie nie zatrzymali! Boją się, bo znam ludzi w antykorupcyjnym oddziale – śmieje się od ucha do ucha i szybko dodaje: – Jeśli jadę zaś dalej, przykładowo nad Songkul czy do babci mieszkającej w Narynie, zakładam… polskie tablice rejestracyjne. Uzdan ma w garażu cały zbiór zagranicznych blach i dzięki nim – jak twierdzi – jest nietykalny poza Biszkekiem i okolicami. Milicjanci boją się zatrzymywać zagraniczne samochody, bo też nigdy nie wiadomo na kogo się trafi. Po co ryzykować…

W następnym wpisie będzie o fascynującej historii Wieży Burana no i zdecydowanie więcej zdjęć!

Karol Werner

poprzedni wpis
następny wpis
 

Podobało się? Daj lajka!

 
 
 

Komentarze (7):

  1. jerry napisał(a):

    fajne i ciekawe..

  2. Aleksandra B. napisał(a):

    Haha, polskie a to dobre =D oj lipa z tymi policjantami-wszędzie absurdy, niestety, no cóż każdy chce zarobić =/

  3. balkanyrudej napisał(a):

    Nocleg na takim polu maryśki musiał być aromatyczny. Mnie z konopiami najbardziej zaskoczyła kiedyś przyszła teściowa, która stwierdziła, że chętnie zasadziłaby je w ogrodzie, gdyż ładnie komponowałyby się z innymi roślinami. Niestety albo stety sama się od tego pomysłu odwiodła, bo straż miejska (gdyby wypatrzyła konopie w ogrodzie) mogłaby wlepić spory mandat.

  4. Monia Koczaska napisał(a):

    Kto by pomyślał, że Twoich czytelników tak zainteresuje korupcja w Kirgistanie ;)

  5. Podrozemotocyklowe.com napisał(a):

    Fajna fotka, my mamy podobne :) Tylko motocyklowe :) http://imageshack.us/a/img21/7931/vdl1.jpg

  6. Dorota Wingenbach napisał(a):

    Agnieszko możesz mi to przetłumaczyć na polski

Dodaj komentarz