Pierwsza wyprawa rowerowa i autostopowa

Uwaga! Siadamy wygodnie w fotelu, zapnij pasy i startujemy! Postaram się przekonać wątpiących do podróżowania na własną rękę i nakreślić po trochu jak się do tego zabrać. Zobaczysz, że pierwsza podróż zarówno rowerowa jak i autostopowa nie jest powodem do strachu. Zaznaczę jeszcze, że nie będę rozpisywał się tutaj na temat sprzętu wyprawowego ponieważ o tym już było.

         

  „Przeciętny człowiek nie jest specjalnie ciekaw świata. Ot, żyje, musi jakoś się z tym faktem uporać, im będzie go to kosztowało mniej wysiłku- tym lepiej. A przecież poznawanie świata zakłada wysiłek, i to wielki, pochłaniający człowieka. Większość ludzi raczej rozwija w sobie zdolności przeciwne, zdolność, aby patrząc- nie widzieć, aby słuchając- nie słyszeć.”

– Ryszard Kapuściński

Pierwszy, najważniejszy warunek jaki należałoby spełnić żeby gdzieś wyjechać, to mieć chęci. Można mieć kasę i dużo wolnego czasu, lecz bez chęci nic z tego nie będzie. Jeśli już ci się chce to znaczy, że sprawy idą ku lepszemu.Rower nie jest oczywiście jedynym możliwym środkiem transportu. Możesz użyć busa, pociągu, autostopu czy choćby hulajnogi. To nie jest ważne. Zwiedzaj, poznawaj ludzi, podziwiaj widoki. Marzenia same się nie spełniają. Nikt do Ciebie nie zadzwoni i nie powie: ‚słuchaj! chciałem spełnić twoje marzenie – pakuj się!’. Jeśli samemu nie ruszysz tyłka, żeby zadziałać w tym kierunku, nic się nie stanie. Kolejny rok minie, a Ty dalej będziesz marzyć.

Początki – pierwszy wyjazd autostopem i rowerem

Z racji preferowanych przeze mnie form podróży, skupmy się jednak na rowerze. Prawdą jednak jest, że środek transportu nie jest ważny, ważna jest decyzja i samozaparcie!

Nie ważne ile km się przejechało, ile górek pokonało, ile łatek przykleiło. Jeśli tylko czujesz, że musisz gdzieś pojechać zrób to. Walorów takiego podróżowania jest bez liku. Wymieniać mógłbym w nieskończoność. Chociażby niepowtarzalne uczucie wolności, unoszenia się ponad ziemią, niemal lotu. Bezsilnikowy pojazd, którym dojedzie się wszędzie, wjedzie się i zjedzie z każdej góry, przejedzie drobne kładki na rzekach, wciśnie w najciaśniejsze miejskie uliczki – słowem dotrze tam, gdzie silnikowe pojazdy nie mają szans. Satysfakcja z pokonywania własnych ograniczeń i przesuwania granicy niemożliwego. W końcu zdrowie jakie niesie ze sobą wysiłek fizyczny i bardzo kształtne, zgrabne sylwetki (tutaj argument dla Pań jak poprzednie nie wystarczyły;) )

Często czytam, że jako pierwszy kraj najlepiej poznać własny. Najpierw zobaczyć co swoje, a później szarpnąć się na dalszy wyjazd – z czym się totalnie nie zgadzam. Polska oczywiście jest ładna i warta zobaczenia, ale co jest takiego złego za granicą, że się tego boimy? Nie trafiają do mnie argumenty, że za granicą się nie dogadamy, że niebezpiecznie, że w razie problemów mamy daleko do domu i że przyjdzie jeszcze czas. Bzdury totalne.

Język

Wcale nie potrzebujesz znać perfekt 3 języków obcych. Tak po prawdzie dobrze jest znać te podstawy angielskiego, ale nawet bez tego bezproblemowo można porozumieć się na migi. Gestykulacja to najlepszy translator. Oczywiście nie podyskutujemy o wpływie globalnego ocieplenia na ekosystem, ani o sensie istnienia życia na ziemi – ale kto wie, dla chcącego nic trudnego. Ostatnio czytałem o pewnym Hiszpanie, który nie zna żadnego języka poza własnym, a jedzie rowerem dookoła świata. Można? Można.

Niebezpiecznie?

Bądź przezorny! Zawsze odpowiadam, że niebezpiecznie to jest wracać nocą z pracy przez te wszystkie ciemne osiedla i dzielnice. W podróży podświadomie włącza się nam pewien instynkt samozachowawczy, dzięki któremu szerokim łukiem obchodzimy potencjalnie niebezpieczne sytuacje. Do domu wrócić przez osiedle muszę, nie mam wyjścia, ale pchać się z rowerem w niebezpieczne, podmiejskie tereny na noc, już niekoniecznie. Wierze, że każdy ma na tyle zdrowego rozsądku i potrafi obiektywnie ocenić miejsce/sytuację jako bezpieczną lub nie.

Za daleko?

Powiedzcie to chociażby Michałowi , który przejechał 30.000km z najbardziej północnego krańca Europy na samo południe Afryki, i którego jedyny poprzedni wypad rowerowy to wycieczka do Kotliny Kłodzkiej. Mimo już pokaźnego, nierowerowego doświadczenia podróżniczego, także się nasłuchał, że „nie da rady”.

Tak naprawdę teraz nigdzie nie jest za daleko. W dobie samolotów, wszechobecnego Internetu i telefonii komórkowej, powrót praktycznie z każdego miejsca na ziemi nie zajmie nam więcej niż 2 dni. Daje to niebywały komfort podczas podróży. Dlatego też choćby nie wiem jak się starać, nie da się już powtórzyć takiego wyczynu jak samotne, dwukrotne przejechanie Afryki przez Kazimierza Nowaka w latach 1931-1936, lub innych podróżników z ubiegłych wieków.

Samotnie czy z kimś?

To zależy od charakteru i własnych preferencji. Na pierwszą wyprawę oczywiście lepiej z kimś. Znam kobiety jeżdżące same po świecie, pary, a nawet grupy kilkunastoosobowe. Mnie zdarzało jechać się samemu, w dwójkę i trójkę. Im więcej ludzi tym jest weselej, jest się do kogo odezwać, z kim pogadać i kogo poobgadywać. Jest także niestety wolniej. Im więcej osób tym więcej postojów. Jedno jest pewne – wśród znajomych ciężko znaleźć drugiego takiego odmieńca, który męczyłby się z wami na podjazdach i przy tym nie marudził za bardzo. Jak już go znaleźliście to gratulacje, a jeśli nie, to w internecie jest mnóstwo wam podobnych. Polecam serdecznie forum podrożerowerowe, tam znajdzie się ktoś na pewno ; )

Pokonywane dystanse.

Zdarzają się (i to dość często!) osoby, które z miejsca wsiadają na rower i jadą na drugi koniec świata. Moim zdaniem, jeśli już się zdecydowałeś/aś, to jednak warto popracować nad kondycją. Musicie obiektywnie spojrzeć na siebie i ocenić ile dacie radę dziennie przejechać. Jeżeli nie planujesz na początek przejechać rowerem Alp – tak jak ja – ani innych wysokich gór, to nie potrzebujesz skomplikowanych planów treningowych i mimo, że kondycję można wyrobić bezpośrednio na wyprawie, to moim zdaniem nie warto porywać się od razu na dystanse przekraczające wasze możliwości.

Nie musisz także robić codziennie 100 kilometrów. Niekoniecznie więcej przejechanych kilometrów przekłada się na więcej zobaczonych rzeczy. Czasem jest wręcz przeciwnie. Są ludzie, którzy jadą praktycznie całymi dniami wykręcając średnio po 200 kilometrów i więcej. Pytanie, czy takie wyprawy ciągle można nazwać podróżami. Czy nie bliżej im do wyścigu, aniżeli podróży? nie mnie oceniać. Oczywiście nie neguję takiego trybu jazdy. Każdy lubi co innego. Jeśli jednak nie urządza cie jazda 6-10 godzin dziennie, śmiało możesz sobie obniżyć dzienny dystans choćby do 50 kilometrów. Dzięki temu będziesz mieć więcej czasu na regeneracje i inne przyjemności, a z czasem możesz zwiększyć sobie ten dystans. Jeśli dalej nie wyobrażasz sobie jazdy dzień w dzień 50 kilometrów, możesz ustalić sobie pewien tryb. Jechać przykładowo trzy dni, a odpoczywać jeden lub też jechać jeden i odpoczywać trzy.

Tutaj kończą się moje argumenty. Mam nadzieję, że ktoś się dzięki temu przekonał do podróży rowerem. Jeśli nie, to szkoda, przynajmniej ja pisząc to przekonałem po raz kolejny siebie że warto ;)

Miłego!

Podobało się? Zostań na dłużej!

Informacje o nowych artykułach i filmach wprost na Twojego e-maila. Bez spamu!
Dołączysz do ponad 80 000 obserwujących osób!

3 komentarze

Dodaj komentarz