Gościnna Rumunia

Dzień dzisiejszy (a właściwie wieczór) jest jednym z tych które zapadają w pamięci z pewnością na bardzo długo i powodują, że człowiek wybiera się w podróż. Ale od początku.Po porannej kawie u gospodarzy i wymianie FB (który gdzieś przepadł, a szkoda) ruszamy dalej zwiedzać ten jakże ciekawy i interesujący kraj! Znużeni już do reszty kukurydzą z radością witamy Rumunię. Kraj w którym zagościmy na grubo ponad tydzień. Kraj, o którym z pewnością możemy powiedzieć, że go poznaliśmy i zobaczyliśmy w całości – od północy aż po samo południe. Rumunia nas oczarowała i zgodnie postanowiliśmy kiedyś ją jeszcze odwiedzić, bo naprawdę jest tego warty! (Udało się rok później zobaczyć Wesoły Cmentarz)

Czytaj też – Ukraińskie Zakarpacie Wita!

Na granicy czekamy jakieś 10min. Początkowo wrażenie nie jest jakieś szczególne. Można śmiało powiedzieć, że gdyby nie szlaban i bramki wjazdowe, ciężko było zauważyć, że to już nie Węgry. To się zmieni. Z czasem wioseczki nabierają ciekawego wyglądu. Domy upakowane jeden przy drugim przez wielu nazywane typowymi dla Rumunii. Ruch furmanek zaczyna wzrasta, rynny kierowane są bezpośrednio na ulice, a ludzie po raz pierwszy zaczynają nam machać i się do nas uśmiechać. Tak bardzo szczerze.

Rumunia zapowiada się ciekawie. W pierwszym miasteczku wymieniamy Euro na Leje i udajemy się na jakieś nieduże zakupy. Sklep niczym nie różni się od polskiego w jakiejś wiosce. Miła sprzedawczyni cierpliwie stara się zrozumieć moje bełkotanie. Chcę kupić jedynie piwo i cole. Niestety nie poszło zbyt dobrze. Kupuję 3 litry coli nieznanego pochodzenia, która to okazuje się bez cukru. Mam tym sposobem zapas bezwartościowego napoju na najbliższe 2 dni. Dalej poza okazyjnie nabytymi batonami zakupuję jeszcze piwko na wieczór. Niestety po raz kolejny komunikacja zawiodła i piwo nie dość, że droższe, ciepłe to jeszcze bezalkoholowe. Tego już tak nie zamierzam zostawić i wbijam do sklepu z puszką w ręce. Na twarzy sprzedawczyni od razu pojawia się jednoznaczny, pełen zrozumienia uśmiech. ez Tym razem bez jakiejkolwiek komunikacji dostaję właściwe piwo, w dodatku z lodówki, a za nadwyżkę ceny darowana jest mi guma. Do żucia taka, inaczej zwana kulką.

Za sprawą strefy czasowej zegary przesuwamy o godzinę do przodu. Co za tym idzie noclegu trzeba szukać troszeczkę wcześniej. Koło godziny 18 zaczynamy się powoli rozglądać za odpowiednią stancją. Przejeżdżając przez miasteczko Margita, docieramy do jak się za chwilę okaże naszego punktu docelowego tego dnia. Do Abram. Odbijając trochę od drogi pytamy starszą kobietę czy mówi po angielsku. Oczywiście pokiwała przecząco głową, ale parę razy już się zdziwiłem, dlatego zawsze pytam. Podając wcześniej przygotowaną prośbę o udostępnienie trawnika na jedną noc w języku rumuńskim, z domu obok wychodzą dwie nieco młodsze kobiety i jeden chłopak. Madelin lat 18. Mówi całkiem dobrze po angielsku, także wszystkie wątpliwości na nasz temat zostają szybko rozwiane. Kobieta upewniwszy się, że nic nie sprzedajemy, ani nie mamy zamiaru kraść wpuszcza nas do siebie, zaś Madelin i jego rodzinka zaprasza nas do swojego domu obok na kolację. Momentalnie poczuliśmy się jak u siebie. Po krótkiej chwili poznaliśmy już kuzyna Madelina, imieniem Catelin oraz jego ojca. Nie obyło się też bez palinki tj. rumuńskiej home-made whisky over 50proc.

Ludzie w Rumunii

Młody Madelin był początkowo translatorem, lecz później musiał się żegnać i jechać do siebie. My zostaliśmy z Catelinem z którym komunikacja odbywała się za pomocą iphona i translatora rumuńsko-polskiego. Trochę to męczące, ale to tylko sytuacja przejściowa, za chwilę zjawi się kolejny tłumacz. Dziewczyna Catelina.

Sprawa wyglądała tak. Mieliśmy spać za płotem u sąsiadki. Lecz Catelin zaprosił swoją dziewczynę Korinę i znajomych na grilla. Stwierdził, że nie będziemy chodzić na około, żeby coś wziąć z naszych sakw. Wraz z ojcem wpadają na genialny w swojej prostocie pomysł, rozkręcając płot dzielący obie posesje. Od pomysłu do czynu jest mniej więcej tak daleko, jak od owego płotu do garażu w którym znajduję się wkrętarka. Chwile potem mamy już całkiem przyzwoite przejście i mnóstwo śmiechu przy tym!


Po wzięciu prysznica pojawiają się znajomi i Korina. Kiedy wszystko już było jak należy, Catelin przypomniał sobie, że nie ma nic na grilla. Po chwili namysłu bierze ze sobą Wojtka i swoim Audi jadą do Margity po słoninę, kiełbaski i obowiązkowe piwko. Z opowiadań Wojtka dowiedzieliśmy się, że przepisy drogowe nie obowiązują na odcinku Abram-Margita, a Catelin zna w okolicy wszystkich włącznie z policjantami.

Dzięki temu po całkiem nie długim czasie są już z powrotem. Po długim wieczorze i rozmowach w miksie polsko-angielsko-rumuńskim umiemy już parę słów po Rumuńsku. Głównym najczęściej powtarzanym jest oczywiście ‚noroc’ co w wolnym tłumaczeniu znaczy nie mniej ni więcej jak „na zdrowie”. Dość mocno nietrzeźwi wracamy objazdem przez WC do swoich śpiworów. Zakupione, a później wymieniane piwo zostało w sakwach. Będzie na jutro, co zrobić. Sporo po godzinie 2 wreszcie zasypiamy.Jutro kilomentraż nie będzie zbyt okazały – to wiemy na pewno.
noapte bună!!

Catelin u góry, Madelin po lewej, typa po prawej nie znam.

Wieś w Rumunii

Cementarz w Rumunii

Dzień 5. 116km 5h40min. 20,35km/h

poprzedni wpis
następny wpis
 

Podobało się? Daj lajka!

 
 
 

Komentarze (0):

Dodaj komentarz