Kapitalne podjazdy i przełęcze w Szwajcarii Centralnej. Satysfakcja gwarantowana!

Historia (hehe) kołem się toczy! Mój pierwszy rowerowy wyjazd z sakwami miał miejsce w 2011 roku i pojechałem wtedy w Alpy. No i znowu się spotykamy!

Odwiedziłem wtedy sporo świetnych miejsc, jednak znacznie mniej niż bym chciał. Niestety zabrakło mi wtedy trochę sił, czasu i samozaparcia. Z miejsc, które odpuściłem najbardziej żałowałem jednak Szwajcarii. Pomysł odwiedzenia tego kraju z rowerem miałem cały czas z tyłu głowy przez te wszystkie lata. I jakże się cieszę, że w końcu do tego doszło! Że pojechałem (i to z Martą!), że pojeździłem (i to nie mało!) i zobaczyłem te wszystkie kapitalne widoki na własne oczy (i to z pozycji siodełka rowerowego!!).

Zanim przejdziemy dalej, już teraz mówię, że jest na blogu drugi tekst o Pilatusie, kolejkach i innych ciekawych miejscach niedaleko Jeziora Czterech Kantonów oraz… aż 3 filmy na kanale. Pierwszy już jest (patrz niżej), a aby nie przegapić reszty, zapiszcie się do subskrybcji.

Płasko czy stromo? Rowerem po Szwajcarii

Na początku muszę od razu zaznaczyć (i pewnie wyprowadzić niektórych z Was z błędu) – Szwajcaria to nie tylko strome, górskie przełęcze! Zwłaszcza Szwajcaria Północna i częściowo Centralna w okolicach Lucerny, to dość łagodne i wcale nie mniej widokowe trasy. A jeśli się bardo chce, to można i nawet jeździć praktycznie w większości po płaskim – kręcąc się w okolicach jezior, chociażby Jeziora Czterech Kantonów. Kto nie wierzy, niech zobaczy sobie na poniższej mapie naszą trasę i jej profil wysokości. A także zerknijcie do drugiego tekstu, w którym się bardziej przyjrzę ciekawym miejscom w okolicach Jeziora Czterech Kantonów.

Tym czasem, tradycyjnie kilka statystyk:

  • Po Szwajcarii Centralnej jeździliśmy 7 dni
  • Przejechaliśmy 300 km, więc jak widać tempo raczej rekreacyjne, bo dużo nagrywaliśmy, choć…
  • suma przewyższeń wyszła i tak niezła, bo około 9000 metrów. Było co pedałować, oj było…
  • Przejechaliśmy 3 przełęcze, o których niżej!
  • Poziom trudności: średnio-zaawansowany. Jeśli jeździcie rowerem regularnie, dacie spokojnie radę. Jeśli planujecie taką trasę na Wasz pierwszy wypad rowerowy od roku, to proponuję ominąć niektóre podjazdy i wybrać miejsca łatwiejsze do jazdy rowerem, o których, jak już wspomniałem będę pisał.

Podjazdy! Świetne trasy na rower w Centralnej Szwajcarii! <3

Domyślam się, że jeśli wbiliście tutaj po tytule wpisu, to jednak bardziej niż jazda po płaskim interesują Was podjazdy i zapracowanie na piękne widoki siłą własnych mięśni. Nasza trasa wyglądała tak, jak widzicie powyżej. Zanim przyjrzę się jednak samym podjazdom i przełęczom, kilka słów o trasie i drogach ogółem.

Szwajcaria to jeden z tych krajów, na myśl o którego trasach rowerowych robię się zazdrosny. Ciągnące się kilometrami, dobrze oznakowane trasy rowerowe, specjalne pasy, przejazdy, śluzy. Kapitalne odcinki biegnące wzdłuż głównych dróg, ale też specjalnie dla rowerów wydrążone tunele. A nawet jeśli takowych nie ma, to często wzdłuż trasy biegnie chodnik, który również ma nawierzchnię asfaltową i jazda po nim praktycznie niczym nie różni się od jazdy po drodze.

 

Tak, to ostatnie foto, to też trasa rowerowa wzdłuż Jeziora Czterech Kantonów. Sztos, co nie? :)

Jazda rowerem po Szwajcarii, to bez dwóch zdań czysta przyjemność. Nic nie telepie, kostka się nie trzęsie, jest równo, ale też – co najważniejsze – bezpiecznie. Nie ma obawy, że ktoś nas minie na gazetę, czy zepchnie do rowu. Bo nie wiem czy wiecie, ale Szwajcarzy mają zaraz po Norwegach najbezpieczniejsze drogi w Europie? Jest tutaj zaledwie 26 wypadków śmiertelnych na milion mieszkańców rocznie.

Niemniej planując wypad w kierunku popularnych, turystycznych miejscowości, dobrze sprawdźcie trasy. Bo bywają też dość ruchliwe i oblegane – szczególnie w weekendy i dni wolne, kiedy to Szwajcarzy chętnie wyjeżdżają na wycieczki. Zwłaszcza na alpejskich serpentynach może być czasem ruch, więc co polecam, to pokonywanie takich tras wcześnie rano, albo późnym popołudniem, aby jak najdłużej cieszyć się ciszą. A najlepiej to planować takie odcinki poza weekendami i dniami wolnymi tak jak zrobiliśmy my.

Mieliśmy namiastkę takiej sytuacji 15 sierpnia, kiedy to spora część Szwajcarii, tak samo jak w Polsce, miała wolne. Cały dzień, jeżdżąc bocznymi drogami, mieliśmy zupełny spokój od samochodów. Wszystko się zmieniło, kiedy tylko wjechaliśmy na chwilę, na względnie krótki, przelotowy odcinek z Lungern na przełęcz Brünig (to ten malutki „pik” pomiędzy dwoma dużymi przełęczami na wykresie), gdzie jechało praktycznie auto za autem. Masakra. Na szczęście, był to tylko kawałek, kiedy nijak nie dało się tej drogi ominąć, bo już po 5 kilometrach wróciliśmy na boczne, spokojne drogi.

Przełęcz Susten (2260 m n.p.m.)! Nasz główny rowerowy cel wyjazdu

Następnego dnia (16 sierpnia) zaczęliśmy podjeżdżać pod główną przełęcz tego wyjazdu – Przełęcz Susten (tutaj profil podjazdu). Jak ręką odjął w porównaniu do dnia poprzedniego! Rano, wszyscy w pracy, a my na spokojnie, bez sznura samochodów możemy piąć się w górę i podziwiać widoki. A jest co!

Początkowo jedzie się szybko wzdłuż rzeki, lasem, raczej bez jakichś oszałamiających panoram. Ot dość szybki i łatwy podjazd. Z każdym kilometrem, z każdym naciśnięciem na pedał robi się jednak coraz ładniej. Zaś od połowy podjazdu… to już czysta poezja!

Sustenpass to jedna z piękniejszych dróg Szwajcarii. Budowano ją dokładnie w czasie II wojny Światowej, bo w latach 1938-1945. Osiąga wysokość 2224 metry i jest 9-tą najwyższą w Szwajcarii, choć od tej pierwszej dzieli ją zaledwie 277 metry.

Czy przełęcz jest trudna? Wcale nie. Trochę bałem się, że moje przełożenia okażą się zbyt twarde, jednak nachylenie jest z reguły na tyle nie duże, że bez większej zadyszki dawałem radę. Marta jest podobnego zdania. Zresztą świadczy o tym też wykres przewyższeń, który mówi, że średnie nachylenie na odcinku 27 km wynosi zaledwie 5.8% – co jak na alpejskie standardy jest naprawdę nietrudną przełęczą.

Dobra – czas na więcej fotek! Miejcie na uwadze, że to taki przedsmak przed widokami, które za niedługo zobaczycie w filmach :)

No i selfi na przełęczy musi być. Robione trochę na szybko i nie zauważyliśmy, że nie wyszło :D

Jak widać – na Susten jest co oglądać. Jeśli będziecie mieli więcej czasu, polecam zainteresować się odbiciem w bok w kierunku lodowca Trift, a także spektakularnego mostu linowego wiszącego ponad 100 metrów nad ziemią i mającego rozpiętość 170 metrów. Dotrzeć do niego można idąc całą trasę od Gadmen, albo poratować się kolejką (gondolami) i dojechać z Gadmen do tego miejsca, skąd jest już niecałe 2 godziny trekkingu. Aha i pamiętajcie, że ostatnia powrotna gondola zjeżdża o 17!

Jak nie rowerem to… ?

A co jeśli ktoś nie czuje się na siłach z podjeżdżaniem, a chciałby jednak przejechać się fragmentem trasy? Można na Susten wjechać wraz z rowerem autobusem! Dwa razy dziennie kursuje tutaj linia 162. Można wsiąść w Meiringen czy Innertkirchen, ale też po drodze, w trakcie podjazdu np. z Gadmen lub Nessental. I później sobie zjechać. Autobusy mają na tyle specjalne haki na rowery, więc z transportem nie ma problemów.

A jeśli byście się zastanawiali, którą stronę podjazdu wybrać, jeśli nie planujecie przełęczy przejeżdżać na drugą stronę, to polecam tę od Innertkirchen. Zdecydowanie bardziej efektowne serpentyny.

Choć widoki z drugiej też niczego sobie. Fotka poniżej, a także kilka fragmentów zjazdu nagranych kamerką sportową. Może ktoś lubi tego typu filmiki. Miłego oglądania :)

Jeszcze kilka słów o noclegu. Wydaje mi się, że dobrze jest spać jak najbliżej podjazdu, albo na samym podjeździe. My znaleźliśmy całkiem dobry nocleg na pierwszym kilometrze. Jednak nie znaczy to, że nie możecie spać wyżej – jedyny problem to fakt, że ciężko jest coś zarezerwować przez neta. Na bookingu jest tylko kilka propozycji. Niemniej my nasz hotel szczerze polecamy. Super lokalizacja, no i można rozmawiać po naszemu, bo pracuje tam mega sympatyczna Polka Paulina. Miejsce nazywa się Uffem Egg Ferienwohnungen.

Jak coś możecie też znaleźć kilka noclegów wyżej, w Gadmen. Bookujcie jednak z wyprzedzeniem, bo tydzień przed naszym przyjazdem nie było tam już nic wolnego.

Przełęcz Glaubenbielen – podjazd na lekko

To ten pierwszy „pik” z wykresu na samej górze. Być może nie są to aż tak oszałamiające widoki jak na Susten, jednak uważam, że warto się także i tym podjazdem zainteresować. Z kilku względów. Po pierwsze – startując na ten przykład z Lucerny, jest to świetna rozgrzewka przed kolejnymi, czekającymi głębiej w Alpach podjazdami. Po drugie – droga jest niesłychanie spokojna i cicha. Można się naprawdę zrelaksować. Po trzecie – łatwość podjazdu.

Trasę tę można zrobić z dwóch stron. Jadąc od strony Wolhusen, przez Entlebuch, Flühli aż do Sörenberg (tutaj trasa), albo od Giswil (tutaj trasa). 

Swoją drogą pierwszy nocleg jadąc od Lucerny mieliśmy w Sörenberg. Dokładnie w tym miejscu. Bardzo ładny hotel z kapitalnym widokiem z okna jak poniżej. No i mają też naprawdę smaczne jedzenie (jedliśmy Rösti – szwajcarski placek ziemniaczany!)

Mimo, że oba odcinki prowadzą na tę samą przełęcz, są to dwa zupełnie różne podjazdy. Jeden łatwy, rozciągnięty, pnący się powoli do góry i drugi – krótki i stromy. Zobaczcie zresztą na wykresach. Miejcie jednak na uwadze, że drugi wykres pokazuje fragment od Flühli, który tak naprawdę poprzedzony jest już leciutkim podjazdem aż od Wolhusen, liczącym sobie 23 km.

Trudny podjazd od Giswil
Łatwy podjazd od Flühli

Kilka fotografii z podjazdu i tak samo jak powyżej – kilka minut zjazdu, żebyście też poczuli nieco wiatru we włosach :)

 

 

Opcja dla hardkorów. Inne świetne podjazdy górskie w okolicy!

Będąc w tej okolicy, można podskoczyć jeszcze trochę bardziej na południe i zdobyć kilka kolejnych, jednych z najwyższych i najładniejszych podjazdów szwajcarskich. Dość popularna jest pętla biegnąca od Innertkirchen do Gletsch, Hospental i wracająca do Innertkirchen. Jadąc tą trasą mamy do pokonania zarówno wspomnianą Przełęcz Susten, ale też Grimsel (2165 m n.p.m.) oraz Furka (2427 m n.p.m.). Suma przewyższeń na tym odcinku wynosi aż 7500 metrów na dystansie zaledwie 120 km!

Dzięki uprzejmości widza kanału Pawła, z którym spotkaliśmy się jednego dnia, mieliśmy okazję zobaczyć przełęcz Grimsel. Nie planowaliśmy na nią wjeżdżać rowerem ze względu na brak czasu, ale Paweł zaproponował, że skoro ma auto, to może nas przecież podrzucić na zachód słońca, kiedy już swoje przejedziemy. Było mega. Dzięki Paweł za Twój czas!

Kilka zdjęć z Grimsel, a także profil trasy.


 

 

 

A jeśli macie chrapkę jeszcze na kilka przełęczy, to zaraz obok, już niedaleko granicy z Włochami, znajduje się druga najwyższa przełęcz Szwajcarii – Nufrenen (po włosku Passo della Novena) licząca sobie 2478 m n.p.m. Co prawda nie jechałem, ale wydaje się to być całkiem ciekawa opcja. Zwłaszcza, że jest to boczna droga, więc raczej mało ruchliwa, a mimo to jest asfaltowa. Jest jednak najtrudniejsza ze wszystkich – na dystansie 13km mamy średnie nachylenie 8.5% (profil trasy).

Kilka porad praktycznych i podsumowanie

Czy Szwajcaria jest trudnym krajem na rower? To zależy. Jak wspominałem, jest tutaj w czym wybierać jak chyba nigdzie indziej. Można sobie ułożyć trasę tak, że będzie trudno (a nawet bardzo). Można też tak, aby było przyjemnie i łatwo. I to nawet bez wielkiej straty pod kątem widoków! Po prostu zobaczycie góry z innej perspektywy :)

Trzeba tylko dopasować trudność trasy do osobistych predyspozycji, swojej kondycji, albo zaplanować ją tak, aby potem, w razie kryzysu mieć jakieś awaryjne opcje. Tak, aby mieć możliwość podjechania pociągiem – z czym nie ma w Szwajcarii najmniejszego problemu – albo przejechania przełęczy autobusem jak w przypadku wspomnianej przełęczy Susten lub innych (na Grimsel i Furka też można wjechać autobusem. I to tym samym numerem 162!).

To tyle i raz jeszcze zachęcam do odświeżania bloga oraz zerkania na kanał!

Do Szwajcarii zaprosiła nas Narodowa Organizacja Turystyczna Szwajcarii. Bardzo dziękujemy!

Podobało się? Zostań na dłużej!

Informacje o nowych artykułach i filmach wprost na Twojego e-maila. Bez spamu!
Dołączysz do ponad 80 000 obserwujących osób!

59 komentarzy

Dodaj komentarz

  • Raj na Ziemi!…..a ZDJECIE!!!! ..że zazdroszczę to malo powiedziane!….przeczytałam kilka zdań ..a ze jeden obraz wiecej niz 1000 słow…oglądam i dech mi zapiera. Piękne miejsce wybrałeś na decyzję życia- gratulacje dla Was obojga :)

  • toż to bajka na bajku :) zdjęcia rewelacyjne, film ze zjazdu? (prawie jakbym tam była, ale wiadomo jak jest z tym „prawie”) cudo, ech. Dzięki i miejcie się najlepiej :)

  • Jesteście niesamowici! Artykuł na blogu to – jak zawsze – kawał dobrej roboty! Piękne zdjęcia i filmy oraz praktyczne wskazówki. Doceniam, że wszystkie Wasze wpisy świadczą o tym, że szanujecie czytelników i rzetelnie przygotowujecie materiały.

  • Byliśmy w lipcu w Szwajcarii poczynając od Genewy, do źródeł Rodanu czyli przez przełęcz Furka, centralną Szwajcarię aż po Bodeńskie, które udało nam się jeszcze objechać dookoła :) Przełęcz Furka nie taka straszna. Udało się podjechać nawet tym, którzy zaczynaja przygodę z turystyką rowerową i ponad 20 kg obciążeniem w sakwach ;) I tak dla sprostowania Furkapass położona na wysokości 2436 m n.p.m ;)

  • Na Susten trafiliście na idealną pogodę dlatego tak pozytywne wrażenia. Ale gwoli prawdy trzeba powiedzieć iż wszystkie przełęcze w Alpach powyżej 2 tys. są widokowe i zapierają dech w piersiach. Choć rzeczywiście te w Szwajcarii są wyjątkowej urody. Udało mi się kilkanaście lat temu przejechać wiele z nich i do dzisiaj mam same dobre wspomnienia. Niestety dla mnie jeździło się wtedy z rolkowym filmem Kodaka. Zdjęć robiło się mniej niż teraz a internet nie mówiąc o facebooku był dla mnie obcy…

  • Faktycznie, ścieżki rowerowe tutaj mogą rozpieszczac :) moja ulubiona trasa to chyba z Luzern nad Sarnensee I dookoła tego jeziora, jest naprawdę mega! Do tego spokojnie i bez szalonych podjazdów. Ta różnorodność też jest super – są spokojne płaskie trasy, są widokowe trasy na rower górski, a do tego masa mniej lub bardziej wymagających bikeparkow czy tras enduro. Na rowerze nie można się nudzić :) super zdjęcia!

    • Na to samo zwróciłam uwagę oglądając film :) Pytanie do Was, czy kiedykolwiek jeździliście w kasku czy też uważacie, że na górskich trasach nie jest to jednak niezbędny ekwipunek? P.S. Widoki przepiękne!!!

        • Choć nie pamiętam kiedy jeździłam na rowerze, to jednak wiem, że duża prędkość może być niebezpieczna, gdy jedziemy jednośladem. Dlatego zgadzam się z Twoją mamą :) Z drugiej jednak strony wygoda i samopoczucie też są ważne :) P.S. Aneta

  • zdjęcia naprawdę mega! Szwajcarskie krajobrazy rozpieszczają- nie zaminiłąbym tych widoków na nic innego :) Mało tego – po przyzwyczajeniu się do takich widoków, w zeszłym tygodniu na Lofotach nie potrafiłam się totalnie zachwycić… bo to taka Szwajcaria, tylko więcej wody ;) Te góry obłe jak w Graubuenden, tamte ostre i skaliste jak w Wallis. Tylko w Szwajcarii jednak pogodę mamy lepszą :)
    No i jeszcze raz – gratulacje dla Ciebie i Marty!

  • mieszkam w Szwajcarii nad Renem tu nie tylko są piękne trasy rowerowe ale i pociągiem też jest co zwiedzać……ale Polska w sercu jest najpiekniejsza

  • Fajne zdjęcia :). Ja mam starą kamerkę GoPro i jak zjeżdżałem na przełęczach z kamerką zamontowaną na kasku, to obraz strasznie drgał. Te nowe kamerki mają jakąś stabilizację? Dlaczego ten obraz taki płynny na tych zjazdach?

  • Gorąco polecam przełęcz Furka, a stąd można odbić drogą nr. 19 w kierunku na Realp, przy której w miejscu zwanym Belvedere, znajduje się lodowiec, (a właściwie to, co z niego pozostało), będący równocześnie żródłami\początkiem(?) Rodanu. Wnętrze lodowca jest udostępnione do zwiedzania. Ciekawe miejsce, pokazujące, jak zmienia się nasz klimat.

  • Dzięki za fajny materiał tylko pozazdrościć , sama przyjemność obcować z pięknem przyrody ,Karol proszę Cię używaj kask żebyś nie żałował i pozbawiał siebie i nas frajdy jaką daje jazda rowerem.Życzę Marcie i Tobie dalszej wspaniałej przygody M,Marek

  • Jestem pod wrażeniem jak piękna jest Szwajcaria i jak wspaniale potrafiliście to uchwycić w zdjęciach i w filmie. Czy trasy były głównie asfaltowe czy też szutrowe? Jakich opon używaliście. Zdziwiłem się też, że w Waszych rowerach macie hamulce typu V-brake i Cantilever. Czy nie topiły się od tarcia klocki hamulcowe na długich zjazdach? Ja jadąc w góry wolałbym mieć hamulce tarczowe, szczególnie gdyby zaskoczył mnie deszcz na zjeździe. No i jeszcze jedna uwaga, proszę Was – używajcie kasków. Ja zawsze jeżdżę w kasku (z lusterkiem). Miałem kilka wywrotek na rowerze i kto wie czy dziś mógłbym w ogóle chodzić gdybym nie miał wtedy kasku na głowie. Cudowne zdjęcia i odlotowy ten filmik o Szwajcarii. Słyszeliście o budowanej ścieżce rowerowej wokół jeziora Garda we Włoszech? Fajnie byłoby nią przejechać. Będę polecał Was znajomym cyklistom. Gratulacje z okazji zaręczyn!

    • Hej, dzięki! My 99% po asfalcie tym razem z sakwami. Opony shwalbe maraton. Vbreaki dają radę, te Cantilever to niestety moim zdaniem szajs i trzeba to zmienić też w rowerze Marty. Nigdy nie jeździłem na tarczówkach, zawsze vbreak. Nigdy nie miałem z tym problemu. A do Gardy chętnie się wybiorę :) miłego!

  • …że selfie się Wam nie udało ? Przecież udało się !!! Jeśli chodzi o podjazdy i zjazdy – to szacun wielki !!! Od tego zjeżdżania z Wami – to aż mi się w głowie zakręciło !!! Widoki cudne i niesamowite !!! Marzę o Szwajcarii… Pozdrawiam :)

  • To, że Szwajcaria to wymarzony kraj dla narciarzy wiedziałam od zawsze. Ale widzę, że i dla cyklistów. Nawet tych jeżdżących bez kasków :) Piękne zdjęcia, ale na ten „balkonik” wzdłuż Jeziora Czterech Kantonów to bym za żadne skarby nie wjechała :)

  • Karol, mógłbym się znów rozpływać w zachwycie nad kolejnym świetnym materiałem, ale… Nie, jednak będę się zachwycał i… No dobra, „zazdraszczam” fantastycznej przygody. Tak trzymaj.

    I jeszcze jedno. Martę już dobrze poznaliśmy od strony pleców więc teraz proszę o niezasłanianie ;)

  • Cześć.
    Świetny materiał, aż chce się jechać. U mnie dylemat bo żona mało rowerowa… Byłem w Szwajcarii ale niestety samochodem. To jedno z niewielu państw gdzie mógłbym się przeprowadzić. Czysto, schludnie no i te drogi rowerowe – marzenie.
    Co do kasku… Sam nie wiem czy bym tam używał. W sumie nieporównywalnie większa kultura kierowców więc bezpieczniej, prędkości na zjazdach jednak wysokie. I tak źle i tak niedobrze ale to Wasz wybór.
    Wszystkie noce w pokojach? Nie próbowaliście na dziko? Wiem, że nie wolno ale to zazwyczaj nie przeszkadza :)

  • Dziękuję! I gratuluję Wam! ale mega wycieczka, ja jestem po trasie wokół Tatr (234 km w 2.5 dnia) i planuję za rok właśnie Waszą Trasę, dizęki za inspiracje :)

  • Dopytam jeszcze o noclegi: jak cenowo Was wyszły? Bo widzę że pisaliście gdzie nocowaliście ale jak z cenami? Myśleliście o polu namiotowym? dużo taniej wychodzi, wiecie może?
    Ja swoją meridkę trekkingową przerobiłam na ebike, i mam napęd na 160 km ale jak będę spać w namiocie to nie podładuj e chyba… chyba że są pola namiotowe z prądem, ale nie wiem bo spałam 1 x w życiu w namiocie na dziko :)

    • Hej, tak, pola namiotowe wychodzą taniej, jak wszędzie. Zwłaszcza, jeśli jesteś bez auta. Z autem mogą ciut drożej (choć jak bez auta, to proponuje na dziko!). Oczywiście, że na polach jest prąd, zawsze :) Ceny noclegów tych najtańszych to w okolicach 400zł za dwie osoby za noc. Tanio nie jest, jednak rezerwowaliśmy na 2tyg przed wyjazdem, więc wcześniej może być taniej.