Dziesięciopasmowe autostrady przez step. Czym się wożą Mongołowie?

IMG_4209

Przed podróżą do Mongolii na dobrą sprawę nic nie wiedziałem o drogach w tym kraju. O widokach pisali wszyscy, o ludziach większość, o kulturze nieliczni, o drogach zaś nikt. Zresztą w ogóle mnie to nie zdziwiło. Kraj jest ogromny, a dróg tak dużo, że praktycznie niemożliwym było znalezienie tej szutrowej drogi, która akurat mnie interesowała. Pomijając już fakt, że w Mongolii każdy fragment stepu może być drogą! No właśnie – może, ale nie musi. I tutaj zaczyna się zabawa…

Nie jest tak, że nie próbowałem! Po pierwsze – próżno szukać jakichś sensownych map drogowych Mongolii. Znalazłem parę dostatecznie ciekawych produkcji, jednak zaledwie jedna – dość słabej jakości – była do kupienia w Polsce od zaraz. Na resztę trzeba było czekać co najmniej dwa tygodnie, a niestety nie miałem tyle czasu. Jak już pewnie zauważyliście, zawsze zbyt późno biorę się za przygotowywanie podróży i na 15 dni przed startem nie miałem w ogóle ruszonej trasy.

Choć jak się później dowiedziałem, także i te pozostałe, zagraniczne mapy pozostawiały wiele do życzenia. Zatem…

… brak dobrej mapy Mongolii?

Nie wszystko jednak było stracone. W Mongolii, jak zresztą wszędzie indziej na świecie niezawodny okazał się być GPS. Gorzej było z samymi mapami na tablet, ale w uzupełnieniu z googlowskimi mapami wydrukowanymi na papierze, rosyjskimi sztabówkami, a także dość często działającym (nawet na stepie!) internetem, można było całkiem sprawnie podróżować po Mongolii.


Tak więc, jak to jest z tymi drogami w Mongolii? Są, czy ich nie ma?

Owszem są, nawet w asfalcie, jednak ograniczają się zazwyczaj do połączeń pomiędzy większymi miastami. Wystarczy odbić nieco w bok i przez dziesiątki, setki kilometrów jechać będziemy tylko i wyłącznie przepastnym, urozmaiconym gdzieniegdzie lekkimi pagórkami i poprzecinanym leniwie płynącymi rzekami stepem. Czasem zdarzają się problemy z nawigacją – jak chociażby jadąc do przepięknej świątyni Amarbayasgalant (o niej następny tekst!), jednak z reguły podróż przez Mongolię nie wymaga jakichś wybitnych umiejętności nawigatorskich.

IMG_3443

Przez step na złamanie karku

Zresztą po co komu asfalt? Przecież do Mongolii jedzie się po drogi szutrowe! Tną one step na wskroś, od północy na południe, ze wschodu na zachód, bez ustalonych z góry reguł i zasad. Nic tutaj nie jest oczywiste, nic Mongołów nie ogranicza podczas tworzenia kolejnych odcinków. Nie ma tutaj znaków, sygnalizacji świetlnej, policji. Jedyna zasada, którą wydawali się kierować Mongołowie podczas wyznaczania tychże dróg, to jak najkrótszy czas jazdy przy jak najmniejszych stratach.

Jednak co kierowca to opinia, to inny pomysł na skrócenie trasy, inne preferencje, upodobania. I tak właśnie powstają te charakterystyczne dla Mongolii stepowe drogi. Często wiodące obok siebie w liczbie pięciu i więcej, przeplatających się wzajemnie pasów.

Stare powybrzuszane koleinami, przez co zbyt niewygodne, zastępowane są zaś nowymi. Te dzień po dniu są z wolna rozjeżdżane przez kolejne maszyny, zaś te stare powoli zarastają trawą.

IMG_4232 IMG_3087 IMG_3102 IMG_3097 IMG_4298 Drogi w Mongolii

Nawigacja po swojemu

Asfalt asfaltem, step stepem, jednak prawdziwy urok Mongolii to samodzielne wyznaczanie tras. Kilkukrotnie postanowiliśmy zrezygnować z  wyraźnie wyjeżdżonej drogi, na rzecz rozległego stepu. Zabawa była przednia. Niepewność rosła coraz bardziej za każdym wzgórzem, za każdym niepozornym zakrętem. Parę razy nawet nieco się pogubiliśmy!

Akurat wtedy pechowo GPS odmówił posłuszeństwa, więc ratować musieliśmy się słońcem, a także jako takim instynktem, umiejętnością orientacji w terenie. Finalnie jednak, każdorazowo docieraliśmy do jakieś niepozornej dróżki, której poziom wyjeżdżenia z jednej strony sugerował, że więcej jak raz na dzień nikt tędy nie jeździ, z drugiej zaś jej skromne istnienie dawało nadzieję na połączenie gdzieś tam ze ścieżką bardziej okazałą, może nawet dziesięciopasmową… autostradą.


IMG_3448 IMG_4583 IMG_4597

Ryzykowne podróżowanie po Mongolii?

Niestety step bywa zdradliwy i ktoś niewprawiony i nieznający dobrze danego odcinka może nieźle się przejechać. Standardowe długie, idealnie proste i pozwalające się rozpędzić odcinki, bywają co jakiś czas przyozdobione efektami specjalnymi w postaci muld, dziur, rowów i kolein wszelakich. Problem z nimi jest taki, że niekiedy nie widać ich podczas jazdy rowerem, a co dopiero z pędzącego samochodu. Bardzo łatwo uszkodzić sobie wtedy zawieszenie nowego auta, nie mówiąc już o jakimś dachowaniu.

Problemem bywają też sami kierowcy, którzy jakby nas w ogóle nie zauważali, przelatują obok niczym huragan, zostawiając za sobą chmurę pyłu. Pomijając już fakt, że jest to mało przyjemny moment, kiedy trzeba wstrzymywać oddech na kilkadziesiąt sekund, to najgorsze jest to, że mijają nas zaledwie o kilkadziesiąt centymetrów. Jest to o tyle dziwne/żałosne/idiotyczne/śmieszne (wybierz poprawne), gdyż mają do dyspozycji kilka innych pasów i nieskończone, stepowe pobocze przy okazji!

IMG_3080

Na podwójnym gazie…

Jednak prawdziwym problemem Mongolii jest alkohol. Kierowcy będąc bezkarni chleją wódkę przed jazdą, podczas jazdy i w trakcie postojów. Często jeżdżą zygzakiem, bełkoczą coś zza okna. Pijani wychodzą, chcą się fotografować. Alkohol króluje głównie na stepie.

Widzicie ten samochód na poniższym zdjęciu? Daleko, niepozorna, szybko zbliżająca się chmura pyłu. Równe dwie minuty po wykonaniu tego zdjęcia zatrzymuje się obok nas. Kiedy opadła pyłowa zasłona, zza szyby toyoty prius wyłania się szeroki uśmiech, na oko 35-letniego Mongoła. Jest to pierwszy samochód od godziny jaki spotykamy, więc nawet cieszymy się, że nas zauważył, gdyż będzie okazja do zapytania o drogę.

IMG_2795

Po niedługim łamanym rosyjsko-mongolsko-migowym dialogu, kierowca wyciąga spod nóg flaszkę wódki „Czyngis-chan” i szklankę.

– No dawaj! Napijmy się za spotkanie! – bełkocze w moim kierunku.

Ja rozumiem, że okazja nieprzeciętna. Spotkanie raczej z tych mało prawdopodobnych, bo jak często na takiej drodze ma okazję spotkać się jadącego na rowerze Europejczyka. No przecie, że trzeba mu polać, co by mu się lepiej jechało! No więc leje mi Mongoł wódkę, ja odmawiam. Godzina nie tak późna, opadnę przez niego z sił. Mongoł mimo wszystko wyrozumiale kiwa głową, wcale niezasmucony tym faktem – sam wychyla rozlaną dla mnie część flaszki i jeszcze większym zygzakiem odjeżdża.

Czym się wożą Mongołowie?

No właśnie. Mongołowie wcale nie jeżdżą na koniach! Właściwie to nawet się nie łudziłem po zeszłorocznym Kirgistanie, że koń ciągle jest używany jako główny środek transportu nomadów z Azji środkowowschodniej. Mongołowie suną przez step nowiutkimi samochodami rodem z Korei, Japonii i Chin.

Jak pisałem w bardzo popularnym tekście (15000 odsłon!): 14 niesamowitych ciekawostek o Mongolii – prym wiodą Toyoty Prius, czyli samochody osobowe o napędzie hybrydowym. Nie przesadzając, w połączeniu z innymi hybrydami Toyoty auta te stanowią nawet kilkadziesiąt procent wszystkich samochodów poruszających się po Mongolii. Wcześniej nie wierzyłem, że rocznie sprzedaje się na świecie samych Toyot Prius 3 mln egzemplarzy, teraz mam wrażenie, że połowa z nich jeździ po samej Mongolii.

Zachęcam też zajrzeć do praktycznego tekstu o Mongolii, gdzie znajdziesz wszystko co potrzebujesz jadąc do Mongolii

Karol Werner

 

poprzedni wpis
następny wpis
 

Podobało się? Daj lajka!

 
 
 

Komentarze (15):

  1. Łukasz pisze:

    Rewelacyjnie wyglądają te bezdroża na zdjęciach! Z tymi hybrydowymi samochodami to serio zaskoczenie. Nie interesując się zupełnie do tej pory Mongolią, wyobrażałem sobie że poza Ułan Bator będą tylko stepy, jurty i konie ;-)

  2. dzięki, nieciekawa pogoda za oknem , kubek czekolady i ciekawy tekst ;)

  3. Dokładnie tak wyobrażam sobie Mongolię!

  4. Dawid Białowąs pisze:

    Świetnie to wyglada. Z racji niewielkiego ruchu poza glownymi osrodkami miejskimi, pewnie ilosc wypadków spowodowanych przez nadmierne spożycie alkoholu jest znikoma, a i o kontrole zapewne trudno ;) jak jest z jakoscia dróg gruntowych? Tak jak widac na zdjęciach, czyli zdarzaja sie dluzsze odcinki rownego szutru bez dziur i muld?

    • Karol Werner pisze:

      Jakość jest dobra, a jeśli zaczyna się pogarszać, to jak już pisałem – ludzie zaczynają wybierać odcinek zaraz obok i tenże rozjeżdżają w następnej kolejności. Wypadków oczywiście jest bardzo mało, na stepie nawet nie wyobrażam sobie, aby można było spowodować wypadek samochodowy, jednak jeśli chodzi o rowerzystów, to trzeba uważać…

  5. Azjaci chyba tak mają że lepiej jeździ ten za którym się więcej kurzy.

  6. Darek pisze:

    Niesamowita jest ta kombinacja ostrego pomarańczu i zieleni :)

  7. Tomek z Nicei pisze:

    Ilekroć zaglądam tu na stronę za każdym razem nie mogę się nadziwić, że można tak zjeździć świat rowerem ;). Sam też lubię dwa kółka, ale raczej „dookoła domu” ;-)). Świetne te Twoje przygody, gratuluję!

  8. Wow, cieszę się z tych Toyot, bo gospodarka japońska ma się obecnie gorzej, niż Grecka.
    To fajnie widzieć tak nieograniczoną przestrzeń i wolność, kiedy tu, w Japonii, wszystko jest od A do Z, od tąd do tamtąd i ani centymetra dalej. Wtedy taki step jawi się jak jakaś abstrakcja ;) Choć zapewne na Hokkaido można znaleźć odrobinę Mongolskiej wolności przestrzeni, ale tam nie jeszcze nie dotarłam (jak na razie) :)

  9. Nie zapomnę jak jechałam po byle jakiej laotańskiej drodze (to był mój 4 tydzień w Azji płd-wsch) i narzekałam na jakość tego czegoś co udawało szutrówkę. Na to Hiszpan, który siedział obok powiedział „phi, to jest świetna droga, w Mongolii jeździ się po niczym”. Widzę, że się nie pomylił ;)

  10. Ewa pisze:

    O, trochę mi to przypomina afrykańskie sawanny :) Z drogami i bezdrożami podobnie. Natomiast fakt, dla mnie ta popularność aut też jest zaskoczeniem, miałam w głowie ciągle tę romantyczną wizję koni na stepie :)

  11. Ola pisze:

    Niesamowite;) Po przeczytaniu tego artykułu próbuje wyobrazić sobie te drogi i jazdę po nich. Z jednej strony musi to być niezła zabawa ale z drugiej można nabawić się strachu.

Dodaj komentarz