Po co Polacy jeżdżą do Gruzji? Kazbegi!

Dzień 5.Cel na dzisiaj to złapanie transportu samochodowego do Kazbegi. Jest to dawna nazwa miasta Stepansminda, położonego 12 kilometrów od granicy Rosyjskiej. Przejście jest tylko samochodowe i działa ponownie od 2010 roku. Śmiało więc można dostać się tam od północy. 

Od południa natomiast prowadzi bardzo widokowa trasa i ponad stukilometrowy podjazd zaczynający się już praktycznie od samego Tbilisi – stąd też urodził się w naszych głowach pomysł zabrania się na górę z jakimś busem. Jako, że w Gruzji bardzo prężnie działają marszrutki, nie mieliśmy chęci, ani cierpliwości łapać stopa na samą górę.

Gruzińska Droga Wojenna…

…to droga, która prowadzi do samej granicy rosyjskiej jak pewnie wiecie, słyszeliście lub chociaż coś kojarzycie.  Dlaczego przyjmuję to za pewnik? Dlatego, że co drugi lub trzeci dzień w Kutaisi ląduje ponad setka rodaków, z których większość uderza albo do Batumi, albo w stronę Kazbegi. Jednak jeśli ktoś nie był i nie słuchał opowiadań z Gruzji od swoich znajomych, już tłumaczę pokrótce co kryje się za tajemniczą nazwą Gruzińskiej Drogi Wojennej.

Wielki Kaukaz

Cały odcinek ma nieco ponad 200 kilometrów i przecina w poprzek cały Wielki Kaukaz, od Tbilisi, aż po Władykaukaz. Był używany już w czasach starożytnych – jako jedyne połączenie południowego i północnego Kaukazu. Maszerowały tam kolejno rzymskie, perskie i mongolskie armie. Kiedy Gruzja przyłączyła się do Rosji (jak już pewnie wiecie z poprzednich wpisów!) Rosjanie w celu umocnienia całej drogi zaczęli modernizować ją głównie pod kątem militarnym. Poszerzyli i utwardzili drogę, pobudowali różnego rodzaju obronne budowle, a wszystko po to aby w razie czego przerzucać swoje oręże za wielkie góry i podporządkowywać sobie kolejne republiki – jak choćby Czeczenię.

Przed wyjazdem naczytałem się na niektórych blogach, jakoby droga ta była niebezpieczna i łatwo można zostać obłupionym przez jakieś bandy. Musze to niestety zdementować jako, że są to totalne bzdury, które urodziły się w niektórych głowach celem podniesienia wartości swoich wypraw i dodania tego dreszczyku emocji.

U mnie dreszczyku nie będzie, przepraszam. Jest niezaprzeczalnie bezpiecznie (mimo nawet tak ogromnej ilości Polaków!), a przyczyną naszej podwózki na szczyt nie był żaden strach przed grabieżą, a jedynie czyste lenistwo. No dobra, czyste lenistwo i chęć zaoszczędzenia na czasie. Nic więcej!

Poszukiwanie marszrutki…

Żeby jednak złapać ów transport to najpierw musimy dojechać do stolicy. Kręcimy z wolna ciesząc się od dawna wyczekiwanym słońcem. Promienie oświetlają kolejne pagórki, obsadzone przez ogromne stada krów. W okolicach wczesnego popołudnia jesteśmy na przedmieściach Tbilisi i zaczynamy nasz galowy wjazdy trzypasmówką do centrum. Jedzie się bardzo przyjemnie, nawet pomimo tych setek samochodów trąbiących jeden na drugiego. Jest lekko z górki i lekko z wiatrem, więc przemieszczamy się dość szybko. Na tyle szybko, że po 20 kilometrach takiej jazdy będąc już praktycznie w centrum, przypominamy sobie, że trzeba zapytać o ten nieszczęsny dworzec, który okazuje się być 6 kilometrów wcześniej…

Zatem robiąc uprzednio małą przerwę na skorzystanie z WiFi przy pewnej znanej restauracji z niezdrowym żarciem, startujemy w drugą stronę, jadąc tym razem pod wiatr i pod tę samą górkę. Po drodze jeszcze szalejemy z kasą i kupujemy sobie po całkiem niezłym kebabie.

Na dworcu straszny ukrop. Dziesiątki marszrutek, sklepików, kantorów i jeszcze więcej ludzi. Głównie turystów i głównie z Polszy. Na nasz transport czekamy sporo ponad godzinę ponieważ taki busik najpierw musi się zapełnić do ostatniego miejsca(albo i więcej!), a dopiero później rusza. Problem w tym, że ten bus, który akurat jedzie na Kazbegi, a który okazał się być na chwilę obecną jedynym, nie ma bagażnika na dachu. Zmuszeni jesteśmy czekać, aż przyjedzie kolejny, którego umówił nam już jeden szofer. Nie pozostaje nam zatem nic innego jak uzbroić się w cierpliwość i nadrabiać braki w opaleniźnie.

Dworzec autobusowy Tbilisi Marszrutka w Gruzji

W końcu, kiedy już jeden bus wypełnił się po brzegi i odjechał, nadjeżdża nasz Transit. Dogadujemy się z szoferem na 20 lari za osobę i rower, po czym wrzucamy nasze maszyny na górę. W miedzyczasie pojawia się już sporo współtowarzyszy podróży (oczwyiście z Polszy!) powoli zajmujących kolejne miejsca w busie. Po kolejnych 30 minutach oczekiwaniach i zapłaceniu 10 lari pośrednikowi, jesteśmy już w drodze. Jest to nasza pierwsza zdrada roweru podczas tej podróży. Jest nam bardzo przykro z tego powodu. Rower jednak nie marudzi, nie robi scen, dzielnie znosi kolejne ciosy i upokorzenia wymierzone w jego serce. Rower to taki fajny przyjaciel (rzekłbym idealny!), który w ciszy i milczeniu czeka na swoją kolej, aż znowu będzie potrzebny i niezastąpiony.

Atak na Przełęcz Krzyżową.

Szofer nie przebiera w środkach. Specyficzny styl wyprzedzania na zakrętach nie robi na nas już z czasem żadnego wrażenia. Jeśli ktoś tutaj chce wyprzedzić to najpierw zmienia pas jazdy a dopiero później bieg. Najpierw jedzie na czołowe z innym busem, a dopiero potem przyspiesza. Jest to o tyle ciekawe, że nikt nie złości się na taką jazdę. Wszyscy kierowcy trąbią sobie jedynie w celach informacyjno-ostrzegawczych.. Żaden wydaje się nie mieć drugiemu za złe, że akurat jest spychany na pobocze graniczące często z kilkusetmetrową przepaścią.

Podróż mija nam dość szybko. Z uwagi na to, że jutro będziemy zjeżdżać tą samą drogą, staram się drzemać, żeby jutro móc cieszyć oczy tymi widokami. Niestety kierowca ma to za nic i po 15 minutach ostrzejszego pojazdu zatrzymuje się przy kilku straganach. Można kupić jakieś skarpetki wełniane, jakieś słodycze czy tylko napić się darmowej wody.Kiedy pasażerowie wydają pieniądze , on polewa wodą rzekomo przegrzewającą się chłodnicę. Jednak bardziej prawdopodobne jest to, że żona lub ciotka pana szofera ma tutaj swój kramik i tak właśnie napędza swój biznes. Na dodatek przez kolejną godzinę (!) jeszcze bardziej stronego podjazdu nie było potrzeby zatrzymywania się. Kramików też próżno było szukać.

Kontrolujemy jak tam trzymają się nasze rowery i jedziemy dalej. Próbuję ponownie zamknąć oczy, ale kierowca znowu nie chce współpracować i jakby z premedytacją wjeżdża w kolejne dziury. W miedzyczasie skończył się asfalt i trochę kręcimy nosami, ponieważ jutro zostaje nam kilkanaście kilometrów podjazdu pod przełęcz Krzyżową i to właśnie tam pojawiły się nieprzyjemne kamienie wymieszane z pyłem.

Znajdziemy jednak sposób i na to, bez obaw! Dalej przejeżdżamy obok różnych ciekawych zabudowań, domków czy wieżyczek obronnych. Wymuszamy pierwszeństwo na kolejnych osobówkach, mijamy kilku sakwiarzy, których spotkamy jutro przy zjeżdżaniu i w końcu późnym popołudniem meldujemy się na górze. Po cichu liczymy, że kierowca przyznał nam zniżkę studencką i nie upomni się o swoją należność. Niestety każdy orze jak może i tak jak 10lari poszło do pośrednika w Tbilisi, tak tutaj poszło do kieszeni szofera. nŻegnamy się, ładnie dziękujemy i wrzucamy sakwy na rowery. Nie obyło się bez uszkodzeń roweru. Kilka otarć i lekko rozerwane siodełko są ceną, jaką płacimy za nasza wygodę.

Nocleg z widokiem na Kazbek.

Zaczynamy podejście pod sławny kościół Świętej Trójcy (Cminda Sameba). Inaczej tego nazwać nie można, ponieważ piesza, kamienista droga raczej uniemożliwia dłuższą jazdę. Jeśli ktoś nie kojarzy z nazwy owego kościoła niech zobaczy zdjęcie poniżej. Pojawia się ono we wszystkich artykułach, mapach, przewodnikach i filmach opisujących Gruzję. Kościół ten jest tak samo przypisany do Gruzji jak Machu Picchu do Peru, opera do Sydney, wieża Eiffla do Paryża, a betonowy Jezus do Świebodzina. Tak jakby nic ciekawego w tych miejscach nie było poza tym.

Plan był taki, żeby na noc rozbić się właśnie na polanie naprzeciw owego kościółka, mając z jednej strony masyw górski oświetlony ostatnimi promieniami słońca, a z drugiej ukryty w chmurach szczyt Kazbek. Po wgramoleniu się finalnie na górę bierzemy się za rozbijanie namiotu. Wybór nie był łatwy, bo już kilka ekip rozbiło się przed nami. Znowu z Polszy! Na dobrą sprawę ten samolot zamiast do Kutaisi mógłby latać do Kazbegi, oszczędzając turystom tych kilkaset kilometrów drogi. Powinni zdecydowanie pomyśleć o zbudowaniu tutaj lotniska.

Kosciół monastyr stepan cminda Biwak przy stepna cminda

Wszystko byłoby fajnie, nocleg cudowny, widoki piękne i w ogóle cacy, jakby właśnie nie ten tłum. Kapuściński miał dużo racji pisząc, że „kiedy się jest w gru­pie, nic się nie widzi, bo zaj­muje się grupą i jakakolwiek inna osoba rozprasza”.

Noc zapowiadała się lodowata. Ubrany we wszystkie ciuchy jakie miałem (a nie miałem ich dużo) próbowałem zasnąć. Kiedy już prawie odpływałem ktoś z rodaków zawołał, żebyśmy powychodzili z namiotów. Było nieco przed północą.

Wygramoliłem się totalnie rozespany i dość mocno wkurzony, a tutaj swój pięciotysięczny majestat odsłonił przed nami Kazbek. Oświetlony przez księżyc w towarzystwie tysięcy gwiazd, dumnie góruje nad wszystkimi okolicznymi wzgórzami. Wygląda fenomenalnie! ale kiedy zawiewa chłodny wiatr, od razu chowam się do śpiwora. Może ten Kapuściński nie miał do końca racji – bo gdyby nie ta osoba, która powinna rozpraszać, to nie zobaczylibyśmy tego rewelacyjnego widoku.

Fanom sportów zimowych polecam Gudauri, które opisali autorzy bloga tropimyprzygody.pl. Bardzo sensowny poradnik o nartach w Gruzji.

Szczyt Kazbek

PS. Zauważyliście pewnie, że często cytuję Ryszarda Kapuścińskiego. Jednym może to przeszkadzać innym nie, faktem jest jednak, że jego słowa często trafiają w sedno sprawy, a jego osoba powinna być bardziej znana wśród społeczeństwa. Mam nadzieje, że chociażby dzięki tym kilku cytatom ktoś sięgnie po jego książki i może zostanie natchniony do jakiejś podróży na drugi koniec świata.

„Kiedy zgłębiamy jakąś dziedzinę wiedzy, dostrzegamy, że została już na jej temat napisana masa książek. W każdej książce jest co najmniej jedna fascynująca myśl. Normalny czytelnik nie będzie do tej myśli docierał, bo tych książek nie przeczyta. Uważam, że obowiązkiem człowieka, który poświęcił się jakiejś dziedzinie, jest wynajdywanie tych pereł. Normalnie są one zagubione gdzieś w masie trzystu stron druku, a wydobyte – odżywają, nabierają blasku”

Myślę, że wiecie czyje to były słowa ; )

Dzień 5. 57km rowerem, 3h57min

Podobało się? Zostań na dłużej!

Informacje o nowych artykułach i filmach wprost na Twojego e-maila. Bez spamu!
Dołączysz do ponad 80 000 obserwujących osób!

8 komentarzy

Dodaj komentarz