Bieszczady Zachodnie, Ruskie Sedlo – rowerem

Niedługo jest nam dane cieszyć się Zakarpaciem gdyż do granicy ze Słowacją zostało raptem 30 kilometrów. To co mówił celnik w Użgorodzie oczywiście okazało się kłamstwem lub też brakiem jego wiedzy (skłaniał bym się raczej ku temu drugiemu) i granica w Ubli jest także piesza, a co za tym idzie przejezdna dla rowerów. Kontrola przebiegła bardzo sprawnie i pierwszy raz mieliśmy przeglądane sakwy. Bardzo symbolicznie, ale zawsze.
Celnik zajrzał każdemu do jednej sakwy (ale tylko na wierzch) i do torby na kierownicę (także na wierzch). Pech chciał, że na widoku u Pawła znajdował się gaz pieprzowy, którego prawdopodobnie celnik nie miał jeszcze w kolekcji. Skonfiskował i pogroził palcem, że nie można takich rzeczy wwozić do ich kochanego kraju – będzie draka następnym razem! 
Z innym celnikiem z kolei pogadałem sobie ja. O wyprawach rowerowych, bo także jeździł po Słowacji i okolicach. Potwierdził, że trasa którą chcemy jechać, jest ładnie wyasfaltowana i jedzie się bardzo sprawnie.  Dzisiaj teren znowu trochę faluje. Z planowanych dwóch, trzech dni jazdy przez Słowację został nam niecały jeden ale za to przez urocze Bieszczady Zachodnie. Początkowo planowaliśmy jechać na Medzilaborce i tak też proponował celnik. Jako, że Michał już tamtędy kręcił z sakwami zaproponował drogę przez przełęcz Ruske Sedlo – znaną po polsku jako Przełęcz nad Roztokami Górnymi – 801 mnpm. Plan nie wydawał się taki zły. Zaczęło się całkiem przyjemnie, asfalt sprzyjał spokojnej jeździe. Niestety po jakimś czasie skończyło się rumakowanie i droga coraz bardziej pięła się w górę – na moje oko osiągając nawet 20% nachylenia. 

Czytaj też – Rowerem po Wenecji

Czytaj też – Kogo lubią Gruzini?

Najgorsze miało dopiero nadejść. Po kilki kilometrach kiedy nachylenie dalej nie malało, zaczął kończyć się asfalt. Do tego oznakowanie trasy było beznadziejne i kilka razy trzeba było jechać na tak zwanego czuja. W końcu znaleźliśmy się jakieś 400 metrów od granicy z Polską, na jakimś rozdrożu. Do wyboru były 4 drogi i za cholerę nikt nie wiedział gdzie jechać. Jeden był za drogą numer 2, drugi 3, a inny za powrotem( ja). 
Kiedy już odbiliśmy w najszerszą z nich (na zdjęciu u góry, ta najbardziej oświetlona z lewej) – z góry zaczął ktoś schodzić, nawołując w naszym kierunku. Drwal który wracał do swojej niedużej przyczepki, którą mijaliśmy jakiś czas temu, prawdopodobnie uratował nam tyłki i zapobiegł dalszemu marnowaniu kalorii. Kazał zjechać i skrupulatnie na ziemi narysował dalszą trasę. Tak oto zawracamy, gdzie po chwila zjazdu, po kamienistej nawierzchni, następuje atak szczytowy na przełęcz. Trasa ogólnie była tragiczna. Jakby jeszcze widoki jakieś ciekawe były, to można by ją nazwać jakoś inaczej, a tak to w 90% wszystko zasłaniały drzewa i nie było na czym oka zawiesić. Nawet żubra nie widzieliśmy, a jest ich tutaj podobno 300 sztuk! 
 
Koniec końców, mijając kilku innych, wycieńczonych sakwiarzy, dotarliśmy na szczyt i tym samym do granicy z Polską. Kiedy ledwo co przekroczyliśmy znak graniczny- lunęło. Tak oto przywitała nas ojczyzna. Deszcz jednak nie trwał długo. Z Pawłem schowaliśmy się w schronisku trochę poniżej przełęczy. Michał posiedział chwilę na górze, degustując jakiegoś Gina z polskimi turystami, po czym dołączył do nas. W schronisku także nie zabawiliśmy długo – mimo szczerych chęci. Właściciel za rozbicie zażyczył sobie 20zł od łebka. Początkowo nawet się targowaliśmy, ale sknera nawet nie chciał spuścić do 50zł za 3 osoby.
Bieszczady Ruskie Sedlo
Tym sposobem zjeżdżamy do Cisnej. Ruch w miasteczku niczym na Times Square na Manhattanie. Wszyscy gdzieś idą, coś jedzą, kupują i sprzedają. My za to z coraz większą obawą spoglądamy w górę, gdzie nadchodzi kolejna fala ciężki chmur i to o wiele potężniejsza niż ostatnia. Szybko wyjeżdżamy z miasta celem szukania noclegu. Mimo prędkości, której nie powstydziliby się kolarze torowi i tak dużo nie udaje nam się ujechać. Zaraz za Cisną dopada nas deszcz, żeby szybko ustąpić miejsca gradowi. Szczęśliwie, w ostatniej chwili udaje nam się odbić z drogi pod ostatni daszek, dosłownie ostatniego pensjonatu. Grad walił konkretnie, a co za tym idzie z dalszej dzisiejszej jazdy nici. 
 
Na szczęście pani gospodyni pozwoliła nam się rozbić oferując jeszcze wysuszenie rzeczy na kominku i to całkiem za darmo, tak z ludzkiej życzliwości! Nie chcąc się narzucać zaraz po ulewie rozbijamy namioty trochę z boku żeby nikomu nie przeszkadzać. Na kolację wsuwam resztki z sakwy czyli makaron z Michałowym gorącym kubkiem. Ciężko było się tym najeść. W brzuchu cały czas pustki podczas gdy kawałek dalej słychać było skwierczące mięso na grillu… 
 

Dzień 8. 108km 7h15min. 14,75km/h

 
poprzedni wpis
następny wpis
 

Podobało się? Daj lajka!

 
 
 

Komentarze (3):

  1. Tomasz napisał(a):

    Dlaczego ósmego dnia nagle znaleźliście się z powrotem w Polsce – w Cisnej? Wróciliście z Użgorodu do Cisnej?

Dodaj komentarz